sobota, 28 lutego 2015

To słonie potrafią ryczeć? Koh Chang i przejażdżka na grzbiecie.

Szarpnięcie. Świst. Cienka gałązka przelatuje mi przed twarzą. Ledwo zdążam odwrócić głowę, żeby nie dostać w oko.

ŁUP!

Odrzuca mnie do tyłu, że aż odbijam się od metalowej barierki za plecami. Zaciskam spoconą dłoń na poręczy przede mną. Znowu szarpnięcie. Ręce ślizgają się po aluminiowej rurce. Przytrzymując się jedną, staram się osuszyć drugą, wycierając pospiesznie o spodenki. 

ŁUP!

Znów w tył i w przód. Na zmianę. Nogi też mi się ślizgają. Króciutkie spodenki odsłaniające nogi od połowy ud i skórzane siedzisko to nie najlepsze połączenie. Zwłaszcza w dżungli. 

Grrrrrrrrrrr
                         rrrrrrr
                                   rrrrrrrrrr
                                                               rrrrrrrr...........


Gdzieś z dołu dobiega warkot. Kolejne szarpnięcie. Naprawdę nie mam już siły się trzymać. Uderzenie plecami. Zaciśnięcie dłoni na poręczy. 

ŁUP! 

Żeby tylko aparat się nie pobił! Żebyśmy tylko nie spadli! Matko! Za jakie grzechy!?

Chaotyczne bujanie zamiera nagle. Zatrzymujemy się na chwilę. Pozorna ulga, ale tak naprawdę to chwila pełna napięcia. Wiemy, że coś się święci. Po chwili słyszymy hałas. 

WRRRRRRRRRRRRRRAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!!!!!!!!!

Potężny ryk, wstrząsający całym podłożem. Wprawiający wszystko w drżenie. Przeszywający i mrożący krew w żyłach. Paraliżujący. 

Skąd? ... spod nas...! 


Co się dzieje?! A nic... wybraliśmy się na przejażdżkę słoniem!



Na filmach wszystko wyglądało zupełnie inaczej! Będąc małą dziewczynką oglądałam bajki o "Małej Księżniczce" i czytałam "Baśnie z tysiąca i jednej nocy", marząc o tym, żeby kiedyś w przyszłości móc przejechać się na słoniu. Wydawało mi się to takie nieosiągalne i jednocześnie pociągające, że... że w końcu to zrobiłam. 

Tylko, że w życiu, jak w życiu. Pewne rzeczy okazują się inne, niż się wydawały

Trafił nam się nie słoń, a bestia. Potwór! Choć w niewinnie wyglądającej postaci. Ot, mała słonica, raptem 12 lat, nastolatka, buntowniczka. No właśnie. Nie od parady nastolatkowie kojarzeni są z buntem i rewolucją. Najwyraźniej także wśród słoni. 

Nasza mała samiczka miała zgoła inne plany na to popołudnie i nie za bardzo chciało jej się pracować wożąc turysów na przejażdżki. 

Że dżungla? Że spacer? Że praca? NIE, NIE NIE! Nic z tych rzeczy. 

Nie szła więc. A przynajmniej nie grzecznie i gładko, a krnąbrnie i uparcie. I nie tam, gdzie trzeba. Wybierała zakątki wedle własnego upodobania, skręcając ze ścieżki, żeby skubnąć sobie liść lub gałązkę. Stawała co chwilę, wierciła się, a wraz z nią całe siedzisko, a wraz z nim cali my. Szarpała się, warczała i wyła. Wyła i ryczała tak, że nawet do głowy by mi nie przyszło, że słoń tak umie! Buntowała się i wkurzała. Uderzała z wściekłością trąbą o podłoże. Wzburzała wodę i pluła nią. Miała swoje zdanie i bardzo go broniła. Buntowniczka. Prawie mnie zabiła, przerażając! 


Za to kiedy przyszło do karmienia... pierwsza wyciągnęła trąbę po słodkiego ananasa! Od razu złagodniała i... powiedzielibyście: nie ten słoń! Cóż za łagodne stworzenie. Przysiąc można, że się uśmiecha! A te oczy? Nic, tylko się zakochać! Urocze zwierzę. Kochane i słodkie. Jak tu takiego nie ubóstwiać? 

No właśnie... Ubóstwiać. Tylko czemu to akurat nam się trafiło, skoro cała reszta grupy jechała sobie wygodnie na grzecznych i ułożonych słoniach, cykając zdjęcia dookoła i delektując się chwilą? W trakcie, kiedy ja walczyłam o przetrwanie (bardziej ze strachem jednak, niż z realnym zagrożeniem) oni snuli się leniwie na grzbietach swoich gigantów. 

Ja zaciskałam spocone ręce na barierce, żeby nie wyśliznąć się z lektyki i nie gruchnąć głową o ziemię, oni obserwowali puszczę i wyciszali się, korzystając z wakacji.


Nasza szalona dwunastka przypadła w udziale nam, bo byliśmy najszczuplejszą częścią grupy. Zarówno towarzyszący nam Niemcy, jak i Rosjanie (sic! cóż za doborowa symbolicznie ekipa) byli przynajmniej 3 razy więksi od nas. Dlatego też wywołano nas z końca kolejki i wsadzono na diablicę. W trosce o diablicę. O tym, żeby zatroszczyć się o nas najwyraźniej zapomniano zupełnie. 
 


Dopiero, kiedy zsiedliśmy z grzbietu zbuntowanej nastolatki, atmosfera uległa zmianie. Słonica odetchnęła, my również.

Na miękkich nogach zbliżyliśmy się do stanowiska z żywnością i obdarowaliśmy naszą gospodynię plastrami ananasa i kawałkami bambusa. Zasłużyła przecież. Nie zabiła nas!



Ja i nasz diabeł wcielony :).







A jednak było mi jej trochę szkoda, bo przecież pewnie nie chciała robić tego, co robiła... tylko, że któż w dzisiejszych czasach robi tylko to, co chce? Praca jest pracą i każdy się poświęca. Trzeba. Choćby dla tych kilku plastrów ananasa, które stanowią taką rozkosz.




Nasza wycieczka dobiegała końca.

Ostatnim punktem programu była kąpiel ze zwierzętami w rzece. Brzmi wspaniale, choć szału nie ma. Głównie ze względu na ilość przeznaczonego na nią czasu. 
Całe przedsięwzięcie to około 30 minut, przy czym każdy z grupy musiał mieć możliwość zanurzyć się obok słonia, pogłaskać go i wyszczotkować. W rezultacie każdemu przypadały na to jedynie pojedyncze minuty. 
Z drugiej strony... ile ma się w życiu okazji, żeby taką kąpiel przeżyć? Warto. 

Nam się udało, bo podczas naszej rundy zwierzak postanowił się pokręcić i przechylić, co spowodowało, że wysunął się nieco z wody i pozwolił nam na zrobienie pięknych zdjęć! Zobaczcie sami! :)




Jeszcze kilka spraw technicznych: 


Jeśli chcecie, będąc na Koh Chang wybrać się na taką wycieczkę, nie będzie z tym absolutnie żadnego problemu. Obozów słoni jest tu kilka, wszak samą nazwę wyspy tłumaczy się, jako Wyspa Słoni. Najpopularniejszy, polecany zresztą przez Lonely Planet nazywa się Ban Kwan Chang (nr tel. 08 1919 3995). Z niego skorzystaliśmy. 

Ceny wszędzie są podobne, bez względu na to, czy bukujecie wycieczkę w samej organizacji, w hotelu czy w budce na ulicy. Pakiet 1,5 godziny zawiera w sobie przejażdżkę (ok. 40 min), poczęstunek owocami (świeży ananas), dwie butelki wody i kawę lub herbatę, świeżego młodego kokosa do wypicia (i zjedzenia) tu po zakończeniu trasy oraz karmienie zwierząt. Pakiet 3-godzinny obejmuje również kąpiel ze słoniami w pobliskim strumyku. W obu przypadkach transport z i do hotelu zapewniany jest przez firmę i zawiera się w cenie biletu (o ustalonej godzinie podjeżdża pod nas pick-up i zajeżdżając po wszystkich gości do hoteli, zabiera nas do ukrytego w środku dżungli obozu, który zresztą sam w sobie też stanowi ciekawostkę wartą zobaczenia). Ceny to odpowiednio ok. 500 bahtów (50 zł) i 900 (90zł) za osobę. 

Tylko jedna uwaga: zazwyczaj w wymiarze godzinnym podanym jako czas trwania wycieczki wliczony jest również czas przejazdów. Musimy więc odjąć około 30 minut na transport.

Nie zapomnijmy zabrać ze sobą spreju na moskity, kremu z filtrem słonecznym (na tej wysokości naprawdę może nas przypiec), oraz czegoś do ochrony głowy. No i oczywiście strojów kąpielowych!

Dobrej zabawy! :)

10 komentarzy:

  1. hahah wooow, rewelacyjny opis! a te słonie są fantastyczne :) świetnie prezentujecie się na grzbiecie takiego wielkiego zwierza. moi rodzice byli w Tajlandii i opowiadali mi o takich przejażdżkach, może i mi się uda na coś takiego załapać tej jesieni :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby nie na takie dzikie akcje, jak nam! Uwierz, że to nic fajnego bać się całą drogę, czy nie zlecisz w dół. :P

      Niemniej, Tajlandię - polecam. :)

      Usuń
  2. Kapryśna lady się trafiła na przejażdżkę :)) Ha! ale reszta grupy nawet połowy Twoich wrażeń nie miała. Ekscytujące !:))

    OdpowiedzUsuń
  3. nie wiem czemu ale moj wczesniejszy komentarz sie nie dodal:(

    W kazdym razie nigdy bym nie przypuszczal ze slonie warcza, a warcza glosniej niz silnik stara i bardziej trzesa...

    W.

    OdpowiedzUsuń
  4. Najwidoczniej wasza przewoźniczka - słonica nie miała tego dnia ochoty na pracę, tylko na przyjemności. Zazdroszczę wspaniałej przygody. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie jakoś zawsze tych słoni szkoda. Przynajmniej trafiła Wam się indywidualistka. O grzecznych świat szybko zapomina;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi w sumie też trochę szkoda, jak wszystkich zwierząt, które zamiast żyć na wolności, muszą pracować. Z drugiej strony, za swoją pracę dostają opiekę, jedzenie lepsze niż to, które mogłyby sobie znaleźć, leki, itp. Nie żyją w zamknięciu, z ttego co widziałam, dośc swobodnie mogą się poruszać po terenie obozu, a z tego, co mówił nam opiekun - w nocy mają luz i w wyznaczonym miejscu mogą sobie chodzić i robić co chcą.

      Tak naprawdę to ludzie też nie mają zupełnej swobody i nie mogą robić tylko tego, na co mają ochotę. Muszą pracować, żeby mieć coś więcej niż możliwość przejścia się po lesie i zdobycia pożywienia. Ale to nie znaczy, że dzieje im się krzywda.

      W sumie - praca, jak każda inna, a zwierzętom tym nie dzieje się krzywda, tak jak na fermach zwierząt hodowanych na żywność na przykład.

      Usuń
    2. http://wyborcza.pl/magazyn/1,139825,16374773,Zlamane_dusze.html?disableRedirects=true
      zapraszam...

      Usuń
    3. Zapewne bywa różnie i wszystko zależy od ludzi. To tak samo, jak w domu dziecka, czy w szkole mogą byc fajni opiekunowie i zwyrodnialcy. Niemniej, już drugi raz nie mam zamiaru próbować, bo żal wobec zwierząt tak czy siak wziął górę.

      Podobnie, jak nie chadzam do kina, nie skalałam się wizytą w świątyni tygrysów, tak nie chcę już jeździć. z drugiej strony obserwowałam obozowisko ze słoniami na Koh Samui w tym roku i Tajowie w pocie czoła taszczyli słoniom gałęzie palm, dzwigali wiadra, zeby schładzac słonie i je oblewac, bawili sie z nimi, pozwalajac nabierac wody z wiadra i tryskac z trąby na siebie słoniowi. Chcę wierzyć, że nie w każdym miejscu dzieje im się źle.

      Usuń
  6. Popłakałam się :D :D Cudownie to wszystko opisałaś hahaha.
    I myślę, że gdyby trafił Wam się słoń - flegmatyk, to wiele by Was ominęło!
    A tak, to była chwila na przemyślenia dotyczące kruchości życia, darmowe ćwiczenia wzmacniające mięśnie ramion, no i wspomnienia! Bezcenne.

    Pozdrawiam :)
    Przez Was chce mi się w świat.

    OdpowiedzUsuń