wtorek, 14 maja 2013

Indyjskie atrakcje dla Europejczyków, czy europejska atrakcja dla Hindusów? Białoskóry turysta w Indiach - luźne rozważania.


 Pobyt w Indiach wzbogacił mnie o wiele nowych doświadczeń. Zetknięcie się z odmiennym stylem życia i podejścia do świata zawsze skutkuje całą masą niecodziennych przeżyć i późniejszych przemyśleń. Sytuacje i przypadki, na które natrafiłam, nie zawsze były przyjemne, czasem irytujące, przyprawiające o zawrót głowy, albo doprowadzające do szału... Z drugiej strony, wiele z nich było przezabawnych i pozytywnych. Inne zaś, były po prostu... zaskakujące i niekoniecznie do przewidzenia.



Rzecz tyczy się fotografowania. Gdy wybieram się w podróż, aparat jest na pierwszym miejscu listy przedmiotów niezbędnych w plecaku. Potrzebny jest przecież do dokumentowania wyprawy i realizowania moich artystycznych wizji. Oczywiście, podczas wędrówki czasu na postoje połączone z ustawianiem parametrów i czekaniem na odpowiednie światło, nie ma zbyt wiele i z racji tego większość fotografii (choć robię, co w mojej mocy) ma raczej status "reporterskich", aniżeli "artystycznych"... Nie o tym jednak chciałam pisać.

Po powrocie z każdego egzotycznego kraju, podróżnik chce opowiedzieć swoim słuchaczom jak najwięcej. O życiu, o kulturze, o charakterze miejsca. W tym celu dużo obserwuje, nasłuchuje i próbuje. Stara się zapamiętać jak najwięcej, dlatego nieustannie wyciąga swój pognieciony notesik i bazgrze (choćby na kolanie), cenne, wg niego, uwagi. Wie jednak, że samym słowem nie odda wszystkiego. Zdaje sobie sprawę, że w dzisiejszym świecie obraz odgrywa ogromną rolę. Dlatego właśnie często wyjmuje aparat i pstryka... na prawo, na lewo, w dół i w górę. 


Szukając odpowiednich obiektów do uwiecznienia, stwierdza, że warto sportretować ludzi. To oni przecież stanowią serce i duszę każdego kraju. Jak piękna nie byłaby przyroda i zabudowa miejsca, to jednak właśnie człowiek stanowi trzon całości. Skoro więc wędrowiec ma opowiadać o ludziach, odnajduje ich i próbuje uzyskać zgodę na zabranie ich wizerunków ze sobą. Tu jednak trafia na niespodziankę... Okazuje się oto, że on sam także jest obserwowany, darzony nadmierną i niezwyczajną wręcz uwagą czy zainteresowaniem. Sam stanowi obiekt do oglądania, zapamiętywania i opowiadania o nim, później. 


Dość dziwnym skutkuje to uczuciem. Przesadzone (wydawałoby się) zaciekawienie „tubylców” tak niepozorną przecież postacią rudej, niewysokiej Europejki, musi wprawiać ją w zakłopotanie. Przecież zupełnie nie o to chodziło! Gdzieżby tam ktoś miał ją w ogóle zauważyć! To ona miała, z ukrycia, niespostrzeżona przez nikogo, ukradkiem uwieczniać chwile z hinduskiego życia.



Nie chodzi mi zresztą o moją udawaną (bądź nie) skromność, ale o to, że czasem trafia się w życiu tak, że to, co oczywiste – zostaje obalone. No bo przecież – gdy wyjeżdżamy do obcego kraju, innej kultury czy też dalej: do innej kultury w innym kraju, na innym kontynencie – niby zdajemy sobie sprawę z tego, że będziemy tam nieco odmienni i że spotkamy całą masę „innych”; bierzemy też aparat, żeby ową „inność” fotografować, upamiętnić, uchwycić, przekazać, opowiedzieć…, ale (!) z drugiej strony czy liczymy się z tym, że sami także możemy przyciągać wzrok gospodarzy? Czy ktokolwiek tak naprawdę spodziewa się, że wyrusza w podróż także po to, by sam stanowić atrakcję? Czy ktoś podejrzewa, że będzie niemal równie wielkim obiektem zainteresowania, odwracania się–żeby–popatrzeć, uśmiechów, komentarzy czy zagadywania? Dlaczego? Czy to, co u nas powszednie, powinno być takie także wszędzie indziej w myśl popularnego, zwłaszcza w Europie i Stanach  Zjednoczonych – Europo-, bądź Ameryko-centryzmu? Czy wydaje nam się, że nasza cywilizacja, osiągnięcia i zdobycze kultury opanowały już cały świat bez wyjątku i na całym świecie to, co „białe” – to dawno przetrawiona norma? 



Tymczasem okazuje się, że wcale nie wszystko musi wyglądać tak, jak nam się wydawało. Raptem, w samym centrum turystycznych atrakcji, biało (czy raczej – różowo-) skóra dziewczyna o płomiennych włosach z powodzeniem konkuruje o uwagę z Tadż Mahal czy Fathepur Sikri. Gdyby człowiek chciał pobawić się w atrakcję turystyczną i zaczął zbierać po kilka rupii za każde zdjęcie, do którego pozował – mógłby zebrać całkiem ładną sumkę. Zostaje poproszony o pozę i uśmiech pierwszy, drugi, trzeci, …, dwudziesty raz…, co jest o tyle krępujące, że akurat TEN człowiek nie czuje się żadną gwiazdą i ciężko mu się przyzwyczaić, że jest czymś dziwnym w tej części świata. Całe życie dorastał w przeświadczeniu, że to wszystkie pozostałe nacje są egzotyczne, zaś jego jest – podstawowa, typowa, domyślna, krótko rzecz ujmując. Z drugiej strony wychodził z założenia, że skoro Indie są jednym z najczęściej odwiedzanych przez turystów krajów, to tamtejsi mieszkańcy będą już przyzwyczajeni do oglądania takiego a nie innego wyglądu. Nie byli. Przynajmniej nie wszyscy. 
 


Wszystko odbywało się w bardzo przyjaznej atmosferze, na zasadzie: zdjęcie za zdjęcie – przynajmniej w tych przypadkach obywałam się bez stresu pytania kogoś o pozwolenie sfotografowania. A to przecież nie lada wyzwanie - zapytać kogoś o zgodę. W Fathepur Sikri zobaczyłam jedną pannę w bajecznym czerwonym saari, zdobionym całą masą złoceń... Wyglądała jak księżniczka! Niezmiernie chciałam zrobić jej zdjęcie, dlatego wraz z Agą zaczęłyśmy ją gonić. Po zadaniu pytania ciągle jednak nie było wiadomo, jak się sprawy mają. Kobieta zakłopotana patrzyła na nas i nie wiedziała, co odpowiedzieć. W końcu dała nam do zrozumienia, że musimy zapytać jej męża… Całe tłumaczenie, że wygląda tak ładnie, że chciałyśmy to uwiecznić – trzeba było powtórzyć. Na szczęście – mąż wyraził zgodę, ale ja poczułam się, jakbym na targu pytała o możliwość uwiecznienia jakiegoś przedmiotu…



ps niedługo dodam więcej zdjęc, internet mi szwankuje i nie mogę ich przesłać.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Mary nocne i wyobraźnia. Spanie na dziko i jego uroki.

Kiedy zbliża się noc, człowiek zazwyczaj myśli tylko o jednym - żeby położyć się spać... 

Podczas autostopowej podróży, musi jeszcze zastanowić się - gdzie. 

Na pierwszy rzut oka, wszystko wydaje się proste - nawet jeśli nie znajdziemy oficjalnego schronienia - rozłożymy się z gratami gdziekolwiek i przetrwamy do rana na łonie natury. W końcu nie raz się tak robiło! 

To powyższe, to oczywiście wersja optymistyczna, tak zwana - dzienna. Kiedy na niebie świeci słońce, wszystko wydaje się bezpieczniejsze, prostsze i bardziej łaskawe. Nic nie powoduje strachu, ani zawahania... łatwo wówczas podjąć decyzję. Gorzej - kiedy przychodzi noc i nic już nie jest takie jak było...





      Do bram campingu w Portoroż (Słowenia) dojechaliśmy późnym wieczorem. Zbyt późnym, by opłacało się nam wydać po 12 euro za osobę, i jednocześnie zbyt wczesnym, żeby miała nas ogarnąć desperacja i zmęczenie. Wiedzieliśmy zresztą,  że TAKI nocleg, będzie nam jeszcze potrzebny, choćby po to, żeby mieć gdzie bezpiecznie składować bagaże. Nad morze nie jedzie się wszakże na noc, a na dzień (i to bynajmniej nie jeden). 
      Stworzyliśmy więc iście szatański plan przespania się "gdzieś w terenie" do rana i powrotu na camping bladym świtem, żeby zdążyć się rozłożyć i jeszcze na chwilę zdrzemnąć. Na mapie, na której całe miasteczko nie zajmowało więcej niż 1 cm^2, szukaliśmy miejsca, które mogłoby spełnić nasze oczekiwania. Potrzebowaliśmy czegoś ustronnego, w miarę cichego i bezpiecznego, co krótko mówiąc mieści się w sformułowaniu: z dala od ludzi.
      Ruszyliśmy w kierunku, który wydał nam się najbardziej zbliżony do naszych preferencji. Obeszliśmy pole namiotowe i zaczęliśmy wspinać się pod górę. Droga wiodła serpentynowato. Wzdłuż czego? Nie widzieliśmy. Podczas naszej narady zdążyło zrobić się ciemno. Jedyne światło rzucały przejeżdżające od czasu do czasu samochody. Niepokoiło mnie to o tyle, że skoro ludzie dokądś zmierzają - to COŚ musi tam być! My zaś potrzebowaliśmy NICZEGO. Owo NIC było absolutnie niezbędne. 
      W oddali dostrzegliśmy domki. Nie trafiliśmy ani na las, ani bezdroża, ale dzielnicę... zgoła willową. Szlag! Zrobiło się nieciekawie, bo właściwie nie bardzo mieliśmy gdzie szukać czegokolwiek innego... Rafał poszedł się rozejrzeć, ja zostałam z plecakami. Usiadłam w ciemną noc na jednym z nich i gapiłam się w niebo, chrupiąc jakiś batonik. Kiedy R. wrócił, oznajmił, że nieopodal jest park...  Może to niezupełnie to, o co nam chodziło, ale niech będzie. Ruszyliśmy tam razem. 

      Park, zaiste, był. Było jednak także pewne ALE. Przed parkiem stała tablica, a na niej widniało obwieszczenie: "Rezerwat rzeźby - obozowanie surowo wzbronione pod karą grzywny..." Ajjj, zawahałam się. Skąd wiedzieli, że komukolwiek przyjdzie to do głowy?
       Ludzie, mimo późnej pory wchodzili do parku i wychodzili z niego. Pomyśleliśmy, że spróbujemy - w końcu nic innego nam nie pozostaje. Było czarno. Dosłownie. Z trudem udało nam się przyzwyczaić oczy  i dostrzec  ławki. Nie muszę chyba dodawać, że w porównaniu z owymi fascynującymi rzeźbami walczyły o wygraną w kategorii atrakcyjności. I wysuwały się na prowadzenie.
       Po kolacji ugotowanej na palniku (czerwony barszcz z uszkami - wersja suszona do ugotowania z Biedronki), postanowiliśmy się zdrzemnąć. Odczekaliśmy do 23, kiedy ruch zamarł i rozłożyliśmy karimaty wprost na trawie (albo raczej tym, co z niej zostało po wydeptaniu). Plecaki przywiązaliśmy, oparliśmy o ławkę i wykorzystaliśmy, jako poduszki. Wskoczyliśmy do śpiworów i... próbowaliśmy zasnąć.
       Byliśmy na wzniesieniu. Przed nami widać było zatoczkę Morza Adriatyckiego, a za nią całe Portoroż. Miasto przypominało Las Vegas, albo Monaco w miniaturze - wszędzie kasyna i luksusowe hotele. Wszystko starannie i kolorowo oświetlone, migocące, a przy tym utrzymane w gustownym i ekskluzywnym stylu. Światła odbijały się i mieniły na spokojnej tafli wody. Było cicho. Z miasta niosły się tylko dźwięki melancholijnego jazzu. Patrzyliśmy. Dopóki sen nas nie zmorzył. 


Widok na miasto z naszego miejsca biwakowania.


       Na przemian spaliśmy i budziliśmy się, bo noc w takim miejscu, choć klimatyczna, nie może być zupełnie spokojna. Przynajmniej dla dziewczyny. Co chwila otwierałam więc oczy, rozglądając się dookoła. Po zamknięciu nasłuchiwałam, czy aby w pobliżu nie dzieje się coś niedobrego. Czy nie czai się zło... W ciemności każdy szmer, każdy świst i skrzypnięcie brzmi zupełnie inaczej. Donioślej i bardziej złowrogo. Każdy, nic nie znaczący normalnie dźwięk przyprawia o dreszcze i wywołuje króciutki atak paniki. Zwłaszcza, jak ktoś ma misję czuwania nad sytuacją i opanowywania niebezpieczeństwa. Może to banalne, ale ściany namiotu dookoła, choć przecież realnie niczego nie zmieniają, stają się podczas takiej nocy dobrodziejstwem nadzwyczaj pożądanym. Co z tego, że noc jest urokliwa, skoro leży się, niejako podaną na tacy? Dużo przytulniej jest zakopać się w śpiworze, czując dookoła siebie choćby namiastkę pomieszczenia. Dużo też łatwiej przekonać co do tego swojego wewnętrznego tchórza... 
       Namiotu jednak nie było i być nie mogło. Grzywna za złamanie prawa przekroczyłaby nasz cały budżet kilkukrotnie, a przecież nie pojechaliśmy marnować pieniędzy, tylko przeżywać przygody. Jedna z nich właśnie się działa...
       Ze snu wyrwało mnie brzęczenie. Krótkie. Niezbyt głośne, ale też niezbyt daleko. Nieco sparaliżowana strachem syknęłam do Rafała, i konspiracyjnie szturchnęłam go w rękę. Otworzył oczy, trochę zdezorientowany. 

- Coś słyszałam... coś, jakby motor. - szepnęłam najciszej, jak się dało. 
- Niemożliwe. Śpij. 
- Naprawdę słyszałam. Ktoś tu przyjechał, zgasił silnik i stoi prawdopodobnie na drodze. Nie słyszałam, żeby otwierały się jakiekolwiek drzwi...

        Leżeliśmy więc bez ruchu, operując niemal jedynie oczami. Czekaliśmy. Chwilę. Jedną, drugą, trzecią... trwaliśmy w stanie gotowości dobre 3 minuty, wytężając słuch i niespokojnie przełykając ślinę.W końcu dobiegł nas szmer, potem szelest, aż wreszcie normalne szuranie po trawie. Ktoś zmierzał w naszą stronę. Kto? Tego właśnie baliśmy się dowiedzieć... 


Widok na miasto z dołu, z pomostu.
       Zamarliśmy w milczeniu, starając się nie poruszyć. Natychmiast każda część ciała zaczęła łaskotać i domagać się energicznego podrapania, poruszenia, wyrwania ze stanu paraliżu. Mięśniom zachciało się nagle gimnastyki! W środku nocy - też mi pomysł... Coś nachalnie drażniło nos, skłaniając do kichnięcia. Włosy przypadkowym podmuchem wiatru znalazły się na twarzy a plecak zaczął  dokuczliwie uwierać. Tymczasem, poruszyć się nie było wolno. Obserwowaliśmy zmierzającą w naszą stronę jednostkę, nie wiedząc, kim jest...

 Wyobraźnia postanowiła otworzyć sobie szeroko drzwi i nie oszczędzać się ani trochę. Co chwilę podsuwała mi gotowe scenariusze...

        Mógł więc być strażnikiem owego bardzo elitarnego i cennego rezerwatu, chcącym wlepić nam gigantyczną grzywnę za biwakowanie w niedozwolonym miejscu... Albo zupełnie neutralnym zbłąkanym człowiekiem, który w środku nocy przyjechał na motorze, żeby połazić sobie po ciemnych zaułkach (tylko, u licha! - po co?)... A może to ktoś, kto zgubił coś za dnia i teraz postanowił odnaleźć swoją własność w gąszczu roślinności? Przecież wyciąga latarkę... na pewno czegoś szuka. Ufff. Zaraz, zaraz... ZARAZ! A jeśli... szuka nas?! W jednej sekundzie strapiony nieszczęśnik poszukujący swojej zguby, zmienił się w mojej głowie w seryjnego zabójcę, z całą pewnością ukrywającego za pazuchą jakąś poręczną siekierkę. Był groźny, niebezpieczny i bezlitosny... Zdeterminowany, żeby nas znaleźć, obrabować i zabić. Z całą pewnością! 
        Osobnik, sprawdziwszy część terenu nieopodal nas (zadziwiające, że nie dostrzegł w mroku naszych sylwetek, leżących, wydawałoby się wcale nie w najciemniejszym miejscu), skierował się w stronę krzaków porastających skraj wzgórza. Podszedł do nich i penetrował je światłem reflektora. Jakie to szczęście, że zrezygnowaliśmy z pomysłu rozbicia namiotu w tamtym miejscu! W pewnym momencie człowiek rozchylił gałęzie i zniknął w gąszczu. 

        Moja uczynna wyobraźnia nie traciła ani chwili i od razu przystąpiła do tłumaczenia mi, co działo się po drugiej stronie linii drzew i krzewów...

       Otóż, z całą pewnością, wśród roślinności ukryta była tajemna ścieżka, wiodąca do jeszcze bardziej tajemnego domku (koniecznie z drewna i nieco rozlatującego się), o którym czasem słyszy się w plotkach, ale nikt go nigdy nie widział. W domku tym z pewnością odbywają się nielegalne transakcje wielkimi pieniędzmi, handel narkotykami i bronią, zaś w piwnicach na pewno więzi się zakładników. Taaaak, taki domek z pewnością jest w pobliżu, zaś TEN właśnie człowiek poszedł właśnie TAM. Mur beton. Dziękuję Ci, Wyobraźnio, że tak mnie wspierasz w trudnych chwilach.

       Skoro zagrożenie zniknęło, odetchnęliśmy na chwilę z ulgą i podrapaliśmy wszystkie dokuczające nam łaskoczące strefy. Wzięliśmy kilka głębokich oddechów i wymieniliśmy kilka zdań. Wyrzuciłam z siebie wszystkie lęki, ale wyobraźnia R. była chyba ciągle w stanie letargu i nie chciała porozumieć się z moją. Dziwna jakaś. 

       Chociaż rozważaliśmy szybkie zwinięcie się z tego miejsca i ukrycie gdzie indziej, nie chcieliśmy ani ryzykować wykrycia (jeśli tajemnicza postać nagle wychyliłaby się zza liści), ani wstawać, bo wyrwani ze snu nie bardzo mieliśmy siłę gdziekolwiek się przenosić. Leżeliśmy więc dalej, oczekując z dusza na ramieniu na rozwój wypadków. Kiedy minęło 20 minut, uznaliśmy, że człowiek gdzieś przepadł i na pewno nie wróci. Zgodziłam się wówczas zmrużyć oczy i ponownie spróbować zasnąć. Wtedy to, jak na komendę, gałęzie znów zaszeleściły, światełko ukazało się naszym oczom tuż za ciemnozieloną zasłoną i z każdą chwilą robiło się coraz wyraźniejsze. Wreszcie wynurzył się z otchłani ON. 
       Znów zamarliśmy. Tymczasem ON poświecił jeszcze trochę dookoła, pokręcił się tu i tam, po czym ruszył pod górę, nawet nas nie dostrzegając. Chociaż leżeliśmy na samym środku terenu, prawdopodobnie nie zostaliśmy odróżnieni od kamieni, bądź rzeźb. ON zaś wdrapał się ponownie na ścieżkę, odpalił silnik i odjechał, nie zamordowawszy nas wcześniej ani trochę. ;)


Rafał o poranku... :)

niedziela, 3 marca 2013

Hotelowe Indie.



 W Indiach znalezienie pokoju, który zarówno swoją ceną, jak i jakością będzie odpowiadał przeciętnemu Europejczykowi nie stanowi większej trudności. No, chyba, że ktoś takie trudności miewa już niejako z urzędu, bo narodził się z jakże uroczą cechą – nieśmiałością… wtedy faktycznie, można wspomnieć o pewnych komplikacjach, bo już samo poszukiwanie jakiejkolwiek parceli, pytanie, oglądanie i rozprawianie z obcymi ludźmi wydaje się nie lada wyzwaniem. Cóż, nikt nie mówił, że wszystko będzie od ręki. Choć czasem by się chciało.

Wybierać jest w czym, bo hotel zazwyczaj stoi na hotelu. Ich standard jest różny - zazwyczaj jednak nie zachwyca, jeśli oglądamy ośrodki klasy ekonomicznej, jednak cena wynagradza wszystko w dwójnasób. Jeśli ktoś nie ma ogromnych wymagań i nie przeszkadza mu tu i ówdzie zadrapana ściana, ograniczona ilość ciepłej wody, albo nędzny wystrój czy lekko zardzewiały prysznic - nie będzie narzekał. Jeśli jednak ktoś liczy na europejskie warunki - lepiej rozejrzeć się za czymś w europejskich cenach. W Indiach można tanio zjeść i spać, ale na azjatycki sposób. Jeśli więc nieswojo czujemy się w typowym azjatyckim wnętrzu, w pokoju albo w knajpie (choć to zdecydowanie zbyt szumne słowo) i razi nas, że pracownik zmywa naczynia w wielkiej niebieckiej beczce, zaledwie kilka kroków od nas - no cóż, wtedy pozostaje nam wsadzić nos w przewodnik i wertować strony z poleceniami dla bogatszych ;). Mnie w zupełności wystarcza to, co oferują na pierwszych pozycjach - o ile nie ma robactwa, jest czysto i mamy dostęp do ciepłej wody - jest wyśmienicie. Zwłaszcza, że to i tak warunki o niebo lepsze niż zazwyczaj przeze mnie używany namiot ;). Jeśli się zresztą odpowiednio poszuka - można i za śmiesznie niskie pieniądze znaleźć coś przytulnego. 
Na co można liczyć i za ile? Za 30-40 zł można wynająć 2-osobowy pokój z prywatną łazienką i podstawowym wyposażeniem, np. w Delhi, Agrze, Waranasi, Jaipurze, Dharamsali czy Mc Leod Ganj. W Amritsarze można ograniczyć wydatek do 20 zł, lub nawet przespać się za symboliczną opłatą w wieloosobowej sali.  Dodam, że zakwaterowanie to nie zawierało nigdy jedzenia, ale też nie spotkałam się w żadnym z tych pokojów z insektami ani zwierzętami. Wbrew temu, co się mówi o Indiach, że tanie noclegi wiążą się z materacami pełnymi pluskiew czy innego szataństwa - nam zawsze trafiał się czysty pokój, któremu ciężko było cokolwiek zarzucić. W tym miejscu zaznaczę jeszcze tylko, że mimo wszystko lepiej zabierać ze sobą własny cienki śpiwór... tak na wszelki wypadek ;) Na własne oczy widziałam, np. jak ludność z Waranasi pierze pościel hotelową w Gangesie i suszy ją później na promenadzie... a bliższej styczności ze świętą rzeką, do której wrzucane są niedopalone szczątki zmarłych - nie chcielibyście mieć.
Suszenie prania nad Gangesem. Waranasi.

Waranasi - suszenie prania.


Można więc trafić na coś zadowalającego, należy tylko... uzbroić się w cierpliwość. I w jeszcze trochę cierpliwości - tak na wszelki wypadek.  
Trzeba bowiem mnożyć kilometry i przemierzać zakurzone uliczki, potykać się na nierównym bruku, lub dreptać po piasku i zachodzić to tu, to tam z nadzieją, że znajdzie się coś odpowiedniego jak najszybciej i że właściciel nie będzie zanadto asertywny w swoich szaleńczych postanowieniach. Można byłoby skorzystać z podwózki, jednak jeśli w istocie chcemy sami podjąć decyzję co do wyboru miejsca najbliższego postoju – radziłabym sobie i innym zrezygnować z pomysłu. W przeciwnym razie zostaniemy zawiezieni do hoteliku wujka, kuzyna, brata, ojca czy przyjaciela, a w dodatku wkrótce zostaniemy przekonani, że to właśnie miejsce, którego szukaliśmy i w którym chcemy się zatrzymać. W dodatku warunki w nim są najlepsze, bo w przeciwieństwie do innych jest wygodny, czysty, komfortowy, najtańszy i oferuje nieograniczony dostęp do ciepłej wody. Niekoniecznie musi się to w jakikolwiek sposób stykać z prawdą, jednak w danym momencie nie musimy przecież mieć świadomości tego faktu. W rezultacie zostaniemy, czy nam się to podobało czy nie. Nie twierdzę, że zawsze musi to być zła decyzja, czasem można zdać się na rady Hindusów i skorzystać z oferty. Może nam to zaoszczędzić wiele trudu, jednak jeśli chcemy poszukać czegoś lepszego, lub tańszego…
No i nigdy nie przyjmujemy pierwszego proponowanego pokoju, ani pierwszej oferowanej ceny! Zawsze nalegamy na prezentację przynajmniej 2 innych wnętrz i kontratakujemy propozycją duuuużo niższej zapłaty. Możemy przy tym użyć zdolności aktorskich i postrzelać głupkowate miny, markując oburzenie, rozbawienie, zażenowanie z powodu oczekiwań hotelarza. To oczywiście, jeśli nie jesteśmy wstydliwi i pewność siebie pozwala nam na figlarne zachowania i spontaniczne reakcje. Jeśli. W przeciwnym przypadku możemy skupić się na innych metodach i np. wspomnieć o kilku innych hotelach, które właśnie odwiedziliśmy, a w których to choć warunki były porównywalne, zażądano od nas połowę niższej ceny. Warto czasem wskazać właścicielowi mankamenty i braki w wyposażeniu, oczekując odpowiedniej zniżki z racji ich istnienia. Niech wie, że jesteśmy czujni i drobiazgi także się przed nami nie ukrywają! 
Moja metoda, choć może nie tak przebojowa także dawała dość wymierne efekty. Otóż, po usłyszeniu oferty zaczynałam konsultacje z Agą po polsku – mogłyśmy sobie na spokojnie i bez obaw omówić wszystkie za i przeciw, wskazać niedoskonałości i zalety pokoju oraz ceny a także ustalić wspólną taktykę. Dzięki temu, że polskiego prawie nikt na świecie nie rozumie, miałyśmy możliwość wszystko dokładnie przegadać i podjąć odpowiednie działania. Nie musiałyśmy działać spontanicznie i szybko. Im dłużej trwała rozmowa, wzdychanie, cmoktanie, kręcenie głową (nawet jeśli większość było za niż przeciw), tym bardziej właściciel miękł i gotowy był zniżać cenę. Wystarczyło mamrotać cokolwiek do siebie, czasem nawet na zupełnie inny temat i od czasu do czasu rzucać pytanie o to czy o tamto w stronę hotelarza. Tym sposobem trwożliwy człowiek może uniknąć bardzo bezpośredniej konfrontacji, wymagającej przecież niemałej asertywności i zdecydowania i najspokojniej w świecie wytargować sobie lepsze warunki. Warunek jest jeden – musi mieć partnera do konfrontacji. Metoda może trochę dla dzikusów, ale cóż – każdy walczy, jak umie.

Pokój w Waranasi.

Pokój w New Delhi.


Widok na Himalaje z hotelu w Mc Leod Ganj.
Hotelowa posesja w Waranasi.

piątek, 15 lutego 2013

Indywidualne wędrówki i ich wyższość nad zorganizowanymi podróżami. Ogólne rozważania nocną porą czynione.


Wędrówka w pojedynkę lub w parze stwarza wielkie możliwości. Daje zdecydowanie większe szanse  poznawcze, aniżeli w wieloosobowej grupie. W tłumie nigdy nie będziemy mieli możliwości poznać innej kultury tak dokładnie, jak bezpośrednio z nią obcując. W grupie nie usłyszymy dźwięków natury ani nawet uroczego ulicznego gwaru. Zagłuszy nam to wszystko szelest i szum rozmów gromadki, do której należymy. Podróżując na własną rękę, możemy zbliżyć się do nowego świata i jego codzienności. Możemy poznać ludzi i od kuchni podpatrywać życie świata. Możemy też liczyć na zainteresowanie gospodarzy i od czasu do czasu wesprzeć się na ich wyciągniętej, pomocnej dłoni. Rozmowa z drugim człowiekiem w czasie podróży stwarza nieskończone możliwości... i przyznaję to nawet ja - istota z natury nieśmiała i lubiąca sobie radzić samodzielnie, robiąca wszystko, byle tylko nie pytać, a samej dowiedzieć się, co i jak... 


Podczas podróży autostopowych nie da się jednak uniknąć kontaktów międzyludzkich i rozmów z tubylcami. Po kilku takich wyprawach uważam, że ostatecznie wychodzi to na dobre - człowiek się uspołecznia, nabiera ogłady, przestaje być dzikusem i zaczyna się czuć swobodniej w interakcjach z nieznajomymi... ale zanim to nastąpi - trzeba walczyć ze sobą i pomału się przełamywać. Należy więc gawedzić. Dużo. Mówić o sobie i pytać. Pytać, pytać i pytać. Jak sami się wstydzimy, możemy na początek szturchnąć w ramię takiego, np. Rafała i wypchnąć go na pierwszy ogień rozmowy.  Potem już jakoś idzie. ;) 

Podczas takich krótszch, bądź dłuższych pogawędek można się wiele dowiedzieć i na wiele załapać. Nie mówię tu o zyskach materialnych, ale np. wspólnym zwiedzaniu, poleceniu ciekawych miejsc, tańszych knajpek, sklepów ze świeższymi owocami czy np. najlepszej pory na odwiedzenie jakiegoś miejsca. Korzyści, jakie płyną z nawiązywania kontaktów z napotykanymi w podróży ludźmi, są tak niepodważalnie wielkie, że nawet mi nie pozostaje nic innego, jak poddać się konieczności i odbijać piłeczkę pomiędzy dwiema paletkami: pytanie i odpowiedź. 


Dużym ułatwieniem są  dobre okoliczności, które pozwalają na naturalne zagajenia (ciężko jest zapoznać się z kimś ot tak, na ulicy). Na nasza korzyść świadczą więc wspominane już auta i... hostele. Backpackersi mają to do siebie, że tworzą swoistą subkulturę, pewnego rodzaju wspólnotę i wydaje mi się, że nie ma absolutnie nic dziwnego w swobodnej wymianie myśli i poglądów między nimi. To zupełnie zwyczajne, że witają się ze sobą, zwierzają się ze swoich osiągnięć, dzielą się planami i wymieniają doświadczeniem.  Dobre hostele ułatwiają takie społeczne interakcje, np. zapewniając gościom miejsce, w którym mogą się spotkać i porozmawiać. Do dziś niezwykle miło wspominam Skopje, gdzie w hostelu każdego wieczoru goście wraz z gospodarzem zasiadali przy stolikach z kubeczkami rakii i raczyli się zarówno trunkiem, jak i opowieściami. Właściciel przestawał być wówczas obcą, oficjalną personą a stawał się naszym przewodnikiem, mentorem, towarzyszem.


Niejednokrotnie dzięki rozmowom udało nam się załapać na darmowy posiłek, spanie (nawet zaproszenie do domu na nocleg), pomoc czy przestrogę. Dowiedzieliśmy się wiele i z pewnością uniknęliśmy wielu niebezpieczeństw. Rozmawiając i obserwując, poznawaliśmy kraj od podszewki, obcując bezpośrednio z jego wnętrzem. Dotykaliśmy tego, co normalnie jest ukryte przed zorganizowanymi wycieczkami. Typowy turysta, który tylko pędzi z aparatem, obfotografowując z każdej strony zabytek, nie dostrzega prawdziwości miejsca. Widzi tylko to, co na pierwszy rzut oka chce mu pokazać miasto i jego mieszkańcy. Na pierwszy rzut, bo na drugi z reguły nie ma już czasu, biegnąc do autobusu. Dostrzega więc tylko fasadę, ogólny rys miejsca, bez poczucia jego charakteru. Tak sądzę, dlatego nie jestem zwolenniczką wieloosobowych wycieczek. Nie lubię być poganiana ani ograniczona czasem czy planem wyjazdu. Zdecydowanie bardziej odpowiada mi poczucie wolności i możliwość spontanicznego działania. Lubię zmieniać cele i modyfikować itinerarium w zależności od tego, jak przebiega podróż i jakie wrażenia wywierają na mnie odwiedzane lokacje. Jeśli psuje się pogoda, mogę zawsze skoczyć do sąsiedniego kraju, jeśli usłyszę o czymś fantastycznym, czego po prostu nie można nie zobaczyć - jadę tam, rezygnując z czegoś mniej istotnego, a jeśli coś mnie olśniewa - spędzam przy tym więcej czasu. Dlatego właśnie lubię podróże na własną rękę. Mogę wtedy skupić się na tym, co mnie cieszy, interesuje i inspiruje. Nigdzie się nie spieszę, niczym nie martwię (no, może tym, gdzie tej nocy będę spała) i mogę spokojnie chłonąć wakacyjne wyprawowe powietrze.  Uwielbiam wsłuchiwać się w dźwięki ulicy, w gwar tłumu, muzykę z knajpek lub happeningów, śpiew ptaków i szum górskiego strumienia. Ostatnio nawet mniejszą wagę przykładam do samych zabytków (choć oczywiście nie rezygnuję z ich zwiedzania) a koncentruję się na obserwowaniu życia. Lubię być w miejscu, w którym jestem i czuć jego specyficzną aurę. Nie lubię za to, żeby mi wtedy przeszkadzano przywoływaniem mnie do rzeczywistości. To byłoby niegrzeczne. ;) Dlatego jeżdżę z tylko jednym towarzyszem. 


środa, 30 stycznia 2013

Złota świątynia w Amritsarze. Kilka subiektywnych uwag.

Złota świątynia, Amritsar. 
 Luty 2011r.

Największa świętość Sikhów zamieszkujących region Indii zwany Pendżabem. Zdecydowanie jedno z najklimatyczniejszych miejsc północnozachodniej części kraju. Samo miasto różni się klimatem od radżasthańskich miejscowości – ludzie są tu spokojniejsi, jakby mniej natrętni, nieco bardziej poważni j uduchowieni.Oczywiście unoszący się wszędzie kurz i panujący dookoła zgiełk nie pozwalają nam zapomnieć, w jakim kraju się znajdujemy, ale przecież nie po to wybieramy się do Indii, żeby zapominać.  Niezaczepiani przez aż tak wielką grupę Hindusów, możemy udać się do głównego, najważniejszego miejsca w Amritsarze i poczuć magnetyzm tamtejszej świątyni. Tu i ówdzie potykamy się o śmieci, niedbale rzucone na środku ulicy, ocieramy lejący się z czoła pot i jeszcze na dworcu rozglądamy się za rikszą. Okazuje się, że w mieście najbardziej popularne są riksze rowerowe - nimi też możemy dojechać najbliżej centrum. Uzgadniamy cenę ze szczupłym człowiekiem o twarzy wysmaganej słońcem i wiatrem i ładujemy się... no właśnie - gdzie? Do  pojazdu? Na pojazd? Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie, bowiem przestrzeni praktycznie nie ma a nas jest tak jakby cztery sztuki (dwie osoby i dwa naprawdę spore plecaki). Siedzisko jest jedno. W dodatku niestandardowe. Jego długość to jakieś 80 cm, szerokość zaś ok. 20. Wymiary byłyby nawet całkiem satysfakcjonujące, gdyby nie fakt, że REALNIE miejsca jest tam dużo mniej - prawdopodobnie pod wpływem słońca wszystko spuchło, napompowało się i uniosło się w górę, formując się w łukowate i nieuginające się siedzenie. Żeby była jasność, łuki były i od lewej do prawej i od przodu do tyłu. Faktycznego miejsca było więc może 60x10 cm. Dodając do tego informację, że ciągle miałyśmy plecaki na plecach (bo nie było ich gdzie ustawić) - wszystko razem stanowiło dość niestabilną konstrukcję. Zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę liczne zakręty i wyboje. Jak na złość, dystans był całkiem spory, więc dobrych kilka(naście) minut jechałyśmy w napięciu, starając się nie stracić dobytku i nie spaść z hukiem na ziemię (przy czym po owej ziemi, cały czas pędziły samochody). My nie pędziliśmy. Definitywnie. Za to w pewnym momencie podjechaliśmy pod gigantyczną górę, pod którą nikt o normalnej wydolności organizmu by nie podjechał. Nie podjechał także i nasz kierowca. Za to bez skrępowania poprosił nas o zejście i pomoc przy pchaniu roweru. ;)



Wreszcie dostajemy się do celu. Mamy bagaże, więc zanim rzucimy się w wir zwiedzania, musimy je gdzieś zostawić. W przewodniku napisano, że darmowy, lub bardzo niedrogi nocleg można znaleźć w samej świątyni. Niech Was jednak ta informacja o "samej świątyni" nie zmyli - żeby odnaleźć opisane miejsce trzeba trochę pobłądzić i odejśc kilkadziesiąt metrów od zabytku. Faktycznie noclegownia mieści się w spotym budynku na tyłach obiektu i poza jego murami. Są tam wspólne i oddzielne pokoje - jeśli ktoś boi się o bagaż, może zamiast bezpłatnego noclegu wybrać bardzo niedrogą opcję spania w prywatnym pokoju. Wszystko jest bezpieczne i nawet w pewnym stopniu europejskie. Po zameldowaniu idziemy na górę, tam napółpiętrach legitymują nas kolejni strażnicy ;). 


Po kilku chwilach poświęconych na odświeżenie i ogarnięcie pakunków, doprowadzamy się do ładu i wyruszamy na rozeznanie. Bardzo nam śpieszno do świątyni - chcemy poświęcić jak najwięcej czasu na dokładną jej eksplorację. 



Zostajemy pouczone, że przed wejściem należy zdjąć obuwie i skarpetki oraz  nakryć głowę (bez względu na płeć) – jeśli nie posiadamy żadnej chustki czy czapki – możemy taką bezpłatnie wypożyczyć od osób posiadających specjalne kosze wypełnione awaryjnymi chustkami dla turystów, a jeśli nie chce nam się nosić ze sobą butów, możemy zostawić je przy odpowiednim stoisku. Nie zwlekamy, zwłaszcza, że głowy i tak mamy chronione przed słońcem. Szybko zostawiamy buty i obmywamy stopy w płytkim brodziku. W tak upalny dzień jest to jedna z przyjemniejszych czynności.
Wewnątrz nie wolno palić ani pić alkoholu. Nie można także zanieczyszczać tamtejszej sadzawki – woda z tego miejsca traktowana jest jako święta – Hindusi nabierają ją do buteleczek, piją i obmywają się nią. Sikhowie są b. przyjaznym ludem, ale wymagają uszanowania ich świętości. Należy także uważać na śliską podłogę, jako że jest bardzo często zmywana przez wolontariuszy. 


Tu można kupić halawę.

Sama budowla, umieszczona na środku zbiornika wodnego (Amrit Sarovar), w którym w dodatku pływają piękne, duże, kolorowe ryby, nazywa się Hari Mandir Sahib. Jest to dwupiętrowy marmurowy budynek pokryty w większości złotem – na ścianach znajduje się ok. 750 kg czystego kruszcu! Przypominać ma ona kwiat lotosu – symbol sikhijskiego poświęcenia dla prowadzenia dobrego i czystego życia. Wiedzie do niej mostek (Guru’s Bridge). W czasie ceremonii zdarza się, że cały wypełniony jest oczekującymi na wejście pielgrzymami – wtedy warto po prostu trochę poczekać na przerzedzenie się tłumu i zwiedzić pobliskie budynki niż stać w b. długiej kolejce. Ludzie odwiedzający to miejsce często przynoszą ze sobą w darze talerze z  halawą – jest to rodzaj deseru ze słodkiej kaszy manny, o lekko brązowej barwie i karmelowym smaku. Na potrzeby świątyni i pielgrzymów sprzedawana jest ona w obrębie murów miejsca. Wszystkie dary są następnie gromadzone w jednym naczyniu i mieszane ze sobą. Przy wychodzeniu, każdy z odwiedzających otrzymuje garść (tak! Nie łyżkę, nie miseczkę, ale garść) owego deseru.




Panienka z okienka, czyli ja.


Aga.

Świątynia jest o tyle ciekawym miejscem, że można tam z bliska przyjrzeć się hinduskim modłom i posłuchać ich pieśni i mantr. W malutkim, przytulnym wnętrzu, na piętrze można przysiąść na dywanie (zalecane siedzenie ze skrzyżowanymi nogami) i obserwować. Na dole zaś odbywają się ceremonie i składanie ofiar przez pielgrzymów. 

Dla mnie było to najbardziej mistyczne, ze wszystkich miejsc, jakie do tej pory odwiedziłam. Energia, jaka emanowała z tego miejsca na mnie oddziaływała z dużą siłą. Podczas gdy do tej pory każdy dzień spędzony w Indiach równał się walce o chwilę spokoju, tutaj można było się wyciszyć, oczyścić i zagłębić w siebie. Nikt nie nagabywał, ani nie próbował na nic namówić. Można było w spokoju przycupnąć i zapatrzyć się przed siebie, podziwiając inne życie i inną kulturę... dostrzegając w odpowiedzi jedynie uśmiech życzliwości a nie wyciągniętą rękę otwierające się usta, które chciałyby krzyknąć "visit my shop, madame!".

 

Warto pozostać w mieście przez cały dzień i odwiedzić świątynię nie raz, ale kilka – o każdej porze dnia, pod wpływem zmieniającego się światła – złoty budynek wygląda zupełnie inaczej. Szczególnie godne uwagi są pory świtu i zachodu słońca.


Wejśćie jest darmowe.