Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Słowenia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 kwietnia 2013

Mary nocne i wyobraźnia. Spanie na dziko i jego uroki.

Kiedy zbliża się noc, człowiek zazwyczaj myśli tylko o jednym - żeby położyć się spać... 

Podczas autostopowej podróży, musi jeszcze zastanowić się - gdzie. 

Na pierwszy rzut oka, wszystko wydaje się proste - nawet jeśli nie znajdziemy oficjalnego schronienia - rozłożymy się z gratami gdziekolwiek i przetrwamy do rana na łonie natury. W końcu nie raz się tak robiło! 

To powyższe, to oczywiście wersja optymistyczna, tak zwana - dzienna. Kiedy na niebie świeci słońce, wszystko wydaje się bezpieczniejsze, prostsze i bardziej łaskawe. Nic nie powoduje strachu, ani zawahania... łatwo wówczas podjąć decyzję. Gorzej - kiedy przychodzi noc i nic już nie jest takie jak było...





      Do bram campingu w Portoroż (Słowenia) dojechaliśmy późnym wieczorem. Zbyt późnym, by opłacało się nam wydać po 12 euro za osobę, i jednocześnie zbyt wczesnym, żeby miała nas ogarnąć desperacja i zmęczenie. Wiedzieliśmy zresztą,  że TAKI nocleg, będzie nam jeszcze potrzebny, choćby po to, żeby mieć gdzie bezpiecznie składować bagaże. Nad morze nie jedzie się wszakże na noc, a na dzień (i to bynajmniej nie jeden). 
      Stworzyliśmy więc iście szatański plan przespania się "gdzieś w terenie" do rana i powrotu na camping bladym świtem, żeby zdążyć się rozłożyć i jeszcze na chwilę zdrzemnąć. Na mapie, na której całe miasteczko nie zajmowało więcej niż 1 cm^2, szukaliśmy miejsca, które mogłoby spełnić nasze oczekiwania. Potrzebowaliśmy czegoś ustronnego, w miarę cichego i bezpiecznego, co krótko mówiąc mieści się w sformułowaniu: z dala od ludzi.
      Ruszyliśmy w kierunku, który wydał nam się najbardziej zbliżony do naszych preferencji. Obeszliśmy pole namiotowe i zaczęliśmy wspinać się pod górę. Droga wiodła serpentynowato. Wzdłuż czego? Nie widzieliśmy. Podczas naszej narady zdążyło zrobić się ciemno. Jedyne światło rzucały przejeżdżające od czasu do czasu samochody. Niepokoiło mnie to o tyle, że skoro ludzie dokądś zmierzają - to COŚ musi tam być! My zaś potrzebowaliśmy NICZEGO. Owo NIC było absolutnie niezbędne. 
      W oddali dostrzegliśmy domki. Nie trafiliśmy ani na las, ani bezdroża, ale dzielnicę... zgoła willową. Szlag! Zrobiło się nieciekawie, bo właściwie nie bardzo mieliśmy gdzie szukać czegokolwiek innego... Rafał poszedł się rozejrzeć, ja zostałam z plecakami. Usiadłam w ciemną noc na jednym z nich i gapiłam się w niebo, chrupiąc jakiś batonik. Kiedy R. wrócił, oznajmił, że nieopodal jest park...  Może to niezupełnie to, o co nam chodziło, ale niech będzie. Ruszyliśmy tam razem. 

      Park, zaiste, był. Było jednak także pewne ALE. Przed parkiem stała tablica, a na niej widniało obwieszczenie: "Rezerwat rzeźby - obozowanie surowo wzbronione pod karą grzywny..." Ajjj, zawahałam się. Skąd wiedzieli, że komukolwiek przyjdzie to do głowy?
       Ludzie, mimo późnej pory wchodzili do parku i wychodzili z niego. Pomyśleliśmy, że spróbujemy - w końcu nic innego nam nie pozostaje. Było czarno. Dosłownie. Z trudem udało nam się przyzwyczaić oczy  i dostrzec  ławki. Nie muszę chyba dodawać, że w porównaniu z owymi fascynującymi rzeźbami walczyły o wygraną w kategorii atrakcyjności. I wysuwały się na prowadzenie.
       Po kolacji ugotowanej na palniku (czerwony barszcz z uszkami - wersja suszona do ugotowania z Biedronki), postanowiliśmy się zdrzemnąć. Odczekaliśmy do 23, kiedy ruch zamarł i rozłożyliśmy karimaty wprost na trawie (albo raczej tym, co z niej zostało po wydeptaniu). Plecaki przywiązaliśmy, oparliśmy o ławkę i wykorzystaliśmy, jako poduszki. Wskoczyliśmy do śpiworów i... próbowaliśmy zasnąć.
       Byliśmy na wzniesieniu. Przed nami widać było zatoczkę Morza Adriatyckiego, a za nią całe Portoroż. Miasto przypominało Las Vegas, albo Monaco w miniaturze - wszędzie kasyna i luksusowe hotele. Wszystko starannie i kolorowo oświetlone, migocące, a przy tym utrzymane w gustownym i ekskluzywnym stylu. Światła odbijały się i mieniły na spokojnej tafli wody. Było cicho. Z miasta niosły się tylko dźwięki melancholijnego jazzu. Patrzyliśmy. Dopóki sen nas nie zmorzył. 


Widok na miasto z naszego miejsca biwakowania.


       Na przemian spaliśmy i budziliśmy się, bo noc w takim miejscu, choć klimatyczna, nie może być zupełnie spokojna. Przynajmniej dla dziewczyny. Co chwila otwierałam więc oczy, rozglądając się dookoła. Po zamknięciu nasłuchiwałam, czy aby w pobliżu nie dzieje się coś niedobrego. Czy nie czai się zło... W ciemności każdy szmer, każdy świst i skrzypnięcie brzmi zupełnie inaczej. Donioślej i bardziej złowrogo. Każdy, nic nie znaczący normalnie dźwięk przyprawia o dreszcze i wywołuje króciutki atak paniki. Zwłaszcza, jak ktoś ma misję czuwania nad sytuacją i opanowywania niebezpieczeństwa. Może to banalne, ale ściany namiotu dookoła, choć przecież realnie niczego nie zmieniają, stają się podczas takiej nocy dobrodziejstwem nadzwyczaj pożądanym. Co z tego, że noc jest urokliwa, skoro leży się, niejako podaną na tacy? Dużo przytulniej jest zakopać się w śpiworze, czując dookoła siebie choćby namiastkę pomieszczenia. Dużo też łatwiej przekonać co do tego swojego wewnętrznego tchórza... 
       Namiotu jednak nie było i być nie mogło. Grzywna za złamanie prawa przekroczyłaby nasz cały budżet kilkukrotnie, a przecież nie pojechaliśmy marnować pieniędzy, tylko przeżywać przygody. Jedna z nich właśnie się działa...
       Ze snu wyrwało mnie brzęczenie. Krótkie. Niezbyt głośne, ale też niezbyt daleko. Nieco sparaliżowana strachem syknęłam do Rafała, i konspiracyjnie szturchnęłam go w rękę. Otworzył oczy, trochę zdezorientowany. 

- Coś słyszałam... coś, jakby motor. - szepnęłam najciszej, jak się dało. 
- Niemożliwe. Śpij. 
- Naprawdę słyszałam. Ktoś tu przyjechał, zgasił silnik i stoi prawdopodobnie na drodze. Nie słyszałam, żeby otwierały się jakiekolwiek drzwi...

        Leżeliśmy więc bez ruchu, operując niemal jedynie oczami. Czekaliśmy. Chwilę. Jedną, drugą, trzecią... trwaliśmy w stanie gotowości dobre 3 minuty, wytężając słuch i niespokojnie przełykając ślinę.W końcu dobiegł nas szmer, potem szelest, aż wreszcie normalne szuranie po trawie. Ktoś zmierzał w naszą stronę. Kto? Tego właśnie baliśmy się dowiedzieć... 


Widok na miasto z dołu, z pomostu.
       Zamarliśmy w milczeniu, starając się nie poruszyć. Natychmiast każda część ciała zaczęła łaskotać i domagać się energicznego podrapania, poruszenia, wyrwania ze stanu paraliżu. Mięśniom zachciało się nagle gimnastyki! W środku nocy - też mi pomysł... Coś nachalnie drażniło nos, skłaniając do kichnięcia. Włosy przypadkowym podmuchem wiatru znalazły się na twarzy a plecak zaczął  dokuczliwie uwierać. Tymczasem, poruszyć się nie było wolno. Obserwowaliśmy zmierzającą w naszą stronę jednostkę, nie wiedząc, kim jest...

 Wyobraźnia postanowiła otworzyć sobie szeroko drzwi i nie oszczędzać się ani trochę. Co chwilę podsuwała mi gotowe scenariusze...

        Mógł więc być strażnikiem owego bardzo elitarnego i cennego rezerwatu, chcącym wlepić nam gigantyczną grzywnę za biwakowanie w niedozwolonym miejscu... Albo zupełnie neutralnym zbłąkanym człowiekiem, który w środku nocy przyjechał na motorze, żeby połazić sobie po ciemnych zaułkach (tylko, u licha! - po co?)... A może to ktoś, kto zgubił coś za dnia i teraz postanowił odnaleźć swoją własność w gąszczu roślinności? Przecież wyciąga latarkę... na pewno czegoś szuka. Ufff. Zaraz, zaraz... ZARAZ! A jeśli... szuka nas?! W jednej sekundzie strapiony nieszczęśnik poszukujący swojej zguby, zmienił się w mojej głowie w seryjnego zabójcę, z całą pewnością ukrywającego za pazuchą jakąś poręczną siekierkę. Był groźny, niebezpieczny i bezlitosny... Zdeterminowany, żeby nas znaleźć, obrabować i zabić. Z całą pewnością! 
        Osobnik, sprawdziwszy część terenu nieopodal nas (zadziwiające, że nie dostrzegł w mroku naszych sylwetek, leżących, wydawałoby się wcale nie w najciemniejszym miejscu), skierował się w stronę krzaków porastających skraj wzgórza. Podszedł do nich i penetrował je światłem reflektora. Jakie to szczęście, że zrezygnowaliśmy z pomysłu rozbicia namiotu w tamtym miejscu! W pewnym momencie człowiek rozchylił gałęzie i zniknął w gąszczu. 

        Moja uczynna wyobraźnia nie traciła ani chwili i od razu przystąpiła do tłumaczenia mi, co działo się po drugiej stronie linii drzew i krzewów...

       Otóż, z całą pewnością, wśród roślinności ukryta była tajemna ścieżka, wiodąca do jeszcze bardziej tajemnego domku (koniecznie z drewna i nieco rozlatującego się), o którym czasem słyszy się w plotkach, ale nikt go nigdy nie widział. W domku tym z pewnością odbywają się nielegalne transakcje wielkimi pieniędzmi, handel narkotykami i bronią, zaś w piwnicach na pewno więzi się zakładników. Taaaak, taki domek z pewnością jest w pobliżu, zaś TEN właśnie człowiek poszedł właśnie TAM. Mur beton. Dziękuję Ci, Wyobraźnio, że tak mnie wspierasz w trudnych chwilach.

       Skoro zagrożenie zniknęło, odetchnęliśmy na chwilę z ulgą i podrapaliśmy wszystkie dokuczające nam łaskoczące strefy. Wzięliśmy kilka głębokich oddechów i wymieniliśmy kilka zdań. Wyrzuciłam z siebie wszystkie lęki, ale wyobraźnia R. była chyba ciągle w stanie letargu i nie chciała porozumieć się z moją. Dziwna jakaś. 

       Chociaż rozważaliśmy szybkie zwinięcie się z tego miejsca i ukrycie gdzie indziej, nie chcieliśmy ani ryzykować wykrycia (jeśli tajemnicza postać nagle wychyliłaby się zza liści), ani wstawać, bo wyrwani ze snu nie bardzo mieliśmy siłę gdziekolwiek się przenosić. Leżeliśmy więc dalej, oczekując z dusza na ramieniu na rozwój wypadków. Kiedy minęło 20 minut, uznaliśmy, że człowiek gdzieś przepadł i na pewno nie wróci. Zgodziłam się wówczas zmrużyć oczy i ponownie spróbować zasnąć. Wtedy to, jak na komendę, gałęzie znów zaszeleściły, światełko ukazało się naszym oczom tuż za ciemnozieloną zasłoną i z każdą chwilą robiło się coraz wyraźniejsze. Wreszcie wynurzył się z otchłani ON. 
       Znów zamarliśmy. Tymczasem ON poświecił jeszcze trochę dookoła, pokręcił się tu i tam, po czym ruszył pod górę, nawet nas nie dostrzegając. Chociaż leżeliśmy na samym środku terenu, prawdopodobnie nie zostaliśmy odróżnieni od kamieni, bądź rzeźb. ON zaś wdrapał się ponownie na ścieżkę, odpalił silnik i odjechał, nie zamordowawszy nas wcześniej ani trochę. ;)


Rafał o poranku... :)

czwartek, 22 listopada 2012

Ljubljana, miasto w którym można się zakochać. Co zobaczyć, gdzie spać?

       Kiedy wybieram kolejny cel podróży kieruję się kilkoma kryteriami - możliwościami finansowymi, czasem jaki potrzebny mi jest do zrealizowania założeń, "ofertą kulturalno-przyrodniczo-historyczną danego regionu" i... ostatnio także tym czy kraj ten b. popularny wśród turystów, czy może trochę rzadziej odwiedzany. Przyznam, że lubię jechać tam, gdzie gości jest mniej, gdzie nie natknę się na ogromne tłumy, kolejki i europejski hałas. Wyjeżdżanie do miejsc trochę mniej popularnych niż Włochy, Grecja czy Tunezja na przykład, daje mi poczucie odkrywania czegoś nowego i poznawania tego po mojemu, powoli i na spokojnie. Kiedy jestem w jakimś miejscu, które nie jest na 30 sposobów opisane w każdej książce z księgarnianej półki, mam poczucie, że muszę sama znaleźć sposób na odnalezienie się w nim i sama sobie poradzić. Lubię, gdy początkowa niepewność i obawa z czasem mija i pozostaje uczucie głębokiej satysfakcji. Dlatego ostatnio jeżdżę inaczej. W ciągu ostatnich lat odwiedziłyśmy, bądź odwiedziliśmy Danię, Estonię, Jordanię, Macedonię, Słowenię...



             No właśnie. Dziś skupimy się na tej ostatniej. Na bardzo małym kraju, idealnym do autostopowania i spędzenia fantastycznych 2 wakacyjnych tygodni. Słowenia to taki trochę "świat w pigułce", bo na niewielkiej przestrzeni skupiono tam wszystko, co potrzebne do szczęścia (przynajmniej wg mnie): są góry (i to jakie!), jest morze - czyste i ciepłe, jest dużo natury i cichych miejsc, do których można uciec przed zgiełkiem, jest europejska jakość i standard, są przesympatyczni mieszkańcy i dużo dostępu do kultury. 




           Stolicą Słowenii jest Ljubljana. Miasto, którego z całą pewnością nie należy omijać. Urocze, jak sama nazwa wskazuje, przyciąga jak magnes i nie pozwala o sobie zapomnieć. Warto tu zrobić sobie spacer uliczkami Starego Miasta, przejść się nad brzegiem uroczej rzeki Ljubljanicy i poczuć klimat okolicy. Deptak nadbrzeżny ciągnie się dookoła całego ścisłego centrum. Po obu stronach kanału zlokalizowane są liczne knajpki, kawiarenki i sklepiki. Dobrze jest jednak znaleźć czas na zagłębienie się w boczne odnogi i pospacerowanie po wąskich uliczkach i zaułkach. W wielu punktach umiejscowione są fontanny, w których można się ochłodzić w upalny dzień. W niektórych miejscach można też napić się z kranów świeżej, zdatnej do picia wody. (W Słowenii w większości kranów krystalicznie czysta woda nadaje się do picia, nawet na campingach).

Dziś zapraszam Was na krótki spacer po stolicy i jej najważniejszych wg mnie miejscach.


           Udając się do Muzeum Etnograficznego, na ulicę Metelkową, przechodzimy małymi, wąskimi uliczkami, nieco odległymi od ścisłego centrum (ok. 10 minut spacerem). Po drodze mijamy Most Smoków - w zasadzie - most, jak most, w dodatku udostępniony dla samochodów, ale warto do niego podejść choćby dla zasady i sfotografowania detali. Z obu stron wejścia na niego pilnują posągi smoków, które według legend mają zacząć poruszać ogonami, jeśli obok nich przejdzie dziewica ;).
      Samo Muzeum zaś jest NAPRAWDĘ WART ODWIEDZENIA. Niezwykle bogate zbiory, całość bardzo nowocześnie urządzona (z zachowaniem jednak odpowiedniego względem tematyki, nastroju), przyjemne wnętrza w żywych, intensywnych barwach. Dodatkową atrakcją są rozmieszczone w niektórych salach odtwarzacze wraz ze słuchawkami, dzięki którym można zapoznać się z muzyką typową dla danego regionu.

      Poniżej zdjęcia z czasowej wystawy dotyczącej Ameryki Południowej. Oczywiście większa część muzeum poświęcona jest etnografii regionu, ale to piętro ze względu na tematykę zainteresowało mnie najbardziej. 

            Kolorowe budynki po drodze (Vidovdanska Cesta, Trubarjeva Cesta) odznaczają się na tle niebieskiego nieba i wdzięcznie pozują do zdjęć. Szczególnie interesująca wydaje się Trubarjeva Cesta, którą możemy podążać, wracając do centrum - to tu, pomiędzy budynkami rozwieszono długą linę, a na niej zawiazano kilkanaście par butów, które kołyszą się na wietrze cały czas. 


            Idąc tą drogą, docieramy do placu - Presernov trg. Stąd, jeśli zgłodnieliśmy, możemy udać się na Miklosiceva Cesta. Idąc pod górę tą ulicą, z pewnością znajdziemy coś dla siebie. Pełno tu mniej luksusowych i niedrogich lokali, fast foodów i budek z kawałkami pizzy czy kebabami. Niedaleko, przy ul. Josiphine Tumograjske, mieści się też supermarket i spore centrum handlowe.

        W samym centrum Starego Miasta naszą uwagę z pewnością przykuje Potrójny Most, tzw. Trimostovje. Uroczy o każdej porze dnia, subtelny i "romantyczny" w dzień, magiczny i nastrojowy nocą. Pięknie oświetlony. Świetne miejsce widokowe na rzekę L.
     Pomiędzy kolumienkami podporowymi upodobało sobie mieszkać wiele pająków. Ich misterne pajęczyny w blasku wieczorowych latarni mogą stanowić ciekawą atrakcję dla pasjonatów makrofotografii i zarazem ogromny problem dla arachnofobów. Radzę więc uważać przy zasiadaniu na tamtejszych ławeczkach :) 

        Jeśli pójdziemy w lewo od mostu, zmierzając Petkovskovo Nabrezje, miniemy niewielki taras nad wodą, na którym w ciągu dnia odbywa się "biblioteka na świeżym powietrzu". Ludzie przychodzą tu, by siedząc na drewnianych stopniach czytać książki. Można je wypożyczać ze stojących na miejscu skrzynek. Pozycje ułożone są alfabetycznie i tematycznie, utrzymane w dobrym stanie. Biblioteka jest darmowa, nadzorowana przez opiekuna. Książki dostępne w różnych językach i dla różnych kategorii wiekowych. Można przynieść i oddać swoje. 
 

             Idąc dalej, możemy oglądać niewielki mostek, na którym ludzie przyczepiają kłódki. 

 
             Na znajdującym się niedaleko (aczkolwiek idąc w drugą stronę od Potrójnego Mostu) Kongresni Trg, podziwiać można Uniwersytet Ljubljański i Filharmonię Słoweńską.

 
            Na Pl. Vodnikov, zwykle w sobotę przed południem odbywa się duży targ. Przy stoiskach można nabyć wszystko, począwszy od świeżych ryb czy wędlin, przez warzywa i owoce a skończywszy na serach. Wyroby regionalne przyciągają turystów, wszystko jest świeże i aromatyczne, wszystkiego tez można spróbować - kramarze chętnie częstują, zachęcając do kupna ich towarów. Warto zwrócić uwagę na produkty typowe dla regionu, jednak jeśli chcemy nabyć jedynie owoce czy warzywa a budżet mamy ograniczony, lepiej udać się do wspominanego supermarketu na ul. Josiphine Tumograjske. 

         Na koniec można udać się do Zamku Ljubljańskiego. Usytuowany na wzgórzu wyróżnia się w panoramie miasta. Obecny wygląd nadano mu w XV w. z woli Fryderyka III Habsburga, kiedy to zdecydowano się zburzyć istniejącą tu warownię i przebudować wszystko.
          W XVII i XVIII w. zamek stracił swoje funkcje obronne i pełnił raczej rolę magazynów, koszar i szpitala wojskowego. W XIX w. przemianowano go na więzienie, głównie dla mieszkańców Karnioli i Koryntii. W okresie II wojny światowej przetrzymywano tu Włochów, zaś po jej zakończeniu - także Niemców.

Schody na wieżę widokową.
       Dziś na dziedzińcu odbywają się koncerty i przedstawienia, jest tu także biblioteka na świeżym powietrzu - można wypożyczać książki ze specjalnie wystawionych regałów i czytać je, leżąc na trawie, bądź leżakach (jeśli akurat będą wolne). Wstęp do wnętrza budynku jest płatny - urządzono tu Muzeum Historii Słowenii. Według mnie wystawy nie są warte ceny i lepiej darować sobie wejście. Ekspozycje nie są zbyt duże, a zbiory zbyt bogate. Same wnętrza, pobielone, nie przypominają średniowiecznych, a w niektórych salach (przynajmniej w 2010 r.) prezentowano malarstwo współczesne. Jak na niski budżet - wydatek jest zbyt duży, ale decyzję pozostawiam Wam. Jedynym wartym uwagi zajęciem na zamku, z racji na poczynione wydatki, jest wspięcie się na wieżę widokową i podziwianie panoramy miasta. Urocze kadry na zdjęciach można tez uzyskać z murów zamkowych.


 JESZCZE KILKA INFORMACJI PRAKTYCZNYCH:

            
             Sloveńska Cesta to jedna z głównych ulic miasta. Tu najbliżej znajdują się przystanki autobusowe, dobrze skomunikowane z resztą miasta. Można stąd dojechać bezpośrednim autobusem na Camping Ljubljana (jedyny w mieście) przy ul. Dunajska cesta 270. Zastaniemy tam b. miłą obsługę władającą bardzo dobrym angielskim, dużo miejsc do rozbicia namiotu, zaparkowania samochodu, bądź przyczepy. Duże łazienki, z bezpłatną gorącą wodą (jak się okazuje nie zawsze jest to takie oczywiste). Woda w kranach zdatna do picia. Miejsca na rozpalenie grilla. W pobliżu, na terenie przyległym - basen, który zdaje się w ostatniej godzinie otwarcia był dla gości campingu darmowy.
.
Miejsce znajduje się w pobliżu drogi wylotowej na Bled (w razie, gdyby ktoś także podróżował autostopem) - ok. 10 minut piechotą (nie ma potrzeby wracać się do miasta). Więcej info i zdjęcia na stronie www.ljubljanaresort.si/en


Do podróżowania komunikacją miejską niezbędne jest wykupienie tzw. Ljubljańskiej Karty - można to zrobić w recepcji campingu (prawdopodobnie także hotelu) lub w automacie biletowym na ulicy. Kosztuje ona ok. 2 euro i może służyć dowolnej liczbie osób (inaczej niż np. w Belgradzie, o czym dowiedzieliśmy się już w autobusie, kiedy nie mogliśmy skasować drugiego biletu i jedno z nas musiało jechać "na gapę"). Żeby kupić bilet, należy ją wcześniej doładować (także: w automacie lub w recepcji) odpowiednią ilością gotówki. Przy wsiadaniu do autobusu podajemy kierowcy liczbę biletów, jaką chcemy kupić, podając mu kartę, a on sam wybija na niej liczbę pasażerów. Za każdym razem trzeba pilnować, żeby karta była doładowana - inaczej nie wsiądziemy do pojazdu. Przy wyjeździe z miasta możemy ją zwrócić i otrzymać za nią 1 euro.

wtorek, 31 lipca 2012

Tanie podróżowanie, czyli - czy to jest możliwe?


            To nieprawda, że do podróżowania potrzebna jest góra pieniędzy! Przy odrobinie fantazji, samozaangażowania, pasji i dobrych chęci każdy może pozwolić sobie na zorganizowanie fantastycznych wakacji. Rzecz jasna, jeśli jakąś gotówką dysponujemy, mogą one być: bardziej luksusowe, wygodniejsze, dłuższe, spędzane w odleglejszym miejscu (bilet samolotowy kosztuje; im dalej – tym więcej, a nie wszędzie dojedziemy stopem, zwłaszcza, gdy ogranicza nas czas), lub bardziej efektowne (bo przecież na taki Mt. Everest nie wejdziemy bez zapłacenia  obowiązujacej stawki, nawet przy najlepszych chęciach).

          Jeśli nie mamy kasy, musimy z czegoś zrezygnować, ale nikt nie powiedział, że nie zyskamy czegoś w zamian. Konieczność kombinowania i obchodzenia niedogodności rodzi przecież nowe możliwości przeżycia czegoś wspaniałego. Tanie podróżowanie wcale nie musi oznaczać, że będziemy głodować, tkwić w jednym miejscu, nudzić się, albo marznąć! Wystarczy dobrze rozplanować wydatki, zdecydować co dla nas najważniejsze, no i przede wszystkim - nie nastawiać się na luksusy, bo tych raczej nie zaznamy. :) Jeździć po świecie można, prawie za grosze, wystarczy tylko chcieć. 

          Na dowód poniżej przedstawiam 3 kosztorysy moich ostatnich wyjazdów. Są dość ogólne, szerzej przyjrzę się przy następnej okazji. Teraz tylko w zarysie:

Dania 18 dni

(1 dzień - dojazd, 3 dni - powrót) 
Kopenhaga, Roskilde, Lejre, Wyspa Mon, Skagen

Przejazd: 
0 zł – Autostop (z Mazur do Kopenhagi ok. 27 godzin)
70 zł – bilet na komunikację miejską w Kopenhadze (w cenie 10 godzinnych przejazdów – niestety tańszej opcji nie było)

Noclegi:
Ok. 70 zł 2 noce na campingu w Kopenhadze
0 zł – pozostałe noce (park tuż obok campingu, park miejski w Roskilde [2 noce], 2 noce w rezerwacie przyrody na wyspie Mon [w specjalnie przygotowanych, darmowych wiatach w środku lasu], w lesie k. Lejre, w wiatach k. Skagen, w domu Dunki, która zaproponowała nam nocleg).

Pozostałe:
40 zł wstęp do muzeum wikińskiego w Roskilde
40 zł wstęp do skansenu w Lejre
ok. 50 zł na pozostałe wstępy
ok. 330 zł – posiłki – gotowane na własnym palniku, pieczone na ogniskach (wszędzie pełno przystosowanych miejsc), kupowane w supermarkecie. Ze 2 razy poszliśmy do knajpy:

* 0,5 l coli – 20 zł :O
* średnia pizza dla 1 os. – ok. 40 zł

CAŁKOWITY KOSZT:
ok. 600 ZŁ


Słowenia 20 dni

(3 dni - dojazd, 3 dni - powrót)
Ljubljana, Bled, Vintgar, Mojstrana, Triglavski Park Narodowy, Planica, Bovec, Bohinj, Portoroż, Piran, Strunjan, Ptuj 

Przejazd:
0 zł – Autostop (z Mazur do Ljubljany ok. 48 godzin)
ok. 10-20 zł przejazdy autobusem po Ljubljanie

Noclegi:
3x 8 euro – camping w Ljubljanie
3 x 4 euro – c. w Dovje
12 euro – nocleg na c. w Portoroż (+ 2 pozostałe „na dziko w okolicy -  0 zł)
5 euro – nocleg w Ptuju (kwatera prywatna)
10 e – camping Trencie
10 e – camping nad jez. Bohinj, 2 noce (normalnie cena to po 12,5 od os., ale jak się pokombinuje, można obniżyć cenę ;), podobnie z 2 noclegami w Bovec)

Pozostałe:
Max. 100 zł wstępy do Muzeów i atrakcji (m.in. Etnograficzne i Narodowe w Ljubljanie, Zamek w L., zamek w Ptuju, soliny w Portoroż, wodospad w Alpach, wąwóz Vintgar)
Ok. 350 – żywność i napoje (raczej przyrządzane na palniku gazowym, kilka razy pizza w knajpie, choć zwykle 1 na pół i raczej bez napojów ;)


Pewnie wyszłoby dużo taniej, gdybyśmy mogli więcej nocować "na dziko". Niestety, kary w Słowenii za takie biwakowanie są zbyt duże, by ryzykować. Przynajmniej nas - odstraszyły. Zresztą, gdy znaczną część wyprawy spędza się w górzystym terenie Parku Narodowego, trzeba brać pod uwagę, że rozbicie się za darmo, w niestrzeżonym miejscu może grozić sankcjami. 

CAŁKOWITY KOSZT:
800 zł




Indie – 17 dni

(1 dzień - dojazd, 1 dzień - powrót)
Delhi, Varanasi, Agra, Fathepur Sikri, Jaipur, Fort Amber k. Jaipuru, Amritsar, Dharamsala, Mc Leod Ganj 

Przejazd:
1800 zł bilet (promocja na przeloty liniami FinnAir)
ok. 200 zł wiza
150 zł – bilety na całonocne przejazdy pociągami na trasach: Delhi-Varanasi, Varanasi-Agra, Jaipur-Amritsar
Ok. 100 zł – przejazdy autobusami na trasach: Agra-Jaipur, Amritsar-Dharamsala, Mc Leod Ganj - Delhi

Noclegi:
ok. 200 zł – noclegi w hotelach (dwuosobowe pokoje, z łazienkami, czyste, bez robaków, ale też bez klimatyzacji {wiatrak na suficie), z ciepłą wodą (może nie cały dzień, ale jednak), raz z oknem, raz bez). Średnio wychodziło po 15-20 zł za os. Można taniej, można i drożej, zależy co komu odpowiada.

Pozostałe:
Max.  200 zł – napoje i posiłki (w „knajpkach” – nie mylić z europejskim wyobrażeniem knajpki lub restauracji J , świeże owoce, słodycze
Ok. 50 zł – Taj Mahal


+ fundusze na ewentualne pamiątki, przejazdy rikszami, wstępy.

Przykładowo:
- shishę, którą w Polsce kupujemy za ponad 200 zł, w Indiach możemy dostać za 30, albo i mniej (zależy, jak wytargujemy)
- melasa do shishy (b. dobra gatunkowo, pachnąca i szybko się rozpalająca) – 2-3 zł
- biżuteria drewniana lub koralikowa 2 – 3 zł
- sznury z koralikami i słonikami (do ozdabiania okien, lub framug – zamiast drzwi), które w Krakowie widziałam za 35 zł, w Indiach kosztuja jakieś 6.
- posiłek w knajpce (o ile ktoś chciałby to tak nazwać) + napój – ok. 5 – 10 zł; w sieciówkach typu  McDonald’s czy PizzaHut – drożej (doliczają jeszcze podatek).


CAŁKOWITY KOSZT: 
ok. 2800 zł



O tym, jak skutecznie oszczędzać w podróży, z czego można zrezygnować a z czego nie warto, jak zastąpić droższy nocleg tańszym, albo darmowym, dlaczego autostop to mój sposób na podróżowanie i wiele innych, pożytecznych w czasie wyprawy porad – napisze wkrótce.


PS Jutro wyruszam w drogę na 3 tygodniowe spotkanie z Macedonią – będę dawać znać z drogi. Życzę wszystkim udanych wakacji i jak najcieplejszego sierpnia. A gdzie i jak  Wy spędzacie lato?