Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwiedzanie. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Machu Picchu - jak dojechać? Czyli, że bilet do Peru, to jeszcze nie wszystko!

Chciałam zacząć tę notkę tytułem:  Machu Picchu, czyli, jak zepsuć cud zmieniając go w turystyczną latrynę... :o Przemyślałam jednak i... nie. Zmieniłam zdanie. Co prawda tłumu i całego związanego z tym turystycznego piernicznika było stanowczo za dużo, ale jeśliby to odstraszało i odwodziło od zobaczenia jednego z 'Nowych Cudów Świata', to jednak byłoby szkoda.

Pójść/ pojechać - warto i trzeba. Bardzo warto i bardzo trzeba nawet. Po prostu - zaciśnijcie zęby i udawajcie, że tych wszytskich ludzi tam... NIE MA!




Maćku to główna atrakcja Peru, nie ma co się spierać. A skoro coś jest główną atrakcją - służy do... zbijania forsy (tu też nie ma co się spierać). Z tego też powodu, ani cena biletu , ani koszta związane z dotarciem na miejsce nie są niskie. No, ale czego się nie robi, żeby spełniać marzenia? Przecież trzeba odhaczyć tę pozycję na liście "Rzeczy do zrobienia przed śmiercią".

Jak to jednak zrobić?
No właśnie. Tu zaczynają się schody... (w dosłowni i przenośni). Do inkaskiego dziedzictwa można dotrzeć super drogim pociągiem, albo na piechotę. Innej drogi... NIE MA.

Sposób 1
------------

Inka Trail. 4-5-dniowy trekking po Andach. Cud - marzenie każdego odkrywcy, którego los obdarował nadwyżką gotówki. Trekking rozpoczynamy na 82, lub 88 kilometrze od Cusco w stronę Aguas Calientes. W pewnym momencie pociąg zatrzymuje się się w 'Niczym', a my wysiadamy i ruszamy ostro pod górę, w wilgotne jeszcze od porannej rosy gęstwiny dżungli.

Droga wiedzie prawdziwym inkaskim szlakiem utworzonym przed kilkuset laty. Trzeba tu jednak wykazać się nie lada kondycją, ze względu na przerzedzone  na takiej wysokości powietrze i niezliczoną ilość kamiennych schodków. Z drugiej strony, widoki i satysfakcja - gwarantowane. Po drodze mija się kilka mniej znanych, ale równie interesujących ruin. Owe interesują jednak, pod warunkiem, że akurat nie rzygamy, albo nie słaniamy się na nogach. Nie pomaga w podziwianiu krajobrazow osłabienie, ból głowy i nieodparte przekonanie, że w tym momencie zwedzanie może być ostatnią rzeczą, na jaką mamy ochotę (zaraz po... rzyganiu, spaniu i odrąbaniu sobie bolącej głowy).
Trasa jest  jednak spektakularna (z pewnością spodoba się tym, którzy z wysokością i wysiłkem radzą sobie lepiej). Uważa się ją za jedną z piękniejszych tras górskich. Niemożliwe jest jednak zwiedzanie jej samodzielnie, bez przewodnika. Nie ma co się dziwić - biznes, jest biznes, każdy chce zarobić.
Niestety - nie każdy będzie mógł sobie na nią pozwolić. 400-600 dolarów za kilkudniową wyczieczkę, nawet przy uwzględnieniu wszystkich walorów wizualno-edukacyjnych to nielada wyzwanie. Co prawda, w cenę wliczone są już bilety wstępu do samego Machu, ale koniec koncow - niewiele to zmienia.

Sposób 2
------------

Inka Jungle Trek. 2-dniowy trekking po dżungli, połączony z aktywnościami sportowymi w stylu zjazdów na linie, czy przepraw przez rzeki. Prowadzi przez Hidroelectricę, z której do Aguas Calientes już tylko 11 kilometrów (2 godzinki marszu). Potem trzeba jeszcze tylko wspiąć się na górę po kilkuset stopniach i po kolejnej 1.5 godzinki jest się na miejscu. 

Koszt, ok. 150 dolarów, w zależności od firmy prowadzącej. 

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Machu, czeka nas jeszcze zejście po tym samym milionie stopni na dół i nocleg, albo powrót piechotką do miejsca startu.

Sposób 3 
------------ 

Dojechać do Hidroelektrici możemy również na własną rękę. Stamtąd też możemy iść sami. Nie ma w tym zbędnej filozofii, poza tym, że chodzenie bezpośrednio po torach jest zabronione przez prawo. Lepiej trzymać się pobocza, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo portfela, ale także swoje. Uważać należy również na komary i muszki, które na tej wysokości tną, jak porąbane. W przypadku amazońskich krwiopijców świetnie sprawdza się środek z dużą zawartością DEET (najlepiej 50%), ale należy pamiętać, aby wiedzionym entuzjazmem nie nadużywać go na polskich Mazurach, bo  nie jest zbyt bezpieczny dla skóry.
Sprej na insekty to jedno, ale jeśli naprawdę wybieracie się do dżungli na dłużej niż kilka minut, koniecznie zadbajcie o to, by maksymalnie około miesiąc przez wizytą  zaszczepić się na żółtą febrę. Peru należy do krajów ryzyka (co prawda nie aż tak dużego, jak środkowa Afryka, ale jednak), a choroba jest wyjątkowo nieprzyjemna. Lepiej  zapłacić stówkę, czy dwie, niż potem oglądać się na każego komara w delirce przerażenia. A może to ten?! 

Droga przez Hidroelectricę jest dość czasochłonna i wymaga około 2-3 dni (żeby obrócić w obie strony). Jest najtańsza (musimy kupić tylko bilet do Santa Teresaa, a potem to już pozostaje nam tylko siła własnych nóżek), ale musimy pamiętać o zaopatrzeniu na drogę i sprzęcie do spania. Z niebezpieczeństw, oprócz wszechobecnych insektów spragnionych naszej juchy, musimy uważać na kursujące ciągle po tej trasie pociągi. Na prostej drodze nic nas raczej nie potrąci, ale trzeba wiedziec, ze droga ta wiedzie przez tunele. A skoro to droga dla pociągów, to nie bardzo zaopatrzono ją w pobocza. Po przeczytaniu relacji jednej osoby, jak to z wielkim plecakiem gnała przez taki tunel, ścigana przez nadjeżdżającą, rozpędzoną lokomotywę... zrezygnowałam z tego brawurowego pomysłu. Oczywiście - co kto lubi. Ja niezczególnie przepadam za adrenaliną. 

A i jeszcze - po zwiedzeniu Machu, trzeba jakoś zejść na dół i albo (j. w.) spać w Aguas, które jest dość drogie (nieliczne hotele zaczynają swój cennik od 100 zł +), a jedzenie pozostawia wiele do życzenia (zarówno pod względem cen, jak i wyglądu; nie wiem, nie odważyłam się spróbować), albo iść z powrotem 11 km do Hydro I Santa Teresa... 

Sposób 4
-----------
Pociąg. Są dwa do wyboru. Peru Rail i Inka Rail. Oba horendalnie drogie, ale i tak tańsze, niż Inka Trail, oraz szybsze, niż wycieczka przez elektrownię. Można jechać z Cusco, jakieś 1.5 godziny za około 100-150 dolarów (w jedną stronę), albo z Ollantaytambo, 40 min., ok 70 dolarów. 

Ceny są sztucznie zawyżone (oczywiście!), a podaję i tak te najbardziej przystępne. Dla szczególnie wygodnickich utworzono jeszcze klasy premium, w których za "niewielką dopłatą rzędu kilkudziesięciu dolców dostaniemy dodatkowe ciastko, butelkę coli, albo nieco wygodniejszy fotel. Śmiesznostka? A jednak są ludzie, którzy za takie bzdury gotowi są zapłacić! 

Do brzegu. Ceny są zawyżone, bo? Bo... mogą! Najprostsze wytłumaczenie. Dalej szukać nie trzeba. Skoro, jak juz sobie powiedzielismy, innej drogi NIE MA, to na tej, która jest, można robić, co się chce. Obowiązują tu więc takie prawa i nikomu nic do tego. Nie podoba się, to nie jedź, proste. 

Na otarcie łez tych najbardziej oszczędnych, pociągi rzekomo są chociaż luksusowe. To tak, żeby mniej smutno było rozstać się z Zygmuntem I Starym. Nic bardziej mylnego. Niby na zdjęciach (i w opisie) wszystko pięknie i ładnie, a człowiek nastawia się na przejażdżkę niemalże Orient Expressem, tymczasem na stację podjeżdża zwykły skład, podobny do naszego kurnika  z PKP. Owszem, wstawiono w nim sufitowe okna, wymieniono fotele, dodano niepotrzebne stoły, które tylko bezsensownie zajmują miejsce (kto nie wytrzyma 30-90 minut bez stołu?!), oklejono ściany i zapuszczono jakiś odświeżacz powietrza, ale to ciągle ten sam stary, poczciwy pociąg, który doskonale znamy. Ok. W tle leci delikatna, inkaska muzyczka, a pani stewardessa  (zespół obsługi do każdego wagonu na pewno wcale nie podnosi niepotrzebnie kosztów) rozdaje kawę/herbatę/soczek (sztuk:1, żeby ci się przypadkiem za dużo nie zwróciło za bilet). Niby miło, ale czy naprawdę warte to 70 dolarów? 

Dla mnie nie. W środku czuję się, jak idiotka. Jak turystka z Hameryki, która wg tubylców nie potrafi się obejść bez obsługi i luksusu. Której trzeba nadskakiwać, kłaniać się w pas i podprowadzić za rączkę do drzwi, kiedy wypadnie nasz przystanek. A może raczej, jak durny portfel na nóżkach, który można wedle ochoty oskubać? Nie jest mi wcale komfortowo, nawet mimo wygodnych siedzeń. Wszak do poczucia komfortu potrzeba spokoju ducha, a ja... ja nie chcę być portfelem. 

Nie lubię wywalać forsy na niepotrzebne zbytki. Moi przyjaciele doskonale o tym wiedzą. Nie, nie jestem skąpa, nie żywię się chlebem i wodą (chociaż zdarzają się w mojej szafie ciuchy pamiętające moje liceum), ale nie mam potrzebny nadpłacać za hotele/taksówki czy drinki w ekskluzywnych pubach. Zdecydowanie bardziej wolę też (zwłaszcza na krótkie trasy, które nie wymagają ciszy do spania) jeździć z lokalnym folklorem i płacić odpowiednie dla lokalsów ceny. Skoro wcześniej za 40-minutowy przejazd autobusem płaciłam dolara, a teraz muszę wyłożyć 70, to sami możecie sobie wyobrazić, jaka to dla mnie nieprzyjemna różnica. 

Jak odległość tę przebywają Peruwiańczycy pracujący w rejonie Machu, skoro innej drogi nie ma? Czy też płacą tę zabójczą sumę? Nie. Widzieliśmy na własne oczy normalne, TANIE pociągi. One istnieją naprawdę i jeżdżą nimi tłumy. Warunki podobne, jak w naszych polskich PKP (czyli wcale niewiele gorsze, niż to, co nam zafundowano). Czemu więc nie pojechaliśmy tak samo? Proste: bilety na takie linie można kupić tylko za okazaniem dowodu rezydowania w regionie. Jak jesteś turystą, musisz płacić tyle, co inni turyści. Szkoda, że nikt nie przewidział, że turyści też pochodzą z różnych części świata i te chore ceny mogą znacznie nadwyrężyć ich  budżet. 

W końcu... nie każdy jest nadętym bufonem, albo idiotą ignorantem, żeby przepłacać takie pieniądze za coś, co ani tego nie wymaga, ani nie jest tego warte. 

***

Aha. W przypadku sposobu 2, 3 i 4, zaraz po przybyciu do Aguas Calientes przygoda wcale się nie kończy. Trzeba jeszcze wdrapać się na górę, pod dość stromą ścianę. Ok. 400 metrów wyżej. 

I znów, mamy dwa wyjścia do wyboru: 

1. Wjechać busem, jak 99% ludzi. Za 20-minutową podróż zakosami na 2400 m. zapłacimy ok. 12 $. Dla nas był to szczyt wszystkiego, więc olaliśmy to dodatkowe zdzierstwo, poświęcając tym samym szansę na dotarcie do miasta przed 9 rano, kiedy to turystów rzekomo mniej (biorąc pod uwagę, ile osób prosto z pociągu wyładowało się na peronie i ruszyło, na łeb na szyję do autobusów - niewielka różnica).

https://www.ticketmachupicchu.com/buy-bus-tickets-aguas-calientes-machu-picchu/

2. Wspinaczka. 400 metrów, ok. 1.5 godziny. Całkiem przyjemna wędrówka, choć dość męcząca i wprawiająca serce w takie tętno, że zawał niedaleko. Wbrew pozorom, idzie się jednak całkiem przyjemni i sprawnie. Czas mija szybko (tym bardziej, że można iść ścieżką pod górę, omijając asfaltowe zakręty). Zejście zajmuje około godziny, ale to w zależności od Waszego zmęczenia, bo schodów dużo, a uda trzęsą się, jak szalone (i nawet Chodakowska mnie nie uchroniła). 

***







Nie warto zabierać ze sobą za dużo ciuchów. My wzięliśmy po dwie bluzy, bo z Ollantaytambo wyjeżdżaliśmy około 6 rano i było jeszcze pieruńsko zimno, jednak już w Aguas upchnęliśmy polary do plecaków i wyciągnęliśmy je dopiero wieczorem, znów na stacji. Jak mówią przewodniki, na Machu jest albo żar nie w swój duch, albo mega ulewa - warto mieć coś od deszczu, ale (uwierzcie) wspinać się łatwiej, jak nie ciążą nam aż dwie grubaśne dodatkowe warstwy w plecaku. 

***

Bilet do Machu kosztuje: 70 $. 
Można go kupić tu: https://www.ticketmachupicchu.com/
Lepiej go sobie zarezerwować odpowiednio wcześniej, bo dziennie wpuszcza się tam tylko 2400 ludzi. Tym bardziej koniecznie rezerwujcie wcześniej, jeśli macie ochotę i plany wdrapać się na którąś z sąsiednich gór (bilety odpowiednio droższe). 




niedziela, 22 czerwca 2014

Niecodzienność na ulicach miasta. Casa Batllo w Barcelonie.

Jeśli gdzieś w świecie szukać bajkowego domu, to z pewnością tutaj. Nie w paryskim Disneylandzie, nie w Sopocie, gdzie zwraca na siebie uwagę Krzywy Domek, ale właśnie tu - w Barcelonie. 



To właśnie tu, w samym sercu miasta wielki Mistrz pozstawił swoje największe, ośmielę się stwierdzić dzieło. Gabarytowo mniejsze, co prawda, niż słynna katedra de Sagrada Familia, ale... jako że ukończone, w przeciwieństwie do swojej konkurentki, z pewnością wysuwa się na prowadzenie.

Budowla wyróżnia się na tle tradycyjnych kamienic zarówno swoją kolorystyką, kształtem, jak i materiałem, którym ozdobiono fasadę. Jest niebieska, błyszcząca i tajemnicza zarazem. Gdyby przymknąć oczy, przywodzi na myśl niebieską toń morza... Taki był zresztą zamysł samego architekta. Poza tym pełno tu elementów animalistycznych, kafelki zdobiące ściany mają kojarzyć się z rybią łuską, kolumny przypominają kości zaś pofalowana struktura wygląda, jak kołysząca się tafla wody.

Antonio Gaudi, który zaprojektował fasadę budynku na początku XX wieku zamierzał stworzyć coś, co na pierwszy rzut oka wyglądałoby niecodziennie. Na życzenie właściciela, Josepa Batlló Casanovasa, zmienił zupełnie pierwotny wygląd kamienicy i nadał jej lekki, nietuzinkowy, nieco fantastyczny charakter. 








Falująca fasada, na którą składa się cała masa łuków, elementy roślinne i finezyjne balkony sprawia, że wydaje nam się, że patrzymy na coś niecodziennego. Coś, co w XXI wieku tak znacząco różni się od typowej zabudowy. Mówi się, że dach przypominać ma plecy wielkiego zwierzęcia, smoka, ale to już kwestia wyobraźni, wszak to tylko plecy... ;-) Kolorowe witraże w oknach, nieregularne kształty, kolumny i niezwykłe kształty okien wraz z ceramiczno-szklaną mozaiką pokrywającą całą ścianę tworzą kompatybilną całość, przyciągając oczy już z daleka. Niebiesko-biała kolorystyka uspokaja i nastraja pozytywnie. 










Wnętrze Casa Batllo nie ustępuje ani trochę przepysznej dekoracji zewnętrznej. Także i tu pełno symboliki, ornamentów, krzywizn i kolorów. Ogromną rolę odgrywa tu też gra światła i cienia, dlatego też dom ten jest tym bardziej niezwykły. Przebudowa klatki schodowej miała na celu nie tylko jej upiększenie i uświetnienie, ale także poprawę jej funkcjonalności. Dlatego też Gaudi zadbał o to, żeby w parze z pięknem szła praktyczność. 









 







Przestronna klatka schodowa (mieszcząca się na małym dziedzińcu, czyli wychodząca (jak to zwykle w hiszpańskiej zabudowie) na światło dzienne) potraktowana została warstwami różnych odcieni niebieskiego. I znów, zupełnie, jak w morzu, choć przy odwróceniu kolejności. Poczynając od najjaśniejszych na samym dole a kończąc na granacie na ostatnim piętrze. Zabieg ten miał  za zadanie możliwe zmaksymalizowanie dostępu promieni słonecznych do pomieszczeń na najniższych poziomach budynku. Podobnie uczyniono z oknami - największe umieszczono na samym dole, najmniejsze na gorze. Same okna wyposażono też zresztą w drewniane lufciki umożliwiające wentylację pomieszczeń, lub szczelne zamknięcie, w razie chłodu. Na środku klatki schodowej zamontowano przeszkloną windę, która działa do dziś! Wszystko razem wygląda wyjątkowo i niesamowicie, więc choć wstęp nie należy do najtańszych, ba! nie należy nawet do rozsądnych cenowo (ok. 20 euro), to jednak warto się skusić i zajrzeć do środka. 














czwartek, 22 listopada 2012

Ljubljana, miasto w którym można się zakochać. Co zobaczyć, gdzie spać?

       Kiedy wybieram kolejny cel podróży kieruję się kilkoma kryteriami - możliwościami finansowymi, czasem jaki potrzebny mi jest do zrealizowania założeń, "ofertą kulturalno-przyrodniczo-historyczną danego regionu" i... ostatnio także tym czy kraj ten b. popularny wśród turystów, czy może trochę rzadziej odwiedzany. Przyznam, że lubię jechać tam, gdzie gości jest mniej, gdzie nie natknę się na ogromne tłumy, kolejki i europejski hałas. Wyjeżdżanie do miejsc trochę mniej popularnych niż Włochy, Grecja czy Tunezja na przykład, daje mi poczucie odkrywania czegoś nowego i poznawania tego po mojemu, powoli i na spokojnie. Kiedy jestem w jakimś miejscu, które nie jest na 30 sposobów opisane w każdej książce z księgarnianej półki, mam poczucie, że muszę sama znaleźć sposób na odnalezienie się w nim i sama sobie poradzić. Lubię, gdy początkowa niepewność i obawa z czasem mija i pozostaje uczucie głębokiej satysfakcji. Dlatego ostatnio jeżdżę inaczej. W ciągu ostatnich lat odwiedziłyśmy, bądź odwiedziliśmy Danię, Estonię, Jordanię, Macedonię, Słowenię...



             No właśnie. Dziś skupimy się na tej ostatniej. Na bardzo małym kraju, idealnym do autostopowania i spędzenia fantastycznych 2 wakacyjnych tygodni. Słowenia to taki trochę "świat w pigułce", bo na niewielkiej przestrzeni skupiono tam wszystko, co potrzebne do szczęścia (przynajmniej wg mnie): są góry (i to jakie!), jest morze - czyste i ciepłe, jest dużo natury i cichych miejsc, do których można uciec przed zgiełkiem, jest europejska jakość i standard, są przesympatyczni mieszkańcy i dużo dostępu do kultury. 




           Stolicą Słowenii jest Ljubljana. Miasto, którego z całą pewnością nie należy omijać. Urocze, jak sama nazwa wskazuje, przyciąga jak magnes i nie pozwala o sobie zapomnieć. Warto tu zrobić sobie spacer uliczkami Starego Miasta, przejść się nad brzegiem uroczej rzeki Ljubljanicy i poczuć klimat okolicy. Deptak nadbrzeżny ciągnie się dookoła całego ścisłego centrum. Po obu stronach kanału zlokalizowane są liczne knajpki, kawiarenki i sklepiki. Dobrze jest jednak znaleźć czas na zagłębienie się w boczne odnogi i pospacerowanie po wąskich uliczkach i zaułkach. W wielu punktach umiejscowione są fontanny, w których można się ochłodzić w upalny dzień. W niektórych miejscach można też napić się z kranów świeżej, zdatnej do picia wody. (W Słowenii w większości kranów krystalicznie czysta woda nadaje się do picia, nawet na campingach).

Dziś zapraszam Was na krótki spacer po stolicy i jej najważniejszych wg mnie miejscach.


           Udając się do Muzeum Etnograficznego, na ulicę Metelkową, przechodzimy małymi, wąskimi uliczkami, nieco odległymi od ścisłego centrum (ok. 10 minut spacerem). Po drodze mijamy Most Smoków - w zasadzie - most, jak most, w dodatku udostępniony dla samochodów, ale warto do niego podejść choćby dla zasady i sfotografowania detali. Z obu stron wejścia na niego pilnują posągi smoków, które według legend mają zacząć poruszać ogonami, jeśli obok nich przejdzie dziewica ;).
      Samo Muzeum zaś jest NAPRAWDĘ WART ODWIEDZENIA. Niezwykle bogate zbiory, całość bardzo nowocześnie urządzona (z zachowaniem jednak odpowiedniego względem tematyki, nastroju), przyjemne wnętrza w żywych, intensywnych barwach. Dodatkową atrakcją są rozmieszczone w niektórych salach odtwarzacze wraz ze słuchawkami, dzięki którym można zapoznać się z muzyką typową dla danego regionu.

      Poniżej zdjęcia z czasowej wystawy dotyczącej Ameryki Południowej. Oczywiście większa część muzeum poświęcona jest etnografii regionu, ale to piętro ze względu na tematykę zainteresowało mnie najbardziej. 

            Kolorowe budynki po drodze (Vidovdanska Cesta, Trubarjeva Cesta) odznaczają się na tle niebieskiego nieba i wdzięcznie pozują do zdjęć. Szczególnie interesująca wydaje się Trubarjeva Cesta, którą możemy podążać, wracając do centrum - to tu, pomiędzy budynkami rozwieszono długą linę, a na niej zawiazano kilkanaście par butów, które kołyszą się na wietrze cały czas. 


            Idąc tą drogą, docieramy do placu - Presernov trg. Stąd, jeśli zgłodnieliśmy, możemy udać się na Miklosiceva Cesta. Idąc pod górę tą ulicą, z pewnością znajdziemy coś dla siebie. Pełno tu mniej luksusowych i niedrogich lokali, fast foodów i budek z kawałkami pizzy czy kebabami. Niedaleko, przy ul. Josiphine Tumograjske, mieści się też supermarket i spore centrum handlowe.

        W samym centrum Starego Miasta naszą uwagę z pewnością przykuje Potrójny Most, tzw. Trimostovje. Uroczy o każdej porze dnia, subtelny i "romantyczny" w dzień, magiczny i nastrojowy nocą. Pięknie oświetlony. Świetne miejsce widokowe na rzekę L.
     Pomiędzy kolumienkami podporowymi upodobało sobie mieszkać wiele pająków. Ich misterne pajęczyny w blasku wieczorowych latarni mogą stanowić ciekawą atrakcję dla pasjonatów makrofotografii i zarazem ogromny problem dla arachnofobów. Radzę więc uważać przy zasiadaniu na tamtejszych ławeczkach :) 

        Jeśli pójdziemy w lewo od mostu, zmierzając Petkovskovo Nabrezje, miniemy niewielki taras nad wodą, na którym w ciągu dnia odbywa się "biblioteka na świeżym powietrzu". Ludzie przychodzą tu, by siedząc na drewnianych stopniach czytać książki. Można je wypożyczać ze stojących na miejscu skrzynek. Pozycje ułożone są alfabetycznie i tematycznie, utrzymane w dobrym stanie. Biblioteka jest darmowa, nadzorowana przez opiekuna. Książki dostępne w różnych językach i dla różnych kategorii wiekowych. Można przynieść i oddać swoje. 
 

             Idąc dalej, możemy oglądać niewielki mostek, na którym ludzie przyczepiają kłódki. 

 
             Na znajdującym się niedaleko (aczkolwiek idąc w drugą stronę od Potrójnego Mostu) Kongresni Trg, podziwiać można Uniwersytet Ljubljański i Filharmonię Słoweńską.

 
            Na Pl. Vodnikov, zwykle w sobotę przed południem odbywa się duży targ. Przy stoiskach można nabyć wszystko, począwszy od świeżych ryb czy wędlin, przez warzywa i owoce a skończywszy na serach. Wyroby regionalne przyciągają turystów, wszystko jest świeże i aromatyczne, wszystkiego tez można spróbować - kramarze chętnie częstują, zachęcając do kupna ich towarów. Warto zwrócić uwagę na produkty typowe dla regionu, jednak jeśli chcemy nabyć jedynie owoce czy warzywa a budżet mamy ograniczony, lepiej udać się do wspominanego supermarketu na ul. Josiphine Tumograjske. 

         Na koniec można udać się do Zamku Ljubljańskiego. Usytuowany na wzgórzu wyróżnia się w panoramie miasta. Obecny wygląd nadano mu w XV w. z woli Fryderyka III Habsburga, kiedy to zdecydowano się zburzyć istniejącą tu warownię i przebudować wszystko.
          W XVII i XVIII w. zamek stracił swoje funkcje obronne i pełnił raczej rolę magazynów, koszar i szpitala wojskowego. W XIX w. przemianowano go na więzienie, głównie dla mieszkańców Karnioli i Koryntii. W okresie II wojny światowej przetrzymywano tu Włochów, zaś po jej zakończeniu - także Niemców.

Schody na wieżę widokową.
       Dziś na dziedzińcu odbywają się koncerty i przedstawienia, jest tu także biblioteka na świeżym powietrzu - można wypożyczać książki ze specjalnie wystawionych regałów i czytać je, leżąc na trawie, bądź leżakach (jeśli akurat będą wolne). Wstęp do wnętrza budynku jest płatny - urządzono tu Muzeum Historii Słowenii. Według mnie wystawy nie są warte ceny i lepiej darować sobie wejście. Ekspozycje nie są zbyt duże, a zbiory zbyt bogate. Same wnętrza, pobielone, nie przypominają średniowiecznych, a w niektórych salach (przynajmniej w 2010 r.) prezentowano malarstwo współczesne. Jak na niski budżet - wydatek jest zbyt duży, ale decyzję pozostawiam Wam. Jedynym wartym uwagi zajęciem na zamku, z racji na poczynione wydatki, jest wspięcie się na wieżę widokową i podziwianie panoramy miasta. Urocze kadry na zdjęciach można tez uzyskać z murów zamkowych.


 JESZCZE KILKA INFORMACJI PRAKTYCZNYCH:

            
             Sloveńska Cesta to jedna z głównych ulic miasta. Tu najbliżej znajdują się przystanki autobusowe, dobrze skomunikowane z resztą miasta. Można stąd dojechać bezpośrednim autobusem na Camping Ljubljana (jedyny w mieście) przy ul. Dunajska cesta 270. Zastaniemy tam b. miłą obsługę władającą bardzo dobrym angielskim, dużo miejsc do rozbicia namiotu, zaparkowania samochodu, bądź przyczepy. Duże łazienki, z bezpłatną gorącą wodą (jak się okazuje nie zawsze jest to takie oczywiste). Woda w kranach zdatna do picia. Miejsca na rozpalenie grilla. W pobliżu, na terenie przyległym - basen, który zdaje się w ostatniej godzinie otwarcia był dla gości campingu darmowy.
.
Miejsce znajduje się w pobliżu drogi wylotowej na Bled (w razie, gdyby ktoś także podróżował autostopem) - ok. 10 minut piechotą (nie ma potrzeby wracać się do miasta). Więcej info i zdjęcia na stronie www.ljubljanaresort.si/en


Do podróżowania komunikacją miejską niezbędne jest wykupienie tzw. Ljubljańskiej Karty - można to zrobić w recepcji campingu (prawdopodobnie także hotelu) lub w automacie biletowym na ulicy. Kosztuje ona ok. 2 euro i może służyć dowolnej liczbie osób (inaczej niż np. w Belgradzie, o czym dowiedzieliśmy się już w autobusie, kiedy nie mogliśmy skasować drugiego biletu i jedno z nas musiało jechać "na gapę"). Żeby kupić bilet, należy ją wcześniej doładować (także: w automacie lub w recepcji) odpowiednią ilością gotówki. Przy wsiadaniu do autobusu podajemy kierowcy liczbę biletów, jaką chcemy kupić, podając mu kartę, a on sam wybija na niej liczbę pasażerów. Za każdym razem trzeba pilnować, żeby karta była doładowana - inaczej nie wsiądziemy do pojazdu. Przy wyjeździe z miasta możemy ją zwrócić i otrzymać za nią 1 euro.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Czym urzeka Macedonia, czyli o słowiańskiej gościnności.



Witam Was serdecznie po tak długiej nieobecności! Kilka dni temu wróciłam z podróży po Macedonii (wzbogaconej o krótkie odwiedziny greckiego morza na Halkidiki i serbskiej stolicy – Belgradu) i dzisiejszą notatkę zamierzam poświęcić tej właśnie wyprawie. Zapraszam!

Na początek: skąd pomysł wyjazdu do Macedonii?

Angelika i Rafał.

Otóż, powody są 3. Po pierwsze – staramy się wybierać kraje i zakątki świata nieco mniej popularne i rzadziej odwiedzane przez ludzi, bo:
a) lubimy odkrywać,
b) nie przepadamy za hałaśliwymi tłumami turystów.
Po drugie – po ostatnich wyprawach do Skandynawii i (ciągle droższej od Polski Słowenii) chcieliśmy wybrać się do nieco tańszego kraju i za nasz standardowy budżet żyć nieco mniej survivalowo i nie robić wielkiego święta z kupienia sobie butelki coca-coli. Wiedzieliśmy już wtedy, że obierzemy kierunek południowy i udamy się na Bałkany. Nie byliśmy jeszcze tylko zdecydowani co do konkretnego miejsca. No i wtedy z pomocą przyszedł nasz znajomy, Boguś, który gorąco zarekomendował nam Macedonię. Klamka zapadła i 3 powód przypieczętował decyzję. Wyboru nie żałujemy! J


Kanion Matka.

Kanion Matka.

Cerkiew św. Nikolai, Kanion Matka.

Nocleg w Kanionie Matka, przy cerkwi św. Nikolai.

        Macedonia to niewielki kraj, położony na południe od Serbii i na północ od Grecji (choć ta konsekwentnie upiera się, że coś takiego, jak państwo macedońskie nie istnieje i należy je nazywać F.Y.R.O.M, zaś sama nazwa „Macedonia” przypisana jest północnej prowincji Grecji). Nie leży ona nad żadnym morzem i pewnie z tego względu nie jest zbyt popularnym celem wakacyjnych wojaży. Ciężko też znaleźć na jej temat obszerne informacje po polsku w Internecie (w rezultacie większość moich wydrukowanych karteczek zapisana jest po angielsku). Kraj ma jednak wiele atutów. Gdzie okiem sięgnąć – górzyste malownicze krajobrazy, zielone zalesione pagórki, skaliste szare szczyty i żółtawe, piaszczyste, afrykańskie niemal wzgórza. Poza tym, 2 ogromne jeziora Ohrydzkie i Prespanskie, umiejscowione na południu kraju, w sąsiedztwie masywów górskich i Parków Narodowych Galicica i Pelister. Oba ciepłe i bajecznie piękne, choć to Ohrydzkie przyciąga pływaków swoją przezroczystością i daje możliwość obserwowania dna przez krystaliczną wodę. Stolica, Skopje, choć dopiero się odbudowuje, magnetyzuje swoją wielokulturowością i kolorytem, przyciąga zarówno na nowoczesne europejskie deptaki, jak i na klimatyczne uliczki Starej Czarsziji. Do tego wysokie temperatury, dzięki którym można wreszcie się wygrzać po tylu miesiącach zimnego żywota w Polsce (zwłaszcza na Mazurach, gdzie tym razem zupełnie nas oszukano, serwując lato pod hasłem 17 stopni C.). Jak dla mnie – raj, zwłaszcza, że morze w razie potrzeby też jest niedaleko i można sobie pozwolić na 150-km przejażdżkę nad greckie wybrzeże (ot tak, żeby zaliczyć M. Egejskie). Raj okazał się zresztą jeszcze bardziej rajski, niżby się można było spodziewać, a to za sprawą pewnego istotnego czynnika – ludzi. Gospodarze oczarowali nas i zdobyli nasze serca w mgnieniu oka. W jednej chwili zawładnęli naszymi duszami i uczynili z nas swoich przyjaciół i fanów ich ojczyzny. Urzekli nas swoją uczynnością, gościnnością i życzliwością, pogodą ducha i nastawieniem do życia. Jeśli chcecie spotkać najprzyjaźniejszych ludzi pod słońcem – odwiedźcie Macedonię! Dodam tylko, że aby poznać mentalność owych ludzi, należy odjechać nieco dalej od głównych atrakcji regionu (choć kraj nie jest zbyt popularny w ogóle, to ma przecież miejsca stricte turystyczne) – spędzając cały urlop w Ohrydzie czy Skopje możemy nie poczuć macedońskiego ducha.  Podróżowanie autostopem, choć w 40 stopniach C. może być (i jest!) niezmiernie wyczerpujące, przynosi nam w tym miejscu wiele pożytku. 

Kto ma ochotę na melona? :D Skopje.
            Poznajemy ludzi i to jest w tym wszystkim najwspanialsze. Gawędzimy trochę po angielsku, ale głównie po polsku, bo przecież nasza mowa w istocie jest niezmiernie podobna (co z kolei niesamowicie raduje naszych rozmówców), dowiadujemy się trochę lokalnych ciekawostek i… niejednokrotnie zostajemy czymś poczęstowani lub zaproszeni na poczęstunek (sytuacja rzadko spotykana na zachodzie a przecież tak wspaniała dla strudzonego wędrowca). Radosny styl bycia Macedończyków skłania nas do korzystania z tych propozycji, bo wiemy, że wychodzą z dobroci serca i sprawiają wielką uciechę nie tylko nam, ale także Im. Jest wspaniale i czujemy się, jak we własnym domu, do czego zresztą bardzo nas zachęcają… 


               Wychodzimy z meczetu w Skopje, mężczyzna wyjmuje z siatki 2 brzoskwinie i podaje nam z uśmiechem, wskazując drogę do Bit Bazaru. Innym razem, kiedy stoimy przy wiejskiej drodze, łapiąc stopa, najpierw mija nas, skręcając w pole, ciągnik, a kilka minut później jadący nim młody chłopak wraca do nas, niosąc nam worek pełen nektarynek. Kiedy pierwszego dnia, spaleni słońcem łapiemy wreszcie samochód do stolicy, dziewczyna oddaje nam swoją schłodzoną butelkę wody i idzie sobie kupić drugą, zaś kelner w knajpce w Bitoli, kiedy widzi nasze plecaki, ucina sobie z nami pogawędkę i proponuje postawienie nam czegoś do picia. Rolnik jadący ciągnikiem po polu, gdy widzi, że właśnie na siąsiednim zwijamy namiot i pakujemy plecaki, macha do nas ręką, a rolnik prowadzący stado krów pyta „jak się macie?”.

               Szczególną ciekawostką w tym miejscu będzie nasza specyficzna podróż z Bitoli do Ochrydy (ok. 70 km) wraz z Buddym i Aleksandrem. Otóż, mimo krótkiego dystansu, nie udało nam się dotrzeć do celu jednego dnia. W połowie drogi ci wspaniali ludzie zaproponowali nam kawę lub piwo a po tym, jak się zgodziliśmy, zabrali nas do miejscowości Pretor (położonej nad jez. Prespanskim). Spędziliśmy tam jakieś 1,5 godziny w knajpce, miło gawędząc i rozglądając się po okolicy. Kiedy po tym czasie wsiedliśmy ponownie do ich Łady, żeby wrócić na właściwą drogę (wcześniej zjechaliśmy z niej w bok) i pojechaliśmy może z 50 m, pojawili się ich znajomi. Euforycznie zareagowali na fakt, że pochodzimy z Polski i spytali, czy mamy może jeszcze chwilkę na „jedno piwo”. Mieliśmy. Tym razem udaliśmy się do miejscowej, hmm, jakby to nazwać – „knajpki dla tutejszych”, czyli budki z piwem i szybkim żarciem otoczonej kilkoma krzesełkami i stolikami. W ciągu kilku chwil nasze „jedno piwo” przerodziło się w bałkańską imprezę na 7 osób, z kilkoma kolejkami alkoholu, przystawkami, przyśpiewkami i pogaduszkami. Trwało to chyba ze 2 godziny. Postanowiliśmy zostać do rana. Mało tego, nocleg też dostaliśmy, a to za sprawą Aleksandra, który wprosił nas do swojego innego przyjaciela, u którego rozbiliśmy się z namiotem w ogródku, ponownie napiliśmy się i najedliśmy, spędzając kolejne godziny przy stole.  Dopiero następnego dnia ruszyliśmy dalej. 


           To tylko niektóre z przykładów gościnności macedońskiej, zapewniam, że było ich więcej i za wszystkie jesteśmy bardzo wdzięczni. Gdyby nie takie sympatyczne gesty nasza podróż z pewnością byłaby uboższa o wspaniałe wspomnienia. Dziękujemy wszystkim, którzy swoim wsparciem pomogli nam w podróży. 




             A Wy? Jakie macie wspomnienia z gościnnością w odwiedzanych przez Was krajach?

Skopijska Czarszija.


Skopje.

Skopje, meczet.

Skopje.
Jez. Prespansko.


Ochryda.

Malownicza nocna Ochryda.



PS

O tym, co zobaczyć w Macedonii, gdzie warto zajrzeć, co omijać i na co uważać napiszę jeszcze w tym tygodniu (napisałabym już teraz, ale przecież te notki nie mogą ciągnąć się kilometrami :P ) – zapraszam już teraz. Jeśli macie jakieś konkretne pytania do tego tematu – podajcie je w komentarzach – w miarę możliwości postaram się udzielić jak najrzetelniejszych odpowiedzi.