Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Tania Dania, czyli – 2,5 tygodnia za 600 zł. Czy to jest możliwe?

       

 To nieprawda, że do podróżowania potrzebna jest góra pieniędzy! Przy odrobinie fantazji, zaangażowania, pasji i dobrych chęci każdy może pozwolić sobie na zorganizowanie fantastycznych wakacji. Gdzie? Wszędzie!  [zob.TU]  Nawet w znanej z wysokich cen – Skandynawii.

            Jak jeździmy? Z plecakami i autostopem. Dlaczego? Bo za darmo, ciekawie i często szybciej. Dlaczego jeszcze? Bo możemy poznać „tubylców”, dowiedzieć się więcej o obyczajach danego kraju i przeżyć pozytywne przygody. Gdzie śpimy? W namiocie – często na dziko, ale zdarza się, że i  na campingach. Ewentualnie korzystamy ze spontanicznego couchservingu, jeśli kierowca jest tak miły i oferuje nam pokój, lub kawałek podłogi. Co jemy? Czasem szarpniemy się na luksus, jakim jest posiłek w knajpie, ale zazwyczaj gotujemy sobie posiłki na małym przenośnym palniku, zaś produkty nabywamy w supermarketach. Co nas dopinguje? Szaleństwo młodości, pasja i ciekawość świata. 

            W końcu: kiedy spełniać swoje marzenia, jak nie teraz?

            W 2010 r. ja i Rafał zorganizowaliśmy wspólną, 17-dniową wyprawę do Danii. Skąd pomysł? To mój sentyment do surowych północnych krajobrazów, ciszy, nieskażonej przyrody i wikińskich sag zadecydował o obraniu tego kierunku. Przez ok. 2 tygodnie udało nam się objechać  całe państwo i zwiedzić kilka interesujących miejsc. Tylko kilka, bo choć kraj jest nieduży i wydawałoby się, że z łatwością można poznać go na wskroś – okazał się nafaszerowany ciekawostkami. 

            Na wyprawę przeznaczyliśmy 3 tygodnie, zakładając, że przejazd autostopem zajmie nam ok. 6 dni w obie strony. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że już po 24 godzinach byliśmy niecałe 100 km od Kopenhagi! Z Mazur wyruszyliśmy o 8 rano, bo wczesne wstawanie nie jest, niestety, moją mocną stroną, tymczasem już o świcie mogliśmy usłyszeć: God morgen! Wszystko dzięki kierowcy, który poprzedniego wieczora zabrał nas swoją ciężarówką w siną dal i kiedy dotarł do celu o 3 nocy, pozwolił nam przeczekać na jednym z łóżek do rozsądniejszej pory. Ciasno było niemożliwie, ale przecież... darowanemu nie zagląda się w zęby... Po południu byliśmy w stolicy.

            Na pierwsze 2 noce zakwaterowaliśmy się na miejskim campingu, płacąc prawie po 40 zł za noc w szarpanym przez wiatr namiocie. Dania na przełomie sierpnia i września powitała nas rześkim i bardzo ruchliwym powietrzem. Pogoda nie oszczędzała nas ani odrobinę. Dla zaoszczędzenia gotówki, ostatnią noc zdecydowaliśmy się spędzić w przyległym do pola namiotowego parku, w którym w dodatku zauważyliśmy oficjalną tablicę zezwalającą na biwakowanie i spokojny sen. Nie obawialiśmy się niczego a nasze bezpieczeństwo nie wydawało się być zagrożone. Północ Europy do tej pory jawiła się w mojej głowie jako miejsce wolne od złodziejaszków i bandytyzmu. Rozstawiliśmy namiot pod drzewkami, zaś sami zorganizowaliśmy sobie piknik w sporej, drewnianej łodzi rzuconej na bezkresną taflę piaskownicy...

           W dzień zwiedzaliśmy intensywnie. Sama Kopenhaga okazała się typowy, skandynawskim miastem. Była czysta, zadbana i nowoczesna, ale z nutką historii przebijającą się pomiędzy współczesnymi rozwiązaniami architektury. Jest tam interesujący ogród botaniczny (przy ul. Øster Farimagsgade 2 B), ogromne Muzeum Narodowe (przy ul. Ny Vesterade 10), w pałacu z połowy XVIII w., na którego ekspresowe zwiedzenie ledwo wystarcza jeden dzień a także klimatyczna uliczka Nyhavn – Nowy Port,  ciągnąca się wzdłuż kanału zapełnionego licznymi jachtami, łódkami i kutrami. Niektóre z nich są zresztą bardzo efektowne, stylizowane na starodawne żaglowce i aż się proszą o sfotografowanie. Przy nadbrzeżu podziwiać można też zabytkowe, pomalowane na jaskrawe kolory kamienice, w których mieszczą się knajpki i sklepiki. Ciekawostką może być fakt, że w domach z nr 18, 20 i 67 mieszkał kiedyś Hans Christian Andersen, znany nam zapewne z dzieciństwa. Wcześniej port ten był siedzibą głównie rybaków i marynarzy, dopiero w ostatnich latach stał się prawdziwą mekką dla turystów odwiedzających stolicę Danii. 

 

      Prawdziwą perełką miasta jest jednak tzw. wolna dzielnica – Christiania.  Jej obszar stanowią ok. 40-hektarowe dawne koszary, do teraz jeszcze otoczone murem. Ok. 30 lat temu zostały one  zaadaptowane przez hippisów, poszukiwaczy przygód i wolności a także różnego rodzaju narkomanów czy bezdomnych. 24.09.1971 r. proklamowano tzw. „wolne miasto” a wszystkie próby przywrócenia tu porządku nie powiodły. Mieszkańcy nie płacą podatków ani rachunków i organizują własne szkoły dla dzieci. Na tym terenie można bez problemu kupić marihuanę i inne używki, jednakże nie wolno niczego fotografować o czym przypominają umieszczone na każdym kroku ogromne znaki z przekreślonym aparatem. Lepiej uszanować te nakazy dla własnego bezpieczeństwa. Podobno też odradza się eksponowanie tu drogich przedmiotów, a portfele i aparty lepiej trzymać schowane w bezpiecznym miejscu. Mimo to, warto tu zawitać choćby po to, by poobserwować inny styl życia, występy artystyczne czy architekturę. Zwracają uwagę wymyślnie zdobione budynki, niektóre pokryte fantastycznymi malowidłami, wielobarwne, oryginalne i z całą pewnością piękne. 

* * * 

     Po 3 dniach włóczęgi, opuściliśmy Kopenhagę niechętnie, ale Roskilde wynagrodziło nam naszą tęsknotę. Miejscowość ta była niegdyś pierwszą stolicą Danii. Tu mieści się dawny pałac królewski z XVIII w. oraz wspaniała gotycka katedra – Domkirke – miejsce pochówku najstarszych władców takich jak Harald Sinozęby czy Sven Widłobrody. Tu także zwiedzić możemy Muzeum Łodzi Wikińskich i zobaczyć oryginalne zachowane wikińskie zabytki - prawdziwa gratka dla koneserów historii wczesnego średniowiecza. Wstęp co prawda swoje kosztuje (ok. 50 zł bilet ulgowy i ok. 100 cały), ale wrażenia są niesamowite. Wewnątrz budynku wyeksponowano 5 zachowanych łodzi, opisano styl życia dawnych mieszkańców tych terenów  i dla lepszego wyobrażenia zrekonstruowano niektóre z omawianych przedmiotów.








    Rozstawiliśmy namiot w parku. Wieczorem ugotowaliśmy sobie kolację na małym palniku i półlitrowej butelce gazu. Podkarmiając kwaczące dookoła kaczki wdychaliśmy rześkie powietrze. Wieczór był chłodny, ale za to nie dokuczały nam komary. Zawsze to jakiś plus. Śpimy w samym centrum miasta, ale park to chyba i tak mniej przerażająca opcja, niż mały, opuszczony kościółek wokół którego przed wielu laty wykopano kilkadziesiąt grobów. Rafał miał rację, żeby w nim nie zostawać. Niby to dach nad głową i lepsza ochrona przed deszczem, ale kto wie, czy duchy by się nie pogniewały za domniemaną profanację. Co prawda intencje mieliśmy dobre, ale - duchy to duchy i nie ma co z nimi zadzierać. Już na pewno nie w środku nocy. W samym parku po zmroku było wystarczająco strasznie.


       Rano spostrzegliśmy, a raczej - najpierw usłyszeliśmy, że wokół naszego schronienia w najlepsze odbywa się lekcja wf. Wychodzimy, czeszemy się, przecierając oczy i z niepewnością spoglądamy dookoła. Po chwili oporządzamy obozowisko i witamy się z mieszkańcami, którzy radośnie wołają do nas: God morgen!

       Wyjeżdżamy na południe. Noc spędzamy w środku wielkiego lasu, nad malutkim jeziorem. Tam zostawiamy namiot na kolejne dwa dni i mimo, że od czasu do czasu ktoś tamtędy przechodzi – nic nie ginie. Z tej bazy wypadowej ruszamy odwiedzić Lejre – gigantyczny i arcyciekawy skansen, dzięki któremu udajemy się w całodzienną wycieczkę przez minione tysiąclecia. Jest tu naprawdę wiele do zobaczenia, począwszy od jaskiń ludzi pierwotnych, poprzez rekonstrukcje osady wikińskiej, skończywszy na gospodarstwach XIX-wiecznych. Cała masa atrakcji i ogromna dawka wiedzy, w dodatku zaserwowana wraz z ogromną dawką pięknych krajobrazów, dobrej pogody i świeżego powietrza. 



      Wieczorem, gdy przybywamy do obozowiska spotykamy w nim 2 Duńczyków i Kirgiza. Śpiewają, grają i szykują się snu nieopodal. Wspólnie rozpalamy ognisko, pijemy herbatę z igłami sosny i świeżymi jeżynami i dzielimy się doświadczeniami z podróży. Zasypiamy późną nocą radośni i zrelaksowani.

    W kolejne dni gościmy na wyspie Møn, gdzie w Rezerwacie Natury podziwiać można śnieżnobiałe wapienne klify – dumę tego regionu. Dzień spędzamy włócząc się po okolicy, eksplorując przepiękny, rozległy las i starając się dotrzeć jak najdalej wzdłuż wybrzeża. Głowę do poduszki przykładamy w specjalnej wiacie dla podróżników, która wraz z trzema innymi ustawiona jest w samym środku dziczy. O takiej możliwości obozowania dowiedzieliśmy się od Dunki, która pewnego dnia podwoziła nas tam, po wcześniej wypitej wspólnie herbatce (i zjedzonym przez nas do ostatniej okruszyny orzechowym chlebie - cóż, głodnego wszak należy nakarmić ;)). 
       

    Jak to bywa w skandynawskich krajach, teren jest czysty, zadbany i w pełni dostosowany do użytku. Przygotowano nawet 5 miejsc na ogniska (po jednym dla każdej wiaty i jedno duże na środku), każde z rusztem, na którym wygodnie można przyrządzać potrawy. Na naszym "stole" króluje złocista pieczona kukurydza, hit sezonu, który towarzyszył nam nieustannie podczas całej podróży. Akompaniują jej: chleb, ser, prażona cebula i papryczki jalapenos (już może niekoniecznie w klimacie ;)).


    Tu, na południu Danii autostopuje się bardzo łatwo. Problemy pojawiają się dopiero, gdy próbujemy dotrzeć na północ, a przecież zależy nam na odwiedzeniu Skagen. Zdarza się, że stoimy długo, kilka godzin, i żaden ratunek nie nadchodzi. Jesteśmy zmuszeni przenocować pod Aarhus. Na miejsce campingowe wybieramy polną drogę. Jest trochę nierówno, ale kto by narzekał! Jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby szukać czegoś lepszego. Zresztą - nie bardzo mamy gdzie. Nad ranem tylko jesteśmy lekko zaskoczeni, kiedy słyszymy zbliżające się kroki, a ich wykonawcami są dwaj mężczyźni ze... strzelbami! Idą w naszą stronę, a pierwsze co rzuca się w oczy, to właśnie ogromne pukawki. Mierzę ich zaspanym wzrokiem, rzuconym z ledwo wychylonej z namiotu głowy i pytam z głupia frant, w czym mogłabym pomoc.  To właściciele terenu... Są co najmniej zaskoczeni naszą obecnością i nie wiedzą, jak się do niej odnieść. Na szczęście po krótkiej rozmowie przyjmują wyjaśnienia, że w pobliżu to miejsce wydawało nam się najlepsze na nocleg, po czym życzą nam miłego dnia i proszą tylko o zabranie ewentualnych śmieci ze sobą. 

         Ruszamy dalej. Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów do następnego miasta. Chciałam odwiedzić lunapark, ale ledwie nasz kierowca odjechał spod bram, okazało się, że ostatnim dniem tego roku, w który park rozrywki był otwarty... było wczoraj. Zapowiada się ciężki dzień. Jesteśmy na samym początku miasta a do wylotówki mamy ładnych kilka kilometrów. Nim tam dotarliśy, minęło kilka godzin, ciężar plecaków porządnie dał nam się we znaki i zgłodnieliśmy diabelnie. Tymczasem nikt nie chce nas zabrać dalej. Kwitniemy w Aalborg i chyba nawet zaczynamy już zapuszczać korzenie… 



         Nie ma jednak tego złego! Nasze trudy zostają nagrodzone. Zatrzymuje się przy nas kobieta i po dosłownie kilku chwilach proponuje nam odwiedziny w jej domu: co prawda trochę poza trasą, ale jeśli mamy ochotę… Mamy. Helle wraz ze swym partnerem udostępniają nam pokój córki, urządzają porządną kolację z grillem (dla mojego wegetariańskiego podniebienia – grecki ser z rusztu) i napitkami oraz zapewniają przemiłe towarzystwo na cały wieczór. Na drugi dzień nasza znajoma wyposaża nas w prowiant, odstawia na dogodną wylotówkę, żebyśmy mogli szybko dotrzeć na północ i każe odezwać się, gdy wrócimy do Polski. Kontakt mamy do dziś. 

        Skagen jest nieco melancholijne, ale zarazem pełne pewnej wzniosłości i powagi. Koniec Danii, wybrzeże w którym zlewa się ze sobą Morze Północne z Morzem Bałtyckim wywołuje w nas chwilę zadumy. Szum uderzających fal, nadciągające szare chmury i piski mew skłaniają do refleksji. Jest – magicznie. 

 
            Znów śpimy w wiatach leśnych. Spotykamy Holendrów, którzy objeżdżają Danię rowerami. Wspólnie spożywamy posiłek a potem poddajemy się nocy. Następnego dnia udajemy się jeszcze na długi spacer do słynnego zasypanego kościoła św. Wawrzyńca. Pierwsza pisana wzmianka o nim pochodzi aż z XIV w.! Budynek ten od wieków atakowany przez przemieszczające się wydmy utrzymał się na powierzchni tylko dzięki działalności ludzkiej. To dawni wierni ocalili go od zapomnienia. Dziś nie stanowi już miejsca kultu. Przyciąga turystów, którzy chcą zobaczyć na własne oczy zakopaną po pas historię. 




            To jednak tylko jedno z wielu niesamowitych miejsc. Innych, równie ciekawych, o których nawet nam się nie śniło, jest w Danii wiele. Jeszcze więcej specyficznej skandynawskiej aury. Można tu odpocząć na łonie natury i obcować z kulturą, spać „na dziko”, a za chwilę zwiedzać wspaniale wyposażone muzea i skanseny, oderwać się od zgiełku miasta i jednocześnie podziwiać ciekawą architekturę. Wcale nie trzeba wydawać fortuny. Jeśli tylko jesteśmy gotowi na odrobinę poświęcenia w imię pasji, możemy osiągnąć wszystko i wszystko zobaczyć. Udowodniłam to sobie i mam nadzieje, że i Wam, spędzając tam prawie 3 tygodnie za niemal 1/3 minimalnego budżetu przeciętnego turysty.






Co prawda to już się pojawiło, jakiś rok temu, ale dla leniwych, którym nie chce się szukać, zamieszczam jeszcze raz :-) : 


KOSZTORYS. Przełom sierpnia i września 2010 r. Dania 17 dni
(1 dzień - dojazd, 3 dni - powrót) 
Kopenhaga, Roskilde, Lejre, Wyspa Mon, Skagen

Przejazd: 
0 zł – Autostop (z Mazur do Kopenhagi ok. 27 godzin, powrót – ok. 3 dni)
70 zł – bilet na komunikację miejską w Kopenhadze (w cenie 10 godzinnych przejazdów – niestety tańszej opcji nie było)

Noclegi:
Ok. 70 zł - 2 noce (2x35) na campingu w Kopenhadze
0 zł – pozostałe:
·         TIR, którym jechaliśmy,
·         park tuż obok campingu,
·         park miejski w Roskilde [2 noce],
·         rezerwat przyrody na wyspie Mon [2 noce] w specjalnie przygotowanych, darmowych backpackerskich wiatach w środku lasu,
·         las k. Lejre [2 noce],
·         wiaty k. Skagen [2 noce],
·         dom Dunki, która zaproponowała nam nocleg,
·         „na dziko” z namiotem nieopodal autostrad w Niemczech [2 noce],
·         ”na dziko” już w Polsce.

Pozostałe:
40 zł wstęp do muzeum wikińskiego w Roskilde (zniżka studencka),
40 zł wstęp do skansenu w Lejre (zniżka studencka),
ok. 50 zł na pozostałe wstępy (, Domkirke, Ogród Botaniczny, Ripley’s – Believe it Or not, Muzeum Narodowe [darmowe])
ok. 330 zł – posiłki – gotowane na własnym palniku lub pieczone na ogniskach (wszędzie pełno przystosowanych miejsc na zrobienei ogniska), kupowane w supermarkecie. 2 razy posiłek w pizzerii: 0,5 l coca-coli – 20 zł, średnia pizza dla 1 os. – ok. 40 zł.
CAŁKOWITY KOSZT:
ok. 600 ZŁ
 

wtorek, 31 lipca 2012

Tanie podróżowanie, czyli - czy to jest możliwe?


            To nieprawda, że do podróżowania potrzebna jest góra pieniędzy! Przy odrobinie fantazji, samozaangażowania, pasji i dobrych chęci każdy może pozwolić sobie na zorganizowanie fantastycznych wakacji. Rzecz jasna, jeśli jakąś gotówką dysponujemy, mogą one być: bardziej luksusowe, wygodniejsze, dłuższe, spędzane w odleglejszym miejscu (bilet samolotowy kosztuje; im dalej – tym więcej, a nie wszędzie dojedziemy stopem, zwłaszcza, gdy ogranicza nas czas), lub bardziej efektowne (bo przecież na taki Mt. Everest nie wejdziemy bez zapłacenia  obowiązujacej stawki, nawet przy najlepszych chęciach).

          Jeśli nie mamy kasy, musimy z czegoś zrezygnować, ale nikt nie powiedział, że nie zyskamy czegoś w zamian. Konieczność kombinowania i obchodzenia niedogodności rodzi przecież nowe możliwości przeżycia czegoś wspaniałego. Tanie podróżowanie wcale nie musi oznaczać, że będziemy głodować, tkwić w jednym miejscu, nudzić się, albo marznąć! Wystarczy dobrze rozplanować wydatki, zdecydować co dla nas najważniejsze, no i przede wszystkim - nie nastawiać się na luksusy, bo tych raczej nie zaznamy. :) Jeździć po świecie można, prawie za grosze, wystarczy tylko chcieć. 

          Na dowód poniżej przedstawiam 3 kosztorysy moich ostatnich wyjazdów. Są dość ogólne, szerzej przyjrzę się przy następnej okazji. Teraz tylko w zarysie:

Dania 18 dni

(1 dzień - dojazd, 3 dni - powrót) 
Kopenhaga, Roskilde, Lejre, Wyspa Mon, Skagen

Przejazd: 
0 zł – Autostop (z Mazur do Kopenhagi ok. 27 godzin)
70 zł – bilet na komunikację miejską w Kopenhadze (w cenie 10 godzinnych przejazdów – niestety tańszej opcji nie było)

Noclegi:
Ok. 70 zł 2 noce na campingu w Kopenhadze
0 zł – pozostałe noce (park tuż obok campingu, park miejski w Roskilde [2 noce], 2 noce w rezerwacie przyrody na wyspie Mon [w specjalnie przygotowanych, darmowych wiatach w środku lasu], w lesie k. Lejre, w wiatach k. Skagen, w domu Dunki, która zaproponowała nam nocleg).

Pozostałe:
40 zł wstęp do muzeum wikińskiego w Roskilde
40 zł wstęp do skansenu w Lejre
ok. 50 zł na pozostałe wstępy
ok. 330 zł – posiłki – gotowane na własnym palniku, pieczone na ogniskach (wszędzie pełno przystosowanych miejsc), kupowane w supermarkecie. Ze 2 razy poszliśmy do knajpy:

* 0,5 l coli – 20 zł :O
* średnia pizza dla 1 os. – ok. 40 zł

CAŁKOWITY KOSZT:
ok. 600 ZŁ


Słowenia 20 dni

(3 dni - dojazd, 3 dni - powrót)
Ljubljana, Bled, Vintgar, Mojstrana, Triglavski Park Narodowy, Planica, Bovec, Bohinj, Portoroż, Piran, Strunjan, Ptuj 

Przejazd:
0 zł – Autostop (z Mazur do Ljubljany ok. 48 godzin)
ok. 10-20 zł przejazdy autobusem po Ljubljanie

Noclegi:
3x 8 euro – camping w Ljubljanie
3 x 4 euro – c. w Dovje
12 euro – nocleg na c. w Portoroż (+ 2 pozostałe „na dziko w okolicy -  0 zł)
5 euro – nocleg w Ptuju (kwatera prywatna)
10 e – camping Trencie
10 e – camping nad jez. Bohinj, 2 noce (normalnie cena to po 12,5 od os., ale jak się pokombinuje, można obniżyć cenę ;), podobnie z 2 noclegami w Bovec)

Pozostałe:
Max. 100 zł wstępy do Muzeów i atrakcji (m.in. Etnograficzne i Narodowe w Ljubljanie, Zamek w L., zamek w Ptuju, soliny w Portoroż, wodospad w Alpach, wąwóz Vintgar)
Ok. 350 – żywność i napoje (raczej przyrządzane na palniku gazowym, kilka razy pizza w knajpie, choć zwykle 1 na pół i raczej bez napojów ;)


Pewnie wyszłoby dużo taniej, gdybyśmy mogli więcej nocować "na dziko". Niestety, kary w Słowenii za takie biwakowanie są zbyt duże, by ryzykować. Przynajmniej nas - odstraszyły. Zresztą, gdy znaczną część wyprawy spędza się w górzystym terenie Parku Narodowego, trzeba brać pod uwagę, że rozbicie się za darmo, w niestrzeżonym miejscu może grozić sankcjami. 

CAŁKOWITY KOSZT:
800 zł




Indie – 17 dni

(1 dzień - dojazd, 1 dzień - powrót)
Delhi, Varanasi, Agra, Fathepur Sikri, Jaipur, Fort Amber k. Jaipuru, Amritsar, Dharamsala, Mc Leod Ganj 

Przejazd:
1800 zł bilet (promocja na przeloty liniami FinnAir)
ok. 200 zł wiza
150 zł – bilety na całonocne przejazdy pociągami na trasach: Delhi-Varanasi, Varanasi-Agra, Jaipur-Amritsar
Ok. 100 zł – przejazdy autobusami na trasach: Agra-Jaipur, Amritsar-Dharamsala, Mc Leod Ganj - Delhi

Noclegi:
ok. 200 zł – noclegi w hotelach (dwuosobowe pokoje, z łazienkami, czyste, bez robaków, ale też bez klimatyzacji {wiatrak na suficie), z ciepłą wodą (może nie cały dzień, ale jednak), raz z oknem, raz bez). Średnio wychodziło po 15-20 zł za os. Można taniej, można i drożej, zależy co komu odpowiada.

Pozostałe:
Max.  200 zł – napoje i posiłki (w „knajpkach” – nie mylić z europejskim wyobrażeniem knajpki lub restauracji J , świeże owoce, słodycze
Ok. 50 zł – Taj Mahal


+ fundusze na ewentualne pamiątki, przejazdy rikszami, wstępy.

Przykładowo:
- shishę, którą w Polsce kupujemy za ponad 200 zł, w Indiach możemy dostać za 30, albo i mniej (zależy, jak wytargujemy)
- melasa do shishy (b. dobra gatunkowo, pachnąca i szybko się rozpalająca) – 2-3 zł
- biżuteria drewniana lub koralikowa 2 – 3 zł
- sznury z koralikami i słonikami (do ozdabiania okien, lub framug – zamiast drzwi), które w Krakowie widziałam za 35 zł, w Indiach kosztuja jakieś 6.
- posiłek w knajpce (o ile ktoś chciałby to tak nazwać) + napój – ok. 5 – 10 zł; w sieciówkach typu  McDonald’s czy PizzaHut – drożej (doliczają jeszcze podatek).


CAŁKOWITY KOSZT: 
ok. 2800 zł



O tym, jak skutecznie oszczędzać w podróży, z czego można zrezygnować a z czego nie warto, jak zastąpić droższy nocleg tańszym, albo darmowym, dlaczego autostop to mój sposób na podróżowanie i wiele innych, pożytecznych w czasie wyprawy porad – napisze wkrótce.


PS Jutro wyruszam w drogę na 3 tygodniowe spotkanie z Macedonią – będę dawać znać z drogi. Życzę wszystkim udanych wakacji i jak najcieplejszego sierpnia. A gdzie i jak  Wy spędzacie lato?