Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ceny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ceny. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 kwietnia 2016

Laos. Co tam w ogóle jest i czego się spodziewać, poza zabytkami.



A oprócz tego kurzu, to jaki właściwie jest ten Laos?



Różnorodny, chciałoby się powiedzieć. Inny od tego, co nam znane, a jednocześnie bardzo podobny. No bo, niby ludzie, tak samo, jak w Europie, mają tam dwoje oczu, uszu, nosy i wszystko, co tam sobie ktoś kiedyś wymyślił, projektując człowieka. Mają duszę, serca, powody do radości i smutków, zupełnie, jak my. A jednak… żyją troszke inaczej. Trudniej, nieco bardziej pod górę, troche większym kosztem. Tylko, że… z drugiej strony, bywają też bardziej otwarci na ludzi, troche swobodniej uśmiechają się do ciebie, kiedy mijasz ich na drodze i jakoś tak naturalniej przychodzi im zadowolenie z życia. 

To oczywiście nie znaczy, że cieszą się cały czas, jak głupi do sera, albo, że znowu wezmą wszystko na klatę, bez mrugnięcia okiem. Nie są maszynkami do uszczęśliwiania turystów, ale też nie atakują, nie męczą i nie starają się na każdym kroku wyłudzić od ciebie kasy (choć rzecz jasna nie jest to regułą). Mam wrażenie, że podobnie, jak Tybetańczycy, czy Nepalczycy, mieszkańcy Laosu są po prostu nieco dumniejsi i bardziej świadomi swojej wartości w porównani chociażby do dużej części Hindusów. Nie będą biegać za tobą przez pół miasta, wrzeszcząc, lub płaszcząc się, by namówić cię do kupna tandetnej figurki za 3 dolary. Nie rzucą wszystkiego, co w tej chwili robią, by skłonić cię do ubicia "świetnego" interesu i jednocześnie nie poświęcą ci więcej uwagi, niż ich zdaniem ci się należy. Nie będą też targować się do upadłego, oddając ci swój towar za półdarmo, wręcz przeciwnie, jeśli zaoferujesz zbyt niską cenę, stanowczo odmówią, być może nawet obdarzając cię pełnym politowania spojrzeniem i wrócą do swoich spraw. 

Kwestia targowania się, była zresztą dla mnie pewnym zaskoczeniem, bo, choć niecierpię tego robić, to jednak jadąc do Azji, zawsze jestem przygotowana na słowne potyczki. Tu, jak się okazało, obniżanie cen, to raczej delikatny posmak dania, aniżeli jego główny temat i jeżeli przesadzimy z ofertą, a zależy nam na zakupie, będziemy musieli ukorzyć się przed sprzedawcą i przyjąć jego warunki. 

Niestety, podobnie sprawy mają się z wszelkiego rodzaju tuk tukami, pick up’ami, czy też jakimkolwiek innym środkiem transportu prywatnego (no bo jeśli autobusy i pociągi to transport publiczny, to wszelkie riksze i taksówki, to chyba prywata, nie?). Co więcej, ceny, dyktowane przez przekonanych o majętności białego człowieka kierowców, czasem naprawdę zbijają z tropu i przyprawiają o ból głowy. Zdarzyło nam się zarówno naprawdę nieźle przepłacić za przejażdżkę, jak i zrezygnować z jednej wycieczki, bo najzwyczajniej w świecie uznaliśmy, że kosmiczna suma jest zbyt wysoka. W pierwszym przypadku winne było, jak to zwykle bywa, zmęczenie i związana z nim trudność w przestawieniu się na laotańską walutę (kip, 1000 KIP = 0.5 PLN), w drugim po prostu nie udało nam się znaleźć NIKOGO kto zaoferowałby usługę taniej (minusy ciągle średnio rozwiniętej infrastruktury turystycznej). 

Jeśli chodzi o ceny w Laosie, to tu spotyka nas druga niespodzianka. Dlaczego? Ano, dlatego, że z różnych, nieco zbyt barwnych, jak się okazuje, opowieści słyszałam wiele o super-tanim-wszystkim w Laosach, Wietnamach, Kambodżach, itp. Ktoś kiedyś próbował mi sprzedać bajkę o tym, jak to za 5 dolarów można sobie wynająć fantastyczny bungalow z dostępem do basenu i mieszkać za półdarmo w luksusowych warunkach. Wszystko brednie! Całe szczęście, że tego typu rewelacje zawsze przyjmuję z przymrużeniem oka i robię swoją własną kwerendę. JEDNAK!, ku naszemu lekkiemu zdziwieniu, ceny w tym miejscu bardzo często dorównywały polskim, a jeśli chodzi o produkty zainteresowania białasów, to czasem nawet przewyższały rozsądne normy, czego już z całą pewnością nie przewidziałam. Posiłki w knajpkach czy budkach ciągle, co prawda, były w naszym zasięgu i zapłacenie za puszkę coli w barze 3.5 zł, 12 zł za ryż z warzywami i sosem, czy też 5 zł za naleśnika na ulicy nie było jakąś tragedią, ale z całą stanowczością odkryliśmy, że wycieczka ta będzie nas kosztowała nieco więcej, niż tajskie przyjemności za zachodnią granicą. 

Co dalej? Cóż, ja, choć być może to wyłącznie moje przewrażliwienie, momentami czułam się nieswojo z powodu warunków życia panujących w kraju. Owszem, wiem, że żadna w tym moja wina i nijak nie jestem w stanie niczego zmienić, pomijając już to, że polski naród też wycierpiał swoje, kupując na kartki podłe ilości  słodyczy, podczas gdy wszyscy na Zachodzie jedli rurki z kremem i opijali się gorącą czekoladą z bitą śmietaną, jednak jakoś tak troche było mi nie tak. No bo, jakże to tak… my idziemy sobie, zachodząc po zimną colę do baru, kiedy tylko najdzie nas pragnienie (a to nachodzi niestety bardzo łatwo w takim upale), a z drugiej strony nadbiegają dzieci, które te puszkę chcą ode mnie otrzymać. Jako, że rzeczona już puszka w mgnieniu oka jest opróżniona, zawracam, kupuję im kolejną i z przepraszającym wyrazem twarzy im ją zanoszę. Idąc typ tropem: ja na szyi dźwigam wielki aparat, w plecaku mam komórkę i drugą, małą cyfrówkę do pstrykania szybkich fotek, na biodrach pod spodniami pas z furą forsy (no dobra, zagalopowałam się) i jak gdyby nigdy nic jestem sobie na wakacjach, a ludzie, których mijam żyją biednie i niewiele mogą z tym zrobić… 

No bo Laos to nie do końca taki tam sobie typowy kraj. Komunistyczne republiki rządzą się swoimi prawami. To niezupełnie tak, jak u nas, że jeśli chcesz od życia czegoś więcej, to wystarczy mieć pomysł i go realizować. To troche tak, jakby coś przyczepiło ci się do nogi i nie chciało puścić, ciągnąc ku dołowi. Taka, niby powszechna sielanka, gdzie wszyscy mają po równo, ale rezultacie to można przyznać, że mają po równo niczego. No bo co to jest dla Europejczyka: walący się domek na krzywych palach, zakurzone podwórko, kijek zamiast zabawki i miska ryżu na śniadanie? Nic. A dla nich to często wszystko. 

Typowy laotański dom. Don Det.



Zaplecze jednej z restauracji.


Nie chciałabym przesadzać, bo przecież widziałam na dworcu autobusowym emitowany na wielkim ekranie telewizora teleturniej w iście zachodnim stylu. Na nim wymalowane prezenterki w obcisłych ciuszkach i zachodnich fryzurach wdzięczyły się do publiczności i śmiały się perliście. Widziałam też normalne samochody i całkiem przyzwoite budownictwo w Wientianie. Niektórych pałacyków zresztą nie powstydziłby się niejeden zachodni biznesman. Jednak… ciągle jakoś dziwnie było mi mijać tych, którzy cały dzień ciężko pracują, by zarobić na swój ryż. 

A no tak… bo tak prawdę mówiąc, to w Laosie faktycznie da się przeżyć za dolara dziennie! Tylko nie do końca wygląda to tak, jak sobie wyobrażamy w Europie. W cenę tę nie wliczają się żadne wygody, ani luksusy, a jedynie źródlana przegotowana woda, lepki ryż, jedzony ze wspólnej miski palcami, zero elektryczności, telewizji, komputerów i innych przyjemności. Jeśli do tego doliczyć kąpiele, najlepiej w pobliskiej rzece, albo w wiadrze wody czerpanej ze studni, to jesteśmy w domu. Może ze względu na tę szarość codzienności nie wszyscy wyglądają, jakby na lepsze życie trafić nie mogli. 

Z ciekawostek jeszcze innych dodam, że w samym Laosie nie produkuje się zbyt wiele, a zdecydowana większość towarów dostępnych na sklepowych półkach (a jednak wciąż lepiej niż Polsce PRL-u) pochodzi z importu. Stąd też wyższe ceny. Najbardziej widać to na przykładzie towarów, może nie luksusowych, ale też nie będących podstawą wyżywienia mieszkańcow kraju: chipsach, napojach gazowanych (zwłaszcza oryginalnym Red Bullu) czy alkoholach. Koszt drinka w pierwszym lepszym barze (nie, żebym jakoś często sięgała) oscyluje w granicach 15-25 zł (sic!). Dla porównania, mieszanki z produkowaną na miejscu ryżową Wódką Lao kupowaliśmy za ok. 10 zł. Różnicy nie ma prawie żadnej. Aż chciałoby się wspierać rodzimy przemysł, ale tego nie ma jedna zbyt wiele.

Komuś robalka na przekąskę?

Sieci rybackie.

Sieci rybackie i suszące się na słońcu rybne pęcherze.


Golibroda. Ktoś chętny? :)




W tym samym też barze przeczytaliśmy bardzo ciekawą ulotkę, jaką w niektórych barach zamieszcza się w formie kawiarnianej gazety. Z tej też ulotki, oprócz powyższych informacji dowiedzieliśmy się także, dlaczego w Laosie cały ruch zamiera o 23:30. Zdziwieni? No tak, bo każdy, kto jedzie na wakacje oczekuje, że tam wszystko będzie się kręciło wokół jego osoby, że bary i restauracje, otwarte do późna grać będą głośną muzykę i w nieskończoność podawać posiłki i napoje, że cały świat po prostu czeka, by lec do stóp... a tu zonk. W Laosie o 23:30 wszystko cichnie, koniec i kropka. No, może poza miejscami wybitnie szczególnymi, do których nie dociera policja, by egzekwować prawo, takimi, jak Vang Vieng. Zaraz? Czy ja powiedziałam: „policja”? A no właśnie... bo zasada ta nie jest ot taką sobie oddolną inicjatywą, ale najpoważniejszym w świecie zarządzeniem władz! W dodatku egzekwowanym z największą skrupulatnością (o ile oczywiście w pobliżu znajdzie się jakiś funkcjonariusz prawa ;)). Dlaczego? Otóż właśnie dlatego, żeby zapewnić obywatelom minimum tak zwanych praw, do których zaliczyć możemy także prawo do wyspania się. Zarządzenie to, ma chronić ludzi przed zarywaniem nocek i umożliwić KAŻDEMU powrót do domu przed północą i minimum 6 godzin snu przed kolejnym dniem. Z racji tego, że cykl dnia wyznacza tu słońce, a jak to bywa w tych regionach świata te zazwyczaj wstaje i zachodzi około 6 i 18 pomysł ten wydaje się całkiem rozsądny.





 Mimo jednak wszelkich niedogodności i niestety dotykającej dużą część społeczeństwa biedy, Laotańczycy są przyjaźnie nastawieni i w żaden sposób nie próbują nastawać na niczyje zdrowie, życie, czy majątek (chyba,  że na zasadzie transakcji kupna-sprzedaży :)), z tym zapewnieniem spieszę do wszystkich strapionych rodziców, których pociechy planują wybrać się w te strony :). Mimo, iż dla wielu Laos leży na końcu świata i "Bóg wie, co tam się dzieje", zapewniam, że realia życia i tak zwane bezpieczeństwo publiczne stoi tu na takim samym poziomie, jak gdziekolwiek indziej. Zupełnie nie ma powodu do obaw.

Jeśli odejdziesz kawałek dalej od głównych dróg i największych miast, zagłębisz się na obrzeża miasteczek i wiosek, albo wyruszysz dalej, gdzie turystów trochę mniej (choć już na początku zaznaczę, że nie jest to specjalnie oblegany kraj) to z pewnością spotkasz pomocnych, życzliwych i radosnych Laotańczyków, wołających do ciebie sabaidee ze swoich domów i życzących uśmiechem miłego dnia. Spotkasz też dzieci, które będą chciały przybić ci piątkę i cieszyć się będą, że im odmachałeś. Zobaczysz to, czego nie widać przy atrakcjach, do których mogłoby szybciej zawieźć cię biuro podróży. :)














poniedziałek, 16 grudnia 2013

Tania Dania, czyli – 2,5 tygodnia za 600 zł. Czy to jest możliwe?

       

 To nieprawda, że do podróżowania potrzebna jest góra pieniędzy! Przy odrobinie fantazji, zaangażowania, pasji i dobrych chęci każdy może pozwolić sobie na zorganizowanie fantastycznych wakacji. Gdzie? Wszędzie!  [zob.TU]  Nawet w znanej z wysokich cen – Skandynawii.

            Jak jeździmy? Z plecakami i autostopem. Dlaczego? Bo za darmo, ciekawie i często szybciej. Dlaczego jeszcze? Bo możemy poznać „tubylców”, dowiedzieć się więcej o obyczajach danego kraju i przeżyć pozytywne przygody. Gdzie śpimy? W namiocie – często na dziko, ale zdarza się, że i  na campingach. Ewentualnie korzystamy ze spontanicznego couchservingu, jeśli kierowca jest tak miły i oferuje nam pokój, lub kawałek podłogi. Co jemy? Czasem szarpniemy się na luksus, jakim jest posiłek w knajpie, ale zazwyczaj gotujemy sobie posiłki na małym przenośnym palniku, zaś produkty nabywamy w supermarketach. Co nas dopinguje? Szaleństwo młodości, pasja i ciekawość świata. 

            W końcu: kiedy spełniać swoje marzenia, jak nie teraz?

            W 2010 r. ja i Rafał zorganizowaliśmy wspólną, 17-dniową wyprawę do Danii. Skąd pomysł? To mój sentyment do surowych północnych krajobrazów, ciszy, nieskażonej przyrody i wikińskich sag zadecydował o obraniu tego kierunku. Przez ok. 2 tygodnie udało nam się objechać  całe państwo i zwiedzić kilka interesujących miejsc. Tylko kilka, bo choć kraj jest nieduży i wydawałoby się, że z łatwością można poznać go na wskroś – okazał się nafaszerowany ciekawostkami. 

            Na wyprawę przeznaczyliśmy 3 tygodnie, zakładając, że przejazd autostopem zajmie nam ok. 6 dni w obie strony. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy okazało się, że już po 24 godzinach byliśmy niecałe 100 km od Kopenhagi! Z Mazur wyruszyliśmy o 8 rano, bo wczesne wstawanie nie jest, niestety, moją mocną stroną, tymczasem już o świcie mogliśmy usłyszeć: God morgen! Wszystko dzięki kierowcy, który poprzedniego wieczora zabrał nas swoją ciężarówką w siną dal i kiedy dotarł do celu o 3 nocy, pozwolił nam przeczekać na jednym z łóżek do rozsądniejszej pory. Ciasno było niemożliwie, ale przecież... darowanemu nie zagląda się w zęby... Po południu byliśmy w stolicy.

            Na pierwsze 2 noce zakwaterowaliśmy się na miejskim campingu, płacąc prawie po 40 zł za noc w szarpanym przez wiatr namiocie. Dania na przełomie sierpnia i września powitała nas rześkim i bardzo ruchliwym powietrzem. Pogoda nie oszczędzała nas ani odrobinę. Dla zaoszczędzenia gotówki, ostatnią noc zdecydowaliśmy się spędzić w przyległym do pola namiotowego parku, w którym w dodatku zauważyliśmy oficjalną tablicę zezwalającą na biwakowanie i spokojny sen. Nie obawialiśmy się niczego a nasze bezpieczeństwo nie wydawało się być zagrożone. Północ Europy do tej pory jawiła się w mojej głowie jako miejsce wolne od złodziejaszków i bandytyzmu. Rozstawiliśmy namiot pod drzewkami, zaś sami zorganizowaliśmy sobie piknik w sporej, drewnianej łodzi rzuconej na bezkresną taflę piaskownicy...

           W dzień zwiedzaliśmy intensywnie. Sama Kopenhaga okazała się typowy, skandynawskim miastem. Była czysta, zadbana i nowoczesna, ale z nutką historii przebijającą się pomiędzy współczesnymi rozwiązaniami architektury. Jest tam interesujący ogród botaniczny (przy ul. Øster Farimagsgade 2 B), ogromne Muzeum Narodowe (przy ul. Ny Vesterade 10), w pałacu z połowy XVIII w., na którego ekspresowe zwiedzenie ledwo wystarcza jeden dzień a także klimatyczna uliczka Nyhavn – Nowy Port,  ciągnąca się wzdłuż kanału zapełnionego licznymi jachtami, łódkami i kutrami. Niektóre z nich są zresztą bardzo efektowne, stylizowane na starodawne żaglowce i aż się proszą o sfotografowanie. Przy nadbrzeżu podziwiać można też zabytkowe, pomalowane na jaskrawe kolory kamienice, w których mieszczą się knajpki i sklepiki. Ciekawostką może być fakt, że w domach z nr 18, 20 i 67 mieszkał kiedyś Hans Christian Andersen, znany nam zapewne z dzieciństwa. Wcześniej port ten był siedzibą głównie rybaków i marynarzy, dopiero w ostatnich latach stał się prawdziwą mekką dla turystów odwiedzających stolicę Danii. 

 

      Prawdziwą perełką miasta jest jednak tzw. wolna dzielnica – Christiania.  Jej obszar stanowią ok. 40-hektarowe dawne koszary, do teraz jeszcze otoczone murem. Ok. 30 lat temu zostały one  zaadaptowane przez hippisów, poszukiwaczy przygód i wolności a także różnego rodzaju narkomanów czy bezdomnych. 24.09.1971 r. proklamowano tzw. „wolne miasto” a wszystkie próby przywrócenia tu porządku nie powiodły. Mieszkańcy nie płacą podatków ani rachunków i organizują własne szkoły dla dzieci. Na tym terenie można bez problemu kupić marihuanę i inne używki, jednakże nie wolno niczego fotografować o czym przypominają umieszczone na każdym kroku ogromne znaki z przekreślonym aparatem. Lepiej uszanować te nakazy dla własnego bezpieczeństwa. Podobno też odradza się eksponowanie tu drogich przedmiotów, a portfele i aparty lepiej trzymać schowane w bezpiecznym miejscu. Mimo to, warto tu zawitać choćby po to, by poobserwować inny styl życia, występy artystyczne czy architekturę. Zwracają uwagę wymyślnie zdobione budynki, niektóre pokryte fantastycznymi malowidłami, wielobarwne, oryginalne i z całą pewnością piękne. 

* * * 

     Po 3 dniach włóczęgi, opuściliśmy Kopenhagę niechętnie, ale Roskilde wynagrodziło nam naszą tęsknotę. Miejscowość ta była niegdyś pierwszą stolicą Danii. Tu mieści się dawny pałac królewski z XVIII w. oraz wspaniała gotycka katedra – Domkirke – miejsce pochówku najstarszych władców takich jak Harald Sinozęby czy Sven Widłobrody. Tu także zwiedzić możemy Muzeum Łodzi Wikińskich i zobaczyć oryginalne zachowane wikińskie zabytki - prawdziwa gratka dla koneserów historii wczesnego średniowiecza. Wstęp co prawda swoje kosztuje (ok. 50 zł bilet ulgowy i ok. 100 cały), ale wrażenia są niesamowite. Wewnątrz budynku wyeksponowano 5 zachowanych łodzi, opisano styl życia dawnych mieszkańców tych terenów  i dla lepszego wyobrażenia zrekonstruowano niektóre z omawianych przedmiotów.








    Rozstawiliśmy namiot w parku. Wieczorem ugotowaliśmy sobie kolację na małym palniku i półlitrowej butelce gazu. Podkarmiając kwaczące dookoła kaczki wdychaliśmy rześkie powietrze. Wieczór był chłodny, ale za to nie dokuczały nam komary. Zawsze to jakiś plus. Śpimy w samym centrum miasta, ale park to chyba i tak mniej przerażająca opcja, niż mały, opuszczony kościółek wokół którego przed wielu laty wykopano kilkadziesiąt grobów. Rafał miał rację, żeby w nim nie zostawać. Niby to dach nad głową i lepsza ochrona przed deszczem, ale kto wie, czy duchy by się nie pogniewały za domniemaną profanację. Co prawda intencje mieliśmy dobre, ale - duchy to duchy i nie ma co z nimi zadzierać. Już na pewno nie w środku nocy. W samym parku po zmroku było wystarczająco strasznie.


       Rano spostrzegliśmy, a raczej - najpierw usłyszeliśmy, że wokół naszego schronienia w najlepsze odbywa się lekcja wf. Wychodzimy, czeszemy się, przecierając oczy i z niepewnością spoglądamy dookoła. Po chwili oporządzamy obozowisko i witamy się z mieszkańcami, którzy radośnie wołają do nas: God morgen!

       Wyjeżdżamy na południe. Noc spędzamy w środku wielkiego lasu, nad malutkim jeziorem. Tam zostawiamy namiot na kolejne dwa dni i mimo, że od czasu do czasu ktoś tamtędy przechodzi – nic nie ginie. Z tej bazy wypadowej ruszamy odwiedzić Lejre – gigantyczny i arcyciekawy skansen, dzięki któremu udajemy się w całodzienną wycieczkę przez minione tysiąclecia. Jest tu naprawdę wiele do zobaczenia, począwszy od jaskiń ludzi pierwotnych, poprzez rekonstrukcje osady wikińskiej, skończywszy na gospodarstwach XIX-wiecznych. Cała masa atrakcji i ogromna dawka wiedzy, w dodatku zaserwowana wraz z ogromną dawką pięknych krajobrazów, dobrej pogody i świeżego powietrza. 



      Wieczorem, gdy przybywamy do obozowiska spotykamy w nim 2 Duńczyków i Kirgiza. Śpiewają, grają i szykują się snu nieopodal. Wspólnie rozpalamy ognisko, pijemy herbatę z igłami sosny i świeżymi jeżynami i dzielimy się doświadczeniami z podróży. Zasypiamy późną nocą radośni i zrelaksowani.

    W kolejne dni gościmy na wyspie Møn, gdzie w Rezerwacie Natury podziwiać można śnieżnobiałe wapienne klify – dumę tego regionu. Dzień spędzamy włócząc się po okolicy, eksplorując przepiękny, rozległy las i starając się dotrzeć jak najdalej wzdłuż wybrzeża. Głowę do poduszki przykładamy w specjalnej wiacie dla podróżników, która wraz z trzema innymi ustawiona jest w samym środku dziczy. O takiej możliwości obozowania dowiedzieliśmy się od Dunki, która pewnego dnia podwoziła nas tam, po wcześniej wypitej wspólnie herbatce (i zjedzonym przez nas do ostatniej okruszyny orzechowym chlebie - cóż, głodnego wszak należy nakarmić ;)). 
       

    Jak to bywa w skandynawskich krajach, teren jest czysty, zadbany i w pełni dostosowany do użytku. Przygotowano nawet 5 miejsc na ogniska (po jednym dla każdej wiaty i jedno duże na środku), każde z rusztem, na którym wygodnie można przyrządzać potrawy. Na naszym "stole" króluje złocista pieczona kukurydza, hit sezonu, który towarzyszył nam nieustannie podczas całej podróży. Akompaniują jej: chleb, ser, prażona cebula i papryczki jalapenos (już może niekoniecznie w klimacie ;)).


    Tu, na południu Danii autostopuje się bardzo łatwo. Problemy pojawiają się dopiero, gdy próbujemy dotrzeć na północ, a przecież zależy nam na odwiedzeniu Skagen. Zdarza się, że stoimy długo, kilka godzin, i żaden ratunek nie nadchodzi. Jesteśmy zmuszeni przenocować pod Aarhus. Na miejsce campingowe wybieramy polną drogę. Jest trochę nierówno, ale kto by narzekał! Jesteśmy zbyt zmęczeni, żeby szukać czegoś lepszego. Zresztą - nie bardzo mamy gdzie. Nad ranem tylko jesteśmy lekko zaskoczeni, kiedy słyszymy zbliżające się kroki, a ich wykonawcami są dwaj mężczyźni ze... strzelbami! Idą w naszą stronę, a pierwsze co rzuca się w oczy, to właśnie ogromne pukawki. Mierzę ich zaspanym wzrokiem, rzuconym z ledwo wychylonej z namiotu głowy i pytam z głupia frant, w czym mogłabym pomoc.  To właściciele terenu... Są co najmniej zaskoczeni naszą obecnością i nie wiedzą, jak się do niej odnieść. Na szczęście po krótkiej rozmowie przyjmują wyjaśnienia, że w pobliżu to miejsce wydawało nam się najlepsze na nocleg, po czym życzą nam miłego dnia i proszą tylko o zabranie ewentualnych śmieci ze sobą. 

         Ruszamy dalej. Przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów do następnego miasta. Chciałam odwiedzić lunapark, ale ledwie nasz kierowca odjechał spod bram, okazało się, że ostatnim dniem tego roku, w który park rozrywki był otwarty... było wczoraj. Zapowiada się ciężki dzień. Jesteśmy na samym początku miasta a do wylotówki mamy ładnych kilka kilometrów. Nim tam dotarliśy, minęło kilka godzin, ciężar plecaków porządnie dał nam się we znaki i zgłodnieliśmy diabelnie. Tymczasem nikt nie chce nas zabrać dalej. Kwitniemy w Aalborg i chyba nawet zaczynamy już zapuszczać korzenie… 



         Nie ma jednak tego złego! Nasze trudy zostają nagrodzone. Zatrzymuje się przy nas kobieta i po dosłownie kilku chwilach proponuje nam odwiedziny w jej domu: co prawda trochę poza trasą, ale jeśli mamy ochotę… Mamy. Helle wraz ze swym partnerem udostępniają nam pokój córki, urządzają porządną kolację z grillem (dla mojego wegetariańskiego podniebienia – grecki ser z rusztu) i napitkami oraz zapewniają przemiłe towarzystwo na cały wieczór. Na drugi dzień nasza znajoma wyposaża nas w prowiant, odstawia na dogodną wylotówkę, żebyśmy mogli szybko dotrzeć na północ i każe odezwać się, gdy wrócimy do Polski. Kontakt mamy do dziś. 

        Skagen jest nieco melancholijne, ale zarazem pełne pewnej wzniosłości i powagi. Koniec Danii, wybrzeże w którym zlewa się ze sobą Morze Północne z Morzem Bałtyckim wywołuje w nas chwilę zadumy. Szum uderzających fal, nadciągające szare chmury i piski mew skłaniają do refleksji. Jest – magicznie. 

 
            Znów śpimy w wiatach leśnych. Spotykamy Holendrów, którzy objeżdżają Danię rowerami. Wspólnie spożywamy posiłek a potem poddajemy się nocy. Następnego dnia udajemy się jeszcze na długi spacer do słynnego zasypanego kościoła św. Wawrzyńca. Pierwsza pisana wzmianka o nim pochodzi aż z XIV w.! Budynek ten od wieków atakowany przez przemieszczające się wydmy utrzymał się na powierzchni tylko dzięki działalności ludzkiej. To dawni wierni ocalili go od zapomnienia. Dziś nie stanowi już miejsca kultu. Przyciąga turystów, którzy chcą zobaczyć na własne oczy zakopaną po pas historię. 




            To jednak tylko jedno z wielu niesamowitych miejsc. Innych, równie ciekawych, o których nawet nam się nie śniło, jest w Danii wiele. Jeszcze więcej specyficznej skandynawskiej aury. Można tu odpocząć na łonie natury i obcować z kulturą, spać „na dziko”, a za chwilę zwiedzać wspaniale wyposażone muzea i skanseny, oderwać się od zgiełku miasta i jednocześnie podziwiać ciekawą architekturę. Wcale nie trzeba wydawać fortuny. Jeśli tylko jesteśmy gotowi na odrobinę poświęcenia w imię pasji, możemy osiągnąć wszystko i wszystko zobaczyć. Udowodniłam to sobie i mam nadzieje, że i Wam, spędzając tam prawie 3 tygodnie za niemal 1/3 minimalnego budżetu przeciętnego turysty.






Co prawda to już się pojawiło, jakiś rok temu, ale dla leniwych, którym nie chce się szukać, zamieszczam jeszcze raz :-) : 


KOSZTORYS. Przełom sierpnia i września 2010 r. Dania 17 dni
(1 dzień - dojazd, 3 dni - powrót) 
Kopenhaga, Roskilde, Lejre, Wyspa Mon, Skagen

Przejazd: 
0 zł – Autostop (z Mazur do Kopenhagi ok. 27 godzin, powrót – ok. 3 dni)
70 zł – bilet na komunikację miejską w Kopenhadze (w cenie 10 godzinnych przejazdów – niestety tańszej opcji nie było)

Noclegi:
Ok. 70 zł - 2 noce (2x35) na campingu w Kopenhadze
0 zł – pozostałe:
·         TIR, którym jechaliśmy,
·         park tuż obok campingu,
·         park miejski w Roskilde [2 noce],
·         rezerwat przyrody na wyspie Mon [2 noce] w specjalnie przygotowanych, darmowych backpackerskich wiatach w środku lasu,
·         las k. Lejre [2 noce],
·         wiaty k. Skagen [2 noce],
·         dom Dunki, która zaproponowała nam nocleg,
·         „na dziko” z namiotem nieopodal autostrad w Niemczech [2 noce],
·         ”na dziko” już w Polsce.

Pozostałe:
40 zł wstęp do muzeum wikińskiego w Roskilde (zniżka studencka),
40 zł wstęp do skansenu w Lejre (zniżka studencka),
ok. 50 zł na pozostałe wstępy (, Domkirke, Ogród Botaniczny, Ripley’s – Believe it Or not, Muzeum Narodowe [darmowe])
ok. 330 zł – posiłki – gotowane na własnym palniku lub pieczone na ogniskach (wszędzie pełno przystosowanych miejsc na zrobienei ogniska), kupowane w supermarkecie. 2 razy posiłek w pizzerii: 0,5 l coca-coli – 20 zł, średnia pizza dla 1 os. – ok. 40 zł.
CAŁKOWITY KOSZT:
ok. 600 ZŁ