Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociąg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pociąg. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 lutego 2018

Machu Picchu - jak dojechać? Czyli, że bilet do Peru, to jeszcze nie wszystko!

Chciałam zacząć tę notkę tytułem:  Machu Picchu, czyli, jak zepsuć cud zmieniając go w turystyczną latrynę... :o Przemyślałam jednak i... nie. Zmieniłam zdanie. Co prawda tłumu i całego związanego z tym turystycznego piernicznika było stanowczo za dużo, ale jeśliby to odstraszało i odwodziło od zobaczenia jednego z 'Nowych Cudów Świata', to jednak byłoby szkoda.

Pójść/ pojechać - warto i trzeba. Bardzo warto i bardzo trzeba nawet. Po prostu - zaciśnijcie zęby i udawajcie, że tych wszytskich ludzi tam... NIE MA!




Maćku to główna atrakcja Peru, nie ma co się spierać. A skoro coś jest główną atrakcją - służy do... zbijania forsy (tu też nie ma co się spierać). Z tego też powodu, ani cena biletu , ani koszta związane z dotarciem na miejsce nie są niskie. No, ale czego się nie robi, żeby spełniać marzenia? Przecież trzeba odhaczyć tę pozycję na liście "Rzeczy do zrobienia przed śmiercią".

Jak to jednak zrobić?
No właśnie. Tu zaczynają się schody... (w dosłowni i przenośni). Do inkaskiego dziedzictwa można dotrzeć super drogim pociągiem, albo na piechotę. Innej drogi... NIE MA.

Sposób 1
------------

Inka Trail. 4-5-dniowy trekking po Andach. Cud - marzenie każdego odkrywcy, którego los obdarował nadwyżką gotówki. Trekking rozpoczynamy na 82, lub 88 kilometrze od Cusco w stronę Aguas Calientes. W pewnym momencie pociąg zatrzymuje się się w 'Niczym', a my wysiadamy i ruszamy ostro pod górę, w wilgotne jeszcze od porannej rosy gęstwiny dżungli.

Droga wiedzie prawdziwym inkaskim szlakiem utworzonym przed kilkuset laty. Trzeba tu jednak wykazać się nie lada kondycją, ze względu na przerzedzone  na takiej wysokości powietrze i niezliczoną ilość kamiennych schodków. Z drugiej strony, widoki i satysfakcja - gwarantowane. Po drodze mija się kilka mniej znanych, ale równie interesujących ruin. Owe interesują jednak, pod warunkiem, że akurat nie rzygamy, albo nie słaniamy się na nogach. Nie pomaga w podziwianiu krajobrazow osłabienie, ból głowy i nieodparte przekonanie, że w tym momencie zwedzanie może być ostatnią rzeczą, na jaką mamy ochotę (zaraz po... rzyganiu, spaniu i odrąbaniu sobie bolącej głowy).
Trasa jest  jednak spektakularna (z pewnością spodoba się tym, którzy z wysokością i wysiłkem radzą sobie lepiej). Uważa się ją za jedną z piękniejszych tras górskich. Niemożliwe jest jednak zwiedzanie jej samodzielnie, bez przewodnika. Nie ma co się dziwić - biznes, jest biznes, każdy chce zarobić.
Niestety - nie każdy będzie mógł sobie na nią pozwolić. 400-600 dolarów za kilkudniową wyczieczkę, nawet przy uwzględnieniu wszystkich walorów wizualno-edukacyjnych to nielada wyzwanie. Co prawda, w cenę wliczone są już bilety wstępu do samego Machu, ale koniec koncow - niewiele to zmienia.

Sposób 2
------------

Inka Jungle Trek. 2-dniowy trekking po dżungli, połączony z aktywnościami sportowymi w stylu zjazdów na linie, czy przepraw przez rzeki. Prowadzi przez Hidroelectricę, z której do Aguas Calientes już tylko 11 kilometrów (2 godzinki marszu). Potem trzeba jeszcze tylko wspiąć się na górę po kilkuset stopniach i po kolejnej 1.5 godzinki jest się na miejscu. 

Koszt, ok. 150 dolarów, w zależności od firmy prowadzącej. 

Po kilkugodzinnym zwiedzaniu Machu, czeka nas jeszcze zejście po tym samym milionie stopni na dół i nocleg, albo powrót piechotką do miejsca startu.

Sposób 3 
------------ 

Dojechać do Hidroelektrici możemy również na własną rękę. Stamtąd też możemy iść sami. Nie ma w tym zbędnej filozofii, poza tym, że chodzenie bezpośrednio po torach jest zabronione przez prawo. Lepiej trzymać się pobocza, nie tylko ze względu na bezpieczeństwo portfela, ale także swoje. Uważać należy również na komary i muszki, które na tej wysokości tną, jak porąbane. W przypadku amazońskich krwiopijców świetnie sprawdza się środek z dużą zawartością DEET (najlepiej 50%), ale należy pamiętać, aby wiedzionym entuzjazmem nie nadużywać go na polskich Mazurach, bo  nie jest zbyt bezpieczny dla skóry.
Sprej na insekty to jedno, ale jeśli naprawdę wybieracie się do dżungli na dłużej niż kilka minut, koniecznie zadbajcie o to, by maksymalnie około miesiąc przez wizytą  zaszczepić się na żółtą febrę. Peru należy do krajów ryzyka (co prawda nie aż tak dużego, jak środkowa Afryka, ale jednak), a choroba jest wyjątkowo nieprzyjemna. Lepiej  zapłacić stówkę, czy dwie, niż potem oglądać się na każego komara w delirce przerażenia. A może to ten?! 

Droga przez Hidroelectricę jest dość czasochłonna i wymaga około 2-3 dni (żeby obrócić w obie strony). Jest najtańsza (musimy kupić tylko bilet do Santa Teresaa, a potem to już pozostaje nam tylko siła własnych nóżek), ale musimy pamiętać o zaopatrzeniu na drogę i sprzęcie do spania. Z niebezpieczeństw, oprócz wszechobecnych insektów spragnionych naszej juchy, musimy uważać na kursujące ciągle po tej trasie pociągi. Na prostej drodze nic nas raczej nie potrąci, ale trzeba wiedziec, ze droga ta wiedzie przez tunele. A skoro to droga dla pociągów, to nie bardzo zaopatrzono ją w pobocza. Po przeczytaniu relacji jednej osoby, jak to z wielkim plecakiem gnała przez taki tunel, ścigana przez nadjeżdżającą, rozpędzoną lokomotywę... zrezygnowałam z tego brawurowego pomysłu. Oczywiście - co kto lubi. Ja niezczególnie przepadam za adrenaliną. 

A i jeszcze - po zwiedzeniu Machu, trzeba jakoś zejść na dół i albo (j. w.) spać w Aguas, które jest dość drogie (nieliczne hotele zaczynają swój cennik od 100 zł +), a jedzenie pozostawia wiele do życzenia (zarówno pod względem cen, jak i wyglądu; nie wiem, nie odważyłam się spróbować), albo iść z powrotem 11 km do Hydro I Santa Teresa... 

Sposób 4
-----------
Pociąg. Są dwa do wyboru. Peru Rail i Inka Rail. Oba horendalnie drogie, ale i tak tańsze, niż Inka Trail, oraz szybsze, niż wycieczka przez elektrownię. Można jechać z Cusco, jakieś 1.5 godziny za około 100-150 dolarów (w jedną stronę), albo z Ollantaytambo, 40 min., ok 70 dolarów. 

Ceny są sztucznie zawyżone (oczywiście!), a podaję i tak te najbardziej przystępne. Dla szczególnie wygodnickich utworzono jeszcze klasy premium, w których za "niewielką dopłatą rzędu kilkudziesięciu dolców dostaniemy dodatkowe ciastko, butelkę coli, albo nieco wygodniejszy fotel. Śmiesznostka? A jednak są ludzie, którzy za takie bzdury gotowi są zapłacić! 

Do brzegu. Ceny są zawyżone, bo? Bo... mogą! Najprostsze wytłumaczenie. Dalej szukać nie trzeba. Skoro, jak juz sobie powiedzielismy, innej drogi NIE MA, to na tej, która jest, można robić, co się chce. Obowiązują tu więc takie prawa i nikomu nic do tego. Nie podoba się, to nie jedź, proste. 

Na otarcie łez tych najbardziej oszczędnych, pociągi rzekomo są chociaż luksusowe. To tak, żeby mniej smutno było rozstać się z Zygmuntem I Starym. Nic bardziej mylnego. Niby na zdjęciach (i w opisie) wszystko pięknie i ładnie, a człowiek nastawia się na przejażdżkę niemalże Orient Expressem, tymczasem na stację podjeżdża zwykły skład, podobny do naszego kurnika  z PKP. Owszem, wstawiono w nim sufitowe okna, wymieniono fotele, dodano niepotrzebne stoły, które tylko bezsensownie zajmują miejsce (kto nie wytrzyma 30-90 minut bez stołu?!), oklejono ściany i zapuszczono jakiś odświeżacz powietrza, ale to ciągle ten sam stary, poczciwy pociąg, który doskonale znamy. Ok. W tle leci delikatna, inkaska muzyczka, a pani stewardessa  (zespół obsługi do każdego wagonu na pewno wcale nie podnosi niepotrzebnie kosztów) rozdaje kawę/herbatę/soczek (sztuk:1, żeby ci się przypadkiem za dużo nie zwróciło za bilet). Niby miło, ale czy naprawdę warte to 70 dolarów? 

Dla mnie nie. W środku czuję się, jak idiotka. Jak turystka z Hameryki, która wg tubylców nie potrafi się obejść bez obsługi i luksusu. Której trzeba nadskakiwać, kłaniać się w pas i podprowadzić za rączkę do drzwi, kiedy wypadnie nasz przystanek. A może raczej, jak durny portfel na nóżkach, który można wedle ochoty oskubać? Nie jest mi wcale komfortowo, nawet mimo wygodnych siedzeń. Wszak do poczucia komfortu potrzeba spokoju ducha, a ja... ja nie chcę być portfelem. 

Nie lubię wywalać forsy na niepotrzebne zbytki. Moi przyjaciele doskonale o tym wiedzą. Nie, nie jestem skąpa, nie żywię się chlebem i wodą (chociaż zdarzają się w mojej szafie ciuchy pamiętające moje liceum), ale nie mam potrzebny nadpłacać za hotele/taksówki czy drinki w ekskluzywnych pubach. Zdecydowanie bardziej wolę też (zwłaszcza na krótkie trasy, które nie wymagają ciszy do spania) jeździć z lokalnym folklorem i płacić odpowiednie dla lokalsów ceny. Skoro wcześniej za 40-minutowy przejazd autobusem płaciłam dolara, a teraz muszę wyłożyć 70, to sami możecie sobie wyobrazić, jaka to dla mnie nieprzyjemna różnica. 

Jak odległość tę przebywają Peruwiańczycy pracujący w rejonie Machu, skoro innej drogi nie ma? Czy też płacą tę zabójczą sumę? Nie. Widzieliśmy na własne oczy normalne, TANIE pociągi. One istnieją naprawdę i jeżdżą nimi tłumy. Warunki podobne, jak w naszych polskich PKP (czyli wcale niewiele gorsze, niż to, co nam zafundowano). Czemu więc nie pojechaliśmy tak samo? Proste: bilety na takie linie można kupić tylko za okazaniem dowodu rezydowania w regionie. Jak jesteś turystą, musisz płacić tyle, co inni turyści. Szkoda, że nikt nie przewidział, że turyści też pochodzą z różnych części świata i te chore ceny mogą znacznie nadwyrężyć ich  budżet. 

W końcu... nie każdy jest nadętym bufonem, albo idiotą ignorantem, żeby przepłacać takie pieniądze za coś, co ani tego nie wymaga, ani nie jest tego warte. 

***

Aha. W przypadku sposobu 2, 3 i 4, zaraz po przybyciu do Aguas Calientes przygoda wcale się nie kończy. Trzeba jeszcze wdrapać się na górę, pod dość stromą ścianę. Ok. 400 metrów wyżej. 

I znów, mamy dwa wyjścia do wyboru: 

1. Wjechać busem, jak 99% ludzi. Za 20-minutową podróż zakosami na 2400 m. zapłacimy ok. 12 $. Dla nas był to szczyt wszystkiego, więc olaliśmy to dodatkowe zdzierstwo, poświęcając tym samym szansę na dotarcie do miasta przed 9 rano, kiedy to turystów rzekomo mniej (biorąc pod uwagę, ile osób prosto z pociągu wyładowało się na peronie i ruszyło, na łeb na szyję do autobusów - niewielka różnica).

https://www.ticketmachupicchu.com/buy-bus-tickets-aguas-calientes-machu-picchu/

2. Wspinaczka. 400 metrów, ok. 1.5 godziny. Całkiem przyjemna wędrówka, choć dość męcząca i wprawiająca serce w takie tętno, że zawał niedaleko. Wbrew pozorom, idzie się jednak całkiem przyjemni i sprawnie. Czas mija szybko (tym bardziej, że można iść ścieżką pod górę, omijając asfaltowe zakręty). Zejście zajmuje około godziny, ale to w zależności od Waszego zmęczenia, bo schodów dużo, a uda trzęsą się, jak szalone (i nawet Chodakowska mnie nie uchroniła). 

***







Nie warto zabierać ze sobą za dużo ciuchów. My wzięliśmy po dwie bluzy, bo z Ollantaytambo wyjeżdżaliśmy około 6 rano i było jeszcze pieruńsko zimno, jednak już w Aguas upchnęliśmy polary do plecaków i wyciągnęliśmy je dopiero wieczorem, znów na stacji. Jak mówią przewodniki, na Machu jest albo żar nie w swój duch, albo mega ulewa - warto mieć coś od deszczu, ale (uwierzcie) wspinać się łatwiej, jak nie ciążą nam aż dwie grubaśne dodatkowe warstwy w plecaku. 

***

Bilet do Machu kosztuje: 70 $. 
Można go kupić tu: https://www.ticketmachupicchu.com/
Lepiej go sobie zarezerwować odpowiednio wcześniej, bo dziennie wpuszcza się tam tylko 2400 ludzi. Tym bardziej koniecznie rezerwujcie wcześniej, jeśli macie ochotę i plany wdrapać się na którąś z sąsiednich gór (bilety odpowiednio droższe). 




wtorek, 16 października 2012

"One minute, ten minute" - czyli - jak podróżować po Jordanii i dotrzeć do celu. Jordański transport: busy i taxi.

     Kontynuując cykl transportowy, skupię się tym razem na bardzo ciekawym pod tym względem krajem, jakim jest Jordania. O dobre połączenie międzymiastowe trudno tu niemal jak o niepogodę. Podczas spędzania 2 wrześniowych tygodni przez cały czas, mierzyłam się ze specyficznym systemem komunikacyjnym… a może raczej z jego poważnymi brakami? Śmiem nawet pokusić się o stwierdzenie, że obok Petry, Morza Martwego i śmierdzącego dymu papierosów, kulawa komunikacja miejska jest doskonale obrazującym symbolem tego państwa.

Początek jordańskiej przygody - b. tania, b. nieczytelna pepsi :p
     
 Ten niewielki kraj, położony jakże uroczo pomiędzy Arabią Saudyjską, Irakiem, Izraelem i Syrią, wydawał się doskonałym celem na tak krótki pobyt. Byłyśmy pewne, że uda nam się go zjeździć wzdłuż i wszerz 5 razy, bo przecież największa odległość wynosi ok. 300 km. Mylne nadzieje prysły dość szybko, ale o tym za chwilę. Plan był taki: Przylatujemy do Ammanu, zjeżdżamy na sam dół do Aqaby i wracając po kawałku, zwiedzamy kolejne miejscowości. Wszystko zapowiadało się świetnie. Zapowiadało…

 Pierwsza tura: dojazd do Aqaby.

            Prywatny Jett Bus (z dworca autobusowego Jett*) za 8 JD (1 euro = 0.92 JD) do Aqaby, 4 godziny (można było skorzystać z busa lokalnego, za 6 JD, 5 godz., ale gorąco skłoniło nas do wyboru pojazdu z zapowiadaną klimatyzacją (działała, jak to w krajach arabskich – na słowo honoru :p). 

Widok na drogę z Ammanu do Aqaby. Zdjęcie przez szybę autobusu.

 
I tak przez caaaaaaaaałą drogę.



            Tura druga: dojazd do Petry. 

           Aqaba – Petra: lokalny bus 5 JD, lub Aqaba – Ma’an: bus 2 JD, Ma’an – Petra 1 JD. 
 
Może zdarzyć się i tak, że do Ma’anu (czy gdziekolwiek indziej) dotrzemy po 17:00 (co w opinii większości ludzi jest jeszcze zupełnie normalną porą, a kiedy to ruch wszelki w Jordanii zamiera, albo zamierać zaczyna) – wtedy bardzo możliwe, że będziemy zmuszeni wziąć taksówkę, albo przenocować na miejscu. Taxi z Ma’anu do P. kosztuje ok. 10 JD, w zależności od umiejętności targowania. My obniżyłyśmy cenę z 12 do 8

            Tura trzecia: próba dotarcia z Petry do Karaku. 

Zakończyła się niepowodzeniem i ostatecznie utwierdziła nas w przekonaniu, że plan początkowy musi zostać zmodyfikowany. Uświadomiłyśmy sobie, że bliskie odległości wcale nie muszą oznaczać szybkiego przemieszczania się, ani nawet istnienia połączeń autobusowych (kolei w Jordanii nie ma). To, że coś jest oddalone od nas zaledwie o 70 km, wcale nie musi oznaczać, że zaraz trzeba tam jechać! Tak było i z Karakiem. Podobno istniał jakiś bus, który dwa razy w tygodniu, nie wiadomo o której i kiedy, jechał w tym kierunku, ale – istniał on w sferze „moż’ów” i „chyb’ów”, a więc realnie – nie istniał wcale. Nawet hotelarz nie mógł nam udzielić żadnej wskazówki.
Poszłyśmy więc na dworzec, łudząc się, że trafimy na ów bus–widmo, ale jednocześnie licząc się z tym, że w takiej sytuacji będziemy musiały wrócić się do Ammanu i stamtąd atakować okoliczne miejsca. Skończyło się na drugiej opcji. Bus być może i stał na dworcu, bo ktoś zapytał czy przypadkiem nie jedziemy do K., ale prawdopodobnie na staniu się skończyło, bo…

  

BUSY

 
busy w Jordanii, choć nie są prywatne, odjeżdżają dopiero wtedy, gdy są zapełnione (najlepiej w 100%). Wiąże się to z niekończącym się oczekiwaniem na pozostałych pasażerów czasem godzinę, czasem nawet 2 (albo aż do skutku). W przypadku mniej popularnych tras możemy tak tkwić wieczność, wpatrując się tępo w szybę a ostatecznie po prostu wysiąść, bo: kierowca nigdzie nie pojedzie, jeśli nie zebrał się komplet chętnych.
Tamten bus do Karaku nie był wcale oblegany, dlatego postanowiłyśmy zrezygnować i wybrać ten drugi, do stolicy. Na stanowisku pojawiłyśmy się ok. 10:00. Odjechałyśmy po 11:30… Nie muszę chyba dodawać, jak uciążliwy jest to system dla Europejczyka, który przyzwyczajony jest do ustalonych rozkładów jazdy i który zdecydowanie wolałby spędzić swój czas pykając w zamyśleniu shishę, albo zwiedzając miasto, zamiast siedzieć bezczynnie przed śmierdzącym samochodem i CZEKAĆ. W hałasie, kurzu, smrodzie dymu papierosowego (palą WSZYSCY i z całą pewnością nikt nie zamierza rzucić…) i spalin z silników. Czekanie jest jednak wliczone w cenę i należy się do niego przyzwyczaić. Nie uzyskamy bowiem jasnej odpowiedzi na pytanie: „kiedy startujemy?” Usłyszeć możemy jedynie: „one minute, ten minute”, co w sumie jest równoznaczne z: „kiedy pojedziemy, wtedy pojedziemy”… 

Jordański bus.


Przed zdecydowaniem się na dłuższą trasę powinniśmy też na początku ustalić z kierowcą cenę, licząc się z tym, że i tak, jako turyści prawdopodobnie zapłacimy więcej niż powinniśmy. Nie gódźmy się na: „how much you want”, bo to się nigdy tak nie skończy, ale od razu zawierajmy słowną umowę. Nie dajmy się także nabrać na dopłaty za bagaż – jest to tylko próba wyłudzenia (pamiętajmy o tym, że jesteśmy dla kierowcy łakomym kąskiem, skoro już może więcej policzyć za bilet i nawet jeśli odmówimy opłaty za plecak, raczej nie wyrzuci nas z busa, bo musiałby zamienić nas na tubylca, który nie nabije mu kieszeni…). Bus z Petry do Ammanu kosztował nas po 5 JD.
Gigantycznym utrudnieniem dla turystów jest wspominany już fakt, że większość ruchu miejskiego zamiera, lub znacząco słabnie po 17:00. Oprócz busów (które oczywiście najpierw muszą się zapełnić…) na krótkie odcinki  czy autobusów na b. popularnych trasach (jak np. Madaba–Amman) nie mamy co liczyć na znalezienie czegokolwiek innego, dalej. Przez ten piękny zwyczaj o mało co nie utknęłyśmy pewnego dnia w Ma’an (w którym naprawdę nie warto utykać!) – tyle czasu w Aqabie czekałyśmy na wyruszenie, że do miejsca przesiadki dotarłyśmy o 17:15 (nieziemsko przecież późno!) i tylko po to, żeby dowiedzieć się, że: „no bus! No bus!”… stąd taxówka…

                                                                                                                    TAXI  


Z taksówkami też jest zresztą ciekawie, bo nie znam, póki co, drugiego takiego kraju, gdzie ludzie korzystają z nich tyle, co tu. Wynika to oczywiście z powyższego, bo jeśli nie ma szansy dojechać gdzieś NORMALNIE, trzeba to zrobić za duże pieniądze. W rzeczywistości zresztą wcale nie są aż tak duże, jak mogłyby się wydawać. O ile nie damy się oszukać i nie przyjmiemy pierwszej proponowanej nam stawki. Jako turyści, w dodatku białoskórzy, a więc od razu klasyfikowani, jako Francuzi (nie wiem dlaczego każdy białas musi odpowiadać na pytanie „ça va? a nie np. „kak dziela?”, „wie geht es?”,como esta?”… ale musi) – mamy w portfelach całe góry gotówki czekające tylko na wydanie, możemy zatem hojnie sponsorować arabski sektor usług. Możemy, o ile zaczniemy myśleć, jak człowiek z zachodu, dla którego 1 JD to jedno euro, a więc pi razy drzwi (proporcjonalnie do zarobków) 1 zł – nie ma więc o co ostrzyć kosy i walczyć o grosze. Kiedy jednak podejdziemy do tematu po polsku i każdy denar pomnożymy przez 5, przekonamy się, że rozmawiamy o kwotach 5 razy wyższych niż pierwotne i wówczas każda stargowana suma będzie na wagę złota (zupełnie, jak dla naszych „przeciwników” podczas targowania). Ponieważ podczas pobytu w Jordanii raczej nie uda nam się uniknąć choćby jednej przeprawy z kierowcą taksówki, warto pamiętać o kilku sprawach. Przede wszystkim: cenę ustalamy przed kursem i twardo się jej trzymamy. Przynajmniej 1-2 razy odmawiamy jazdy ze względu na zbyt wysoką cenę a w mgnieniu oka usłyszymy bardziej satysfakcjonującą. Konfrontujemy oferty raczej z aktualnym przewodnikiem niż z „wiarygodnymi” zapewnieniami właścicieli samochodów. Nie pokazujemy, jak bardzo zależy nam na dojechaniu WŁAŚNIE TAM, gdzie zawieźć nas może TYLKO taksówka (zawsze lepiej „zaszantażować”, że w sumie, to równie dobrze możemy się przenieść na dworzec i poszukać sobie jednak jakiegoś tańszego dojazdu…) – im bardziej jesteśmy zorientowani w mieście i świadomi, że zawsze jest jakieś wyjście, tym bardziej będziemy niezależni od wyniku targowania i łatwiej będzie nam zniżać cenę. Nieustępliwość też popłaca. Albo tupet – jadąc z Ammanu do Morza Martwego, stargowałyśmy cenę niższą od podanej w książce (3 lata temu!) tylko dlatego, że upierałam się określonej tam pewnej kwocie. Dopiero później zorientowałam się, że pomyliły mi się strony i cytowałam kierowcy cenę, za 2 razy bliższą trasę ;). 

B. głośny, zawsze zatłoczony Amman nocą.

Orientacyjne ceny przejazdów taxi: 

Amman – Amman Beach Morze Martwe (ok. 50-60 km) – ok. 14-16 JD
Lotnisko – Amman (ok. 40 km) – ok. 20 JD
Visitor’s Centre Petra – centrum Petry – 1 JD
South Beach Aqaba – centrum Aqaby (ok. 12 km) – ok. 5 JD
Madaba – Mt. Nebo (ok. 10 km) – 3 JD


To dopiero połowa. CDN.

Z serii: inne pojazdy :).
Zawsze też można podjechać gdzieś wielbłądem... ;) Aqaba.

 
Wielbłądy w Petrze.





* Schemat dworców ammańskich podam później, jako, że jego rozgryzienie zajęło mi kilka dni i z tego powodu tym bardziej uważam to zagadnienie za istotne.

wtorek, 18 września 2012

Pociągi w Indiach - fenomen sam w sobie.


         Witam Was bardzo serdecznie! 
      Dzisiejszą notkę poświęcam ponownie Indiom, wyłamując się z rozpoczętego cyklu o Macedonii. Zabieg ten jest konieczny, ponieważ dopiero wróciłam z Jordanii i potrzebuję trochę czasu na zregenerowanie sił i stworzenie nowych wpisów. Tymczasem mam nadzieję, że zainteresuje Was tekst o ... pociągach. Czytajcie :).




  
        Pociągowe zwyczaje hinduskie w porównaniu do naszych wydają się dość zabawne i czasem szokujące. Same wagony typowych nieluksusowych pociągów wyglądają podobnie do naszych, starych polskich wagonów, lekko pordzewiałych, brudnych, blaszanych. Takie same ogromne okna, które nie zawsze się otwierają i podobne wnętrza. Tylko szerokość i długość pojazdu jest nieco większa, bo i tory kolejowe rozstawione są szerzej i liczba wagonów wyższa, co daje czasem nawet 1 km długości. W przedziałach klas z klimatyzacją i miejscami sypialnymi (AC2, AC3) wymagana jest wcześniejsza rezerwacja* miejsc. Każde łóżko wyznaczone jest dla konkretnej osoby – listy pasażerów umieszczone są przy drzwiach wejściowych każdego wagonu, zaś przy imieniu i nazwisku widnieje dokładny „adres” miejscówki. Należy zawsze przybyć przynajmniej kilkanaście minut wcześniej, żeby mieć czas na znalezienie swojego przydziału. Może to być co najmniej męczące, gdy przyjdzie zmierzyć się z ogromnym, kilkusetmetrowym kolosem, ale przynajmniej wszystko jest precyzyjnie opisane, ustawione w kolejności tak, żeby przynajmniej było wiadomo, w którą stronę biec (z czym z kolei nie zawsze mamy do czynienia we własnym kraju…). Po „zakwaterowaniu” się na siedzeniach, jesteśmy co chwilę raczone propozycjami sprzedaży: a to soczków/ napojów gazowanych/ wody/ kawy/ herbaty a to ciastek/batoników/chipsów/ kanapek, a to zabaweczek/ krzyżówek/ gazetek/ gier… co chwilę przechodzi kolejna (albo w kółko ta sama) osoba (czasem wszyscy po kolei [a potem od nowa]) i pyta, zachęca, pokazuje, ogłasza… Jeśli pomyślałby ktoś, że zapomniał się w coś zaopatrzyć i będzie cierpiał męki pragnienia przez całą noc, to jest w błędzie. Zdąży odkupić i jeszcze pięć razy pożałować, że nie potrzebuje więcej, bo w końcu człowiek nabiera przeświadczenia, że jeśli w końcu coś kupi - farsa się skończy i wreszcie wszyscy przestaną chcieć go uczynić swoim klientem roku. Jeśli przybyliśmy wcześniej, niż to było konieczne (tak po prostu, dla bezpieczeństwa), doświadczamy wyżej opisanego aż do ostatniej minuty przed odjazdem. Następnie przychodzi kolej na konduktora, który z wielkim rejestrem przemierza wszystkie przedziały i sprawdza tożsamość podróżnych. Wymagane jest wówczas okazanie dokumentów i paszportu z ważną wizą. Dopiero po tym ceremoniale można odetchnąć i poczuć się pełnoprawnym i legalnym „gościem na pokładzie”. Wagony sypialne oddzielone są od reszty pociągu i niemożliwe jest przechodzenie pomiędzy poszczególnymi częściami pojazdu. Sam pociąg przy całonocnych, długich trasach zatrzymuje się niezwykle rzadko – co kilka godzin. Bywa, że przejazdom towarzyszą ogromne opóźnienia, często nawet kilkugodzinne, ale zdarza się także (tak jak w naszym przypadku), że docieramy do stacji szybciej, niż się tego spodziewaliśmy. Warto wtedy być gotowym trochę wcześniej („trochę” dla nas znaczyło: „godzinę”), obudzić się, wstać, spakować i śledzić przebieg podróży, bo przecież – jeśli nie zdążymy wysiąść – następna stacja trafi się dopiero za kilkaset km.


Lista z nazwiskami pasażerów.

Druga część załogi ;) - Aga na stacji kolejowej.

         Jeśli chodzi o wygląd takich wagonów, to składają się one z boksów, oddzielonych od siebie ściankami, ale niezamykanych na drzwi. Boksy te są odpowiednio, zależnie od rodzaju klas: 4–, 6–, 8–osobowe, przy czym w przypadku tych ostatnich układ jest następujący: w większej części „pomieszczenia” pod ścianami ustawione są dwie 3­­-piętrowe kuszetki, zaś na ścianie prostopadłej znajdują się jeszcze 2 łóżka. Obie części oddzielone są od siebie zasłonami, pomiędzy częściami przebiega korytarz, którym przechodzi się do wyjścia lub toalety pociągowej. Ponieważ nie ma tam żadnych zamykanych skrytek na bagaż, a torby i walizki trzymane są z reguły pod najniższą pryczą, niektórzy przymocowują je do metalowych uchwytów i rurek łańcuchami, i kłódkami. W przypadku, gdy ktoś, jak my, ma materiałowe plecaki a nie walizki na kółkach z twardych tworzyw – może mieć problem, bo przecież: cóż to za kłopot w przecięciu pasków. Jeśli ktoś jest odważny, ma tę pewność i mocne nerwy, że uda mu się smacznie zasnąć – może pozostawić swoje rzeczy razem z innymi i nie przejmować się za bardzo – w końcu szanse na kradzież przy tak rzadkim zatrzymywaniu się na stacjach i nieotwierających się oknach (klimatyzacja bądź wentylatory załatwiają sprawę) prawdopodobieństwo jest niewielkie. Kiedy jednak poobserwujemy „tubylców” (co jest najlepszą metodą na poznanie wszystkiego, począwszy od wybrania najlepszej jadłodajni, skończywszy na zasadach bezpieczeństwa na drodze), widzimy, że oni nie wahają się przed zakładaniem zabezpieczeń i zamykaniem na klucz swoich toreb. My bierzemy więc swoje (na szczęście jeszcze w połowie puste plecaki) na górę, pod głowę i śpimy, mając je po prostu w pobliżu. Na szczęście łóżka są na tyle długie i dość szerokie, że nie powoduje to niewygody. Tak jest przynajmniej w moim przypadku i wtedy w duchu dziękuję, że nie jestem zbyt wysoka.

         Klasa tzw. II tylko z nazwy kojarzy się z naszą, co mogłoby zmylić niektórych i skłonić do kupna biletów na dłuższą trasę. W rzeczywistości jednak wagony są wieloosobowe, nie mają żadnego podziału na mniejsze jednostki, zaś miejsca w nich są jedynie siedzące i twarde. Nie trzeba jednak rezerwować na nie miejscówek. Jakkolwiek w polskich warunkach można bez większych problemów spędzić noc w przedziałach II klasy, tak tutaj jest to, co najmniej niewygodne i, co najmniej, nie do końca bezpieczne. Na całonocną przejażdżkę dyskomfort nie wart jest ceny, bo przecież ceny biletów na przejazd sypialny dla ludzi z zachodu (nawet tego biedniejszego) są zupełnie akceptowalne. Najbardziej II klasa szokuje wyglądem zewnętrznym – okna sprawiają wrażenie, jakby nie miały szyb (a może nie mają?), zabezpieczają je jedynie poziome pręty żelazne w liczbie 3-4, które stanowią rodzaj zapory. Z otworów tych wyzierają na perony dziesiątki męskich głów, stłoczonych jedna przy drugiej w półmroku tak, że tylko oczy im się błyszczą od słońca.

          Oczywiście, zapewne warto spróbować wszystkiego, ale może przejażdżki w ciemnościach. W innych warunkach podróżowanie miejskimi, typowymi dla miejscowych, środkami transportu stanowi nie lada rozrywkę, tudzież ciekawe doświadczenie, które zapadnie w pamięć na długo. O tym jednak nieco później…


 

          Wracając do nietypowości zachowań, przyciąga uwagę zwłaszcza fakt, że Hindusi, w przeciwieństwie do nas, sprawiają wrażenie, jakby fakt spędzenia całego dnia w pociągu zupełnie nie stał na przeszkodzie dla odprawienia wszystkich, codziennych czynności. Zwłaszcza dobrze widać to na przykładzie spożywania przez nich posiłku. W tym momencie nasze skromne bułki z czymś w środku wypadły zdecydowanie blado, zaś napój w butelce, co najmniej nieelegancko... O jednej porze cała kilkuosobowa rodzina usiadła w jednym gronie, twarzami zwrócona do siebie, zaś kobiety zaczęły wydobywać z pakunków liczne pudełka i paczki. Trwało to dość długo, zanim wyjęły wszystko, odfoliowały, odwinęły z papierów, pootwierały i zabrały się do rozdzielania. Nie pamiętam dokładnie, ile tego było, ale istotne jest to, że we wszystkich tych paczkach mieściły się poszczególne, gotowe składniki pełnoprawnego obiadu. Każdy dostał jakiś talerzyk czy miseczkę i z każdego pojemnika otrzymywał trochę „czegoś”. Był ryż, kotleciki, mieszanka warzyw w sosie, inny sos, pierożki i jeszcze inne, różne dodatki. W jednej chwili całe wnętrze wypełniło się aromatem indyjskich przypraw. Spożywali posiłek, nabierając pokarm prawą dłonią. Nie używali sztućców, ale zbierali to, co było na talerzu i zlepiali to w mniej, lub bardziej zgrabne kulki, po czym właśnie te kulki zabierali i jedli. Na koniec uczty wytarli jedynie dłonie w wilgotne ręczniki, spakowali wszystko i jechali dalej, jak gdyby właśnie nie zrobili nic niezwykłego! Dodatkowym faktem, zwracającym uwagę, było picie wody z kubków – nie przykładali ich do ust, ale nalewali sobie wodę, trzymając naczynie 2-3 cm wyżej. Zachowaniu higieny nie przeszkadzało to, że chwilę wcześniej opierali na krawędziach kubków dłonie, którymi jeszcze chwilę wcześniej obejmowali swoje stopy, którymi z kolei jeszcze chwilę wcześniej boso chodzili po całym pociągu, żeby umyć ręce… ;)



* Nasze bilety kolejowe Aga rezerwowała jakieś 3 miesiące przed wyjazdem. Należy to zrobić za pomocą internetu i z góry opłacić, np. tu: http://www.cleartrip.com/trains . W przeciwnym razie możemy mieć spore problemy ze znalezieniem dla siebie miejsc w klasach sypialnych, a na całonocne ogromne dystansy wydaje się to być rozsądne rozwiązanie. Dzień przed odjazdem odwiedziłyśmy stację kolejową w Delhi i widziałyśmy ogromne kolejki ludzi, którzy usiłowali kupić dla siebie bilety - istnieje taka możliwość, dzięki specjalnej ich puli, zwanej Tatkal Quota, która jest udostępniana w kasach na jeden dzień przed odjazdem. Z jednej strony umożliwia to podróż roztargnionym turystom w różnych losowych przypadkach, ale wiąże się też ze stratą dużej ilości czasu. Aby zaoszczędzić nerwy, godziny i energię - naprawdę lepiej zrobić to z domu.

UWAGA - niech nikogo nie zmyli wdzięcznie brzmiąca nazwa wagonu "sleeper 2nd class". Jeśli spodziewamy się tam przytulnych pociągowych kuszetek - możemy się nieźle zdziwić. Jest to rodzaj wspólnego przedziału dla wszystkich, z twardymi leżankami, bez pościeli i odrobiny prywatności. W dodatku raczej dla tubylców, niż turystów. Przy wyborze miejsc, decydujmy się raczej na AC2 (AC Sleeper 2 tier) lub AC3 (AC Sleeper 3 tier) - przy czym ta druga opcja jest tańsza a w zupełności wystarczająca (w przypadku pierwszej na jednej ścianie mamy 2 łóżka, w przypadku drugiej -3).