Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akaba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Akaba. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2013

A może by tak... zanurkować? Jordańskie Morze Czerwone.


Było upalnie. Zanurzenie się w lazurowej otchłani było naszym jedynym pragnieniem. Tym większym, że ciągle nie czułyśmy się na tyle swobodnie, żeby rozebrać się i wskoczyć do wody. Wokół niby nie było ludzi, ale gdy człowiek zaczynał zdejmować sukienkę, natychmiast napotykał jakieś oczy, które akurat wlepione były w niego. 

Potrzeba obniżenia temperatury ciała szybko jednak wzięła górę nad kurtuazją. Żar wszak nie po to lał się z nieba, żeby torturować, a po to, żeby można się było nim cieszyć. Wskoczyłyśmy do wody. 

Woda była przyjemnie chłodna. Nie za zimna i wystarczająco słona, żeby można było spokojnie unosić się na falach. Kołysała lekko, w uspokajający sposób. Poniżej powierzchni wody rysowały się gdzieniegdzie pokryte glonami kamienie i wodorosty. Nieustannie wypatrywałam wśród nich elementów rafy koralowej, o której przeczytałam w przewodniku. Byłam bardzo ciekawa, jak wygląda w tym miejscu. Czy też jest tak barwna, jak ta, którą widziałam kilkanaście lat temu w Egipcie?


Przy brzegu nie sposób było dostrzec cokolwiek. Jedynym dowodem na istnienie "gdzieś tam" koralowców, był wrzeszczący wniebogłosy mały chłopiec, który doświadczył bliższego kontaktu z jeżowcem. Uściślając - kontakt nawiązała jego mała, bosa stópka.

Zwątpiłyśmy. Chociaż przecież każdy świadom jest obecności w ciepłych morzach tych przeuroczych zwierzątek, szczodrze dzielących się swoimi igłami, to jednak również ten właśnie KAŻDY do ostatniej chwili zapewne łudzi się, że wcale się na nie nie natknie i że nie ryzykuje aż tak wiele. Każdy, dopóki sam nie właduje się w czarną, najeżoną kolcami kulkę, uważa, że problem go nie dotyczy. Nieprawda. 

Stałyśmy na brzegu, wahając się. W rękach dzierżyłam maskę z rurką i płetwy, które niespełna pół godziny wcześniej wypożyczyłyśmy z pobliskiej wypożyczalni. Jeszcze wtedy zdecydowanie twierdziłam, że wiem co i jak, bo przecież zdarzyło mi się już nurkować w ten sposób. Teraz już nie byłam taka pewna. Odległość od brzegu do miejsca, w którym, jak można było podejrzewać, wody jest na tyle dużo, by się zanurzyć, była znaczna. Kilkanaście metrów, może nawet więcej. Początkowo nie stanowiło to problemu... teraz jednak, kiedy owa droga okazała się być usłana jeżowcami, wszystko stanęło pod znakiem zapytania. 

Poczułam lekkie szturchnięcie w moją, zanurzoną do połowy łydki, nogę. Rzuciłam okiem w dół i spostrzegłam młodego chłopaka, który jeszcze pół godziny wcześniej, wypożyczając mi sprzęt, pytał, czy nie potrzebuję przewodnika (był instruktorem nurkowania). Wtedy odpowiedziałam, że poradzę sobie sama, bo przecież nie jestem typem osoby, która do wszystkiego potrzebuje kompana. Teraz, jego propozycja zaczynała nabierać sensu - przecież sama sobie nie dam rady i nie ma nawet o czym dyskutować. 

Zaproponował, żebym popłynęła z nim a pokaże mi, jakie cuda kryją jordańskie wody. Po krótkim zawahaniu zgodziłam się. Aga została na brzegu, pilnując rzeczy (nurkowanie nie było jej marzeniem). Ja przeszłam jeszcze kilka kroków przed siebie, kucnęłam w wodzie i położyłam się na niej. Miała może 40 cm głębokości. Nacisnęłam maskę na twarz i wsadziłam głowę pod wodę, jednocześnie chwytając mojego przewodnika za rękę. Ruszyliśmy. Tak zaczęło się, niewątpliwie jedno z najbardziej emocjonujących 30 minut w naszym życiu. Zarówno moim, jak i Agi. Ja zobaczyłam na własne oczy rzeczy, o jakich mi się nie śniło. Aga przeżyła  swój największy strach. Sami zobaczcie. 

W pierwszej chwili wpadłam w lekką panikę. Brakowało mi tlenu. Wciąganie powietrza przez wąską, niezbyt wygodną rurkę nie było komfortowe a przestawienie się na oddychanie ustami i nieużywanie nosa wymagało ode mnie koncentracji. W dodatku musiałam uważać, żeby przy okazji nie napić się, a nieszczelne okulary przepuszczały wodę i co kilka minut musiałam zatrzymywać się, żeby opróżnić je i uniknąć dostania się soli do oczu.

Płynęliśmy powoli, co chwilę mijając kolejne skupiska złowrogich jeżowców. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak wiele ryzykuje się, wchodząc do morza bez butów. Pod każdym kamieniem, jeden obok drugiego czyhały kolczaste stworzenia, gotowe do zatopienia swoich ostrzy w czyichś bosych stopach. Przelękłam się, byliśmy zaledwie 10 cm nad nimi... Sunęliśmy ledwo nad ziemią i wystarczyłaby jedna chwila nieuwagi i głębsze zanurzenie, żeby dowiedzieć się na własnej skórze, jak bardzo boli jeżowcowy kolec. 


Minęliśmy kilka metrów niezbyt ciekawego terenu - pod nami były wyłącznie szare kamienie i ciemne kolczaste kule. Gdzieniegdzie falowały wodorosty. Zastanawiałam się, czy to już TO, co mieliśmy zobaczyć, czy może jednak czeka na nas coś naprawdę godnego uwagi.

Nagle teren podniósł się nieco, tak, że wszystko, co znajdowało się na dnie znalazło się tuż przy naszych brzuchach. Dalej jednak dostrzec można było głębię i jej piękny ciemnoniebieski kolor. Wystarczyło pokonać jeszcze tę jedną przeszkodę, żeby wpłynąć na właściwe wody. Prześlizgnęliśmy się tam i... oczom naszym ukazało się coś niezwykle pięknego. 

Pod nami, kilka metrów w dole znajdował się inny świat. Znany tylko z fotografii i opowiadań. Od samego dna, na wysokość 2-3 metrów wzrastały ogromne konstrukcje różnobarwnych koralowców. Były gigantyczne, pozlepiane ze sobą i skomponowane tak misternie, jakby ktoś wcześniej wszystko bardzo dokładnie przemyślał. Wspólnie tworzyły coś na kształt wąwozów, pomiędzy którymi można było swobodnie przepływać.


Wszystkie kolory tęczy zawarte w tym podwodnym świecie cieszyły moje oczy. Niezwykłość kształtów i struktur wprawiała w osłupienie. Niektóre koralowce były wysokie, wąskie i kanciaste, inne rozłożyste o łagodnie zakończonych brzegach. Jedne płaskie i ażurowe, inne kuliste i gładkie. Przeplatały się ze sobą odcieniami różu, zieleni, żółcieni, brązu, pomarańczu, czerwieni i fioletu. Migotały przed oczami niczym lukrowane cukierki na domku Baby Jagi... a pomiędzy nimi można było dojrzeć... mnogość kolorowych rybek: żółtych, niebieskich i czerwonych, płynących całymi ławicami tuż na wyciągnięcie ręki... Wszystko to spowodowało, że poczułam się, jak w bajce. Wiedziałam, że sama nigdy nie odważyłabym się, żeby wypłynąć tak daleko i wobec tego to wszystko byłoby dla mnie nieosiągalne... Byłam tam  jednak i na własne oczy mogłam podglądać to niesamowite życie podwodnego świata. Wszystko za sprawą ręki, która pewnie prowadziła mnie ku kolejnym cudownym miejscom.
Ogrom piękna i niezwykłości tego, co oglądałam wprawiał mnie w nieopanowaną radość i ekscytację. Czułam satysfakcję i szczęście, że mnie to nie ominęło i że udało mi się załapać na tę niesamowitą wycieczkę. Z drugiej strony... zaczęłam się zastanawiać, czy niezbyt długo nie wracam na brzeg. Nie wiedziałam ile czasu minęło, wydawało mi się, że niezbyt wiele, ale ciężko było to ocenić, będąc gdzieś kilkadziesiąt metrów od brzegu. W pewnym momencie uświadomiłam sobie, że skoro zaczynam trząść się z zimna, to  pora najwyższa - wracać. 

Z wielkim żalem pociągnęłam mojego przewodnika za rękę. Wynurzyliśmy się. Zaczerpując powietrza w tradycyjny sposób, już bez maski, powiedziałam, że powinniśmy wracać. Skinął głową i przytaknął. Jeszcze tylko jedno miejsce - powiedział. Zgodziłam się. 


Zanurzyliśmy się ponownie i mijając kolejne rybki dotarliśmy do wielkiego koralowca, kształtem nieco przypominającego  grzyba. Jego "daszek" miał około pół metra średnicy i najwyraźniej nie był parzący, bo dostałam przyzwolenie stanięcia na nim. Wynurzyliśmy się znów.
Spojrzałam na brzeg. Biły się we mnie rozsądek z pragnieniem nasycenia oczu tymi wspaniałościami, które mieściły się pod taflą wody (wszakże nie będę miała wielu takich okazji...) Z drugiej strony - wiedziałam, że trzeba wracać.  Płyńmy do brzegu - powiedziałam. Skinął głową i rzucił: Dobrze, tylko zaczekaj tu chwilę. Zanurkował i zniknął. 

COOOOOOOOOOO!!!!!!!!!!!???????????????? - rozległo się w mojej głowie rozpaczliwe pytanie. Czy ja właśnie zostałam SAMA na środku Morza, w miejscu, w którym nikt mnie nie dostrzeże i z którego nie umiem sama wrócić?! - Świadomość, że droga do plaży wcale nie jest łatwa, przerażała mnie. Serce zaczęło łomotać, o mały włos nie rozbijając mojej klatki piersiowej. Czułam dreszcze na cały ciele, a przełyk skurczył się tak gwałtownie, że ledwo łapałam oddech. Bałam się niesamowicie. Niby odległość nie była duża... w normalnych warunkach wróciłabym bez problemu sama, ale w tym przypadku było to niemożliwe. Nie znałam rozkładu rafy a przepłynięcie na oślep nie wchodziło w grę (koralowce wystawały zbyt wysoko i faktycznie trzeba było płynąć między nimi jak wąwozami). Zamarłam. Wszystko zaczęło się we mnie trząść. Nie wiedziałam co zrobić. Nacisnęłam maskę na oczy i zanurzyłam głowę pod wodę, żeby zobaczyć, jak wygląda sytuacja. 

Zobaczyłam go 2-3 metry niżej, przy samym dnie. Spojrzał na mnie. Nerwowym ruchem ręki wezwałam go na górę.  Ulżyło mi, kiedy przyzwany wrócił i śmiechem zareagował na mój strach. Wracajmy - wykrztusiłam. Dał mi w prezencie zebrane na dnie kawałki koralowca... Ach tak... prezent... przecież to takie oczywiste... - powiedziałam do siebie szczękając zębami.

Wracaliśmy szybko. Długie przebywanie pod wodą i zafundowany nieświadomie stres spowodowały, że cała się trzęsłam. Byłam nawet trochę zła, bo ta końcowa sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi. Bardzo chciałam szybko znaleźć się na lądzie. W końcu... jaką miałam gwarancję, że w ogóle do niego dotrę?

A z drugiej strony podwodne krajobrazy były tak urzekające, że ciężko było oderwać wzrok. Ich majestat i niesamowitość po dziś dzień wywołują u mnie skurcz w żołądku. Takiego piękna nie widuje się co dzień... Łapczywie chwytałam i zapisywałam w pamięci każdy obraz, starając się równocześnie omijać wystające ramiona koralowców, żeby nie zostać czymś zraniona, albo poparzona. 


Kiedy dotarliśmy wreszcie... uszczęśliwiona i podekscytowana szłam na brzeg drogą, która miała być bezpieczna i wolna od jeżowców (wg mojego pływackiego przewodnika). Miałam tyle do opowiedzenia i obgadania! Zobaczyłam jednak minę Agi i większość mojej euforii wyparowała...
Okazało się, że przez te 30 minut odchodziła od zmysłów, bo przecież nie miała pojęcia, co się ze mną dzieje. Była przekonana, że nasza wycieczka nie potrwa więcej niż 10 minut, tymczasem kiedy długo nie wracałam, przez głowę przewijały się jej najczarniejsze myśli.W ogromnym upale zdążyła zobaczyć kilka najmroczniejszych wersji mojej śmierci, po czym poszła do miejsca, w którym wypożyczałyśmy sprzęt i zrobiła tam awanturę. Cóż jednak po awanturze i strachu, skoro jedynym, co można było robić, było czekanie... Nawet nie chcę sobie wyobrażać tego, co przeżyła przez te niesamowicie długie pół godziny. 

Na szczęście jednak, wszystko skończyło się dobrze. Poza zszarganymi nerwami i moim brzuchem, oparzonym na ostatnich metrach przez jakieś parzydełka, nie odniosłyśmy żadnych obrażeń. Mogło się to jednak skończyć zupełnie inaczej, bynajmniej nie wesoło. Niech więc zatem ta przygoda będzie przy okazji przestrogą i dla Was: nie rozdzielajcie się podczas podróży tak niefrasobliwie i nieostrożnie. Ustalajcie zawsze dokładny czas, jaki może Was nie być i upewniajcie się, że druga osoba będzie bezpieczna. Czasem warto zachować się spontanicznie i skorzystać z okazji, ale lepiej robić to z głową i nie ryzykować aż tak wiele. 


Na koniec jeszcze video, prezentujące piękno podwodnego świata. Co prawda nie jest moje i pochodzi z innego regionu świata, ale oddaje idealnie to, o czym pisałam powyżej.

PS
Zdjęcia, choć są mojego autorstwa, niestety nie pochodzę z głębin Morza Czerwonego, bo najzwyczajniej w świecie mój aparat nie jest przystosowany do pracowania pod wodą. Do wykonania fotografii przysłużyło się budapesztańskie oceanarium. :-)




niedziela, 18 sierpnia 2013

Plażowanie w jordańskim stylu.


... najlepszym miejscem na plażowanie jest  South Beach. Tam woda jest czystsza, piasek delikatniejszy, otoczenie bardziej turystyczne a klimat w większym stopniu przypominający europejski - tak przynajmniej ogłosił nam kierowca taksówki, który pierwszego dnia po przyjeździe do Akaby oferował nam podwiezienie.

... bo na miejskie kąpielisko zdecydowanie nie powinnyśmy chodzić. Tam nie znajdziemy nic dla siebie i nie będziemy się dobrze czuły. Pełno tam "tubylców", dużo śmieci, widoki przeciętne, miejsca do pływania nie ma i w ogóle wszystko jest nie tak. ZDECYDOWANIE należy sobie darować - kontynuował.

Ciężko było się nie zgodzić, bo przecież dopiero przyjechałyśmy i nie miałyśmy jeszcze żadnego, nawet najmniejszego, zdania na temat akabskich plaż. Jednak... czy jechanie z arabskim taksówkarzem w nieznane, gdzieś w stronę tajemniczych rajskich plaż, już nieźle po zmroku, nie jest... ryzykowne? Z niemałym trudem wytłumaczyłyśmy mu, że nie skorzystamy z jego usług, gdyż... jechanie nad morze na noc najzupełniej w świecie nie jest naszym celem... i że z chęcią pozostaniemy w mieście a rano wybierzemy się tam świadomie i bez plecaków. 

Plaża miejska w Akabie.



Następnego dnia postanowiłyśmy przy dziennym świetle rzucić okiem tam, gdzie było najbliżej, czyli na oddaloną od hotelu o kilkadziesiąt metrów plażę, zwaną dalej: miejską. Ukazał nam się widok co najmniej niespodziewany. Choć głęboki lazur wody i nieba przyjemnie łechtał poczucie estetyki, to już brak czystości dookoła - zdecydowanie naruszał wszelkie granice dobrego smaku. Pomiędzy grubymi ziarnami piasku i drobnymi kamyczkami  (które zastępowały w tym miejscu delikatny, biały nadmorski piasek) poutykane były papiery, kawałki folii, puszki i ... cała masa niedopałków papierosów. Nie było czysto. 




Niezrażone podeszłyśmy nad brzeg, chcąc sprawdzić temperaturę wody i zobaczyć, czy da się w niej popływać. Fale przyjemnym chłodem obmywały nogi, obijając się o nie z chlupotem. Nie była ani za zimna, ani za ciepła. W taki upał człowiek zanurzyłby się po samą szyję w mgnieniu oka, jednak... - rozejrzałyśmy się wokół - nikt się nie kąpał. No... może - prawie nikt. Poza kilkoma wyrostkami pluskającymi się przy brzegu, nikt nie czerpał radości z bliskości morza. Wszyscy za to siedzieli na brudnym "piachu". 

Morze Czerwone a za nim Izrael.



W dodatku - jak siedzieli! Całe rodziny, przycupnąwszy na kocach, wpatrywały się w horyzont, gwarzyły między sobą i pilnowały dzieci. Wszystko, jak na przeciętnym kąpielisku... z jednym tylko wyjątkiem. Połowa z ludzi była ubrana "na plażowo", druga połowa (zgadnąć możecie - która), odziana od stóp do głów. Kobiety ani myślały zrzucić nadmiar fatałaszków, bo przecież nie było ku temu powodu. Temperatura przekraczająca 35 stopni okazała się niewystarczająca, żeby płeć piękna zdjęła z siebie płaszcze i długie powłóczyste szaty. Niektóre z pań, postanowiły nawet zachować woalki na twarzach. Tak, jak chodziły po ulicach, tak odpoczywały na plaży i ani myślały cokolwiek zmieniać. W samym środku lata decydowały się pozostać w płaszczach, jakie Europejki noszą jesienią. Widocznie upał im nie doskwierał...  





W całej tej scenerii nijak było zdjąć sukienki i prawie na golasa wmaszerować do wody. Wystarczyło, że wszyscy obserwowali nas ukradkiem z uwagi na nasze krótkie rękawy i nie-do-ziemi dolne części garderoby. Nie było wyjścia. Sytuacja była patowa. Musiałyśmy uciekać na reklamowaną South Beach, kilka kilometrów za miasto. 

Na miejsce dowieźć nas miał rozklekotany i solidnie nagrzany busik. Punktu wysiadkowego musiałyśmy same przypilnować, wnioskując z ukształtowania terenu i porównując do mini mapki w przewodniku. Pewnie byłoby łatwiej, gdyby nie fakt, że krajobraz za oknem był dość jednostajny - woda, skały i góry piachu. Było pięknie. 

Minęłyśmy któryś z kolei hotel, czy też może raczej coś w stylu "centrum turystyki wodnej" i wysiadłyśmy. Uznałyśmy, że jedziemy wystarczająco długo, żeby przypuszczać, że pokonałyśmy odległość 5 kilometrów. Dziarsko ruszyłyśmy w kierunku plaży obiecanej... 

Przekopując się przez masy gruboziarnistego piachu, zmierzałyśmy w stronę wody, szukając sobie jednocześnie odpowiedniego miejsca do odpoczynku. Jeszcze z daleka dojrzałyśmy liczne parasole pokryte liśćmi palmowymi, nieopodal były małe domki, jak się nam wydawało - sklepiki z napojami i lodami. Miejsce idealne, pogoda fantastyczna, krajobraz olśniewający - nic, tylko plażować i korzystać z uroków lata. 

Morze Czerwone, całe dla mnie. :)


Rzeczywistość, jak to zwykle bywa nieco odbiegała od oczekiwań. Liście na parasolach trochę się już zeschły i pokruszyły, budki były zamknięte na cztery spusty, a ludzi w okolicy - jak na lekarstwo. W dodatku piach ciągle nie przypominał nadmorskiego... Nie był biały, ani gładki. Ciężko go w ogóle nazwać piachem, bo w znacznej części zastępowały go kamyczki. Mniejsze i większe. Właściwie to była to chyba robocza wersja plaży... Taka, która nigdy nie została dokończona. :-) 

Żeby nie stracić zmysłów w niemożliwym do wytrzymania żarze, wykąpałyśmy się szybko, schładzając nagrzane słońcem ciała. Z orzeźwionymi umysłami zdecydowałyśmy, że przejdziemy się wzdłuż linii brzegowej i spróbujemy znaleźć jakiekolwiek skupisko turystów (o ile normalnie nie przepadam za tłumem i wolę obcować z naturą sam na sam, to już idealna plaża wg mnie musi być porządnie zaludniona - bez gwaru nie ma nastroju wakacji). 

Pokonałyśmy ze 2 kilometry, wlokąc się brzegiem morza. Ludzi jednak nie udało nam się znaleźć. Od czasu do czasu pojawiały się jednostki, np. kilkuosobowa grupka Francuzów, albo małżeństwo z dzieckiem, jednak nie mogło być mowy o zapełnieniu przestrzeni. Sporadycznie przewijali się też przedstawiciele narodu Gospodarzy. Było cicho i nieco... statycznie. Jedynymi odgłosami zaszczycało nas morze, wiatr i ... samochody  na pobliskiej drodze przelotowej do Arabii Saudyjskiej. 

Znalazłyśmy jeszcze kilka innych budek... Niestety - wszystkie zamknięte. Żadnych sprzedawców lodów, żadnych właścicieli wielbłądów, oferujących przejażdżki za niewielką opłatą, żadnych ratowników... nic. Głucha cisza. I tylko świst wiatru. 


Kąpać się, oczywiście, było dużo łatwiej, bo wścibskich i oceniających oczu było znacznie mniej. Tu też, w "kurorcie" - miejscu przeznaczonym wybitnie pod turystykę, nikt nie mógłby nam tego zabronić, ani złośliwie skomentować (przynajmniej tak próbowałyśmy sobie to wytłumaczyć). Było jednak... nieco niezręcznie. Ciągle prawie nikt nie pływał, bo najzwyczajniej w świecie prawie nikogo nie było! Nikogo z Europejczyków... bo owi pojawiający się sporadycznie Jordańczycy woleli raczej posiedzieć na piasku. No właśnie... oni siedzieli i patrzyli. Ciągle więc nie udało nam się pozbyć problemu, który pojawił się jeszcze na miejskiej plaży. Byłyśmy obserwowane i ciężko stwierdzić, w jaki sposób oceniane. Zjawisko to na pewno jednak cieszyło się niemałym zainteresowaniem publiczności. 


 

Trudno! Nie po to w końcu przyjechałyśmy taki kawał z Polski przez Niemcy na Bliski Wschód, a potem z Ammanu do Akaby, żeby nie skorzystać z możliwości wykąpania się powtórnie w Morzu Czerwonym... Nie ma się co zastanawiać i trzeba po prostu przestać zwracać uwagę na skupione na nas oczy. Zapominając o tym, co się dzieje wokół, skorzystałyśmy z kąpieli w wodzie tak niezwykle czystej, że całe dno można było oglądać, stojąc... z tak ciepłej, że bez problemu można było się zanurzyć... tak słonej, że fale unosiły ciało bez żadnego wysiłku, wreszcie w tak tajemniczej i skrywającej takie niesamowitości, że nie mogłyśmy się tego wtedy spodziewać... 

c.d.n.




piątek, 21 czerwca 2013

Akaba - o klimacie dosłownie i w przenośni. Cz. I.

Do Akaby dotarłyśmy późnym wieczorem po całodziennej podróży autobusem. Słońce było już przy samej granicy horyzontu, błękit nieba zmieniał się powoli w granat a ostatnie promienie światła rysowały na na nim czerwonawe, nieregularne linie. Zmierzchało, ale miasto nie było zbyt duże, więc nie stanowiło to problemu w znalezieniu miejsca na nocleg. 

Przynajmniej będzie nieco chłodniej... pomyślałam i zaczęłam zbierać swoje rzeczy porozrzucane wokół. Myśl ta była wynikiem wielogodzinnej podróży "luksusowym", klimatyzowanym pojazdem, który taki był jedynie z nazwy. W rzeczywistości owe chłodzenie działało o tyle o ile, za to pot skraplał się na twarzy z dużo większą intensywnością. Duchota usypiała i przeszkadzała w podziwianiu widoków, a te, choć dość jednostajne - były jednak ciągle piękne i oryginalne w porównaniu z europejskim krajobrazem. 






Zresztą, gorąco było nie tylko mnie. Raz po raz zerkałam ukradkiem na innych pasażerów, z których połowa pozrzucała wierzchnie okrycia i pozostała w koszulkach i krótkich spodniach. Dlaczego połowa? Otóż dlatego, że ową połowę stanowili mężczyźni. Pozostała część ludzi postanowiła wytrzymać. Wytrzymywały więc kobiety, te młode i te starsze, w długich spodniach, lub spódnicach, w tunikach na nich narzuconych, w długich rękawach, w chustach i innych dodatkowych warstwach materiałów, które choć cienkie, to jednak mało przewiewne... zwłaszcza, gdy powietrze w pomieszczeniu w ogóle się nie miesza. 

Wydawać by się mogło, że człowiek przyzwyczajony do wysokich temperatur, żyjący w gorącym klimacie i ubierający się w ten sposób od najmłodszych lat powinien być przyzwyczajony... tylko, że na ich czołach tak samo, jak na moim błyszczały się strużki potu, a ich dłonie, podobnie jak moje, wachlowały powietrze, próbując uczynić atmosferę znośniejszą... Na domiar złego, spod pięknych, kolorowych chust wystawały mokre kosmyki włosów.
Wysiadłyśmy na parkingu, który szumnie zwano dworcem autobusowym. Z chwilą otwarcia drzwi, gęsta masa okropnie duszącego powietrza buchnęła nam w twarze. W jednym momencie znalazłyśmy się jakby w lepkiej zawiesinie ciepła, w którym znać było domieszkę tlenu. Niewielką i rozgrzaną. Zalepiającą nozdrza. Z trudem łapiąc oddech skierowałyśmy się do luku bagażowego po plecaki. Z jeszcze większym trudem przedzierałyśmy się przez zgromadzonych wokół taksówkarzy, z których każdy równie gorąco pragnął zawieźć nas dokądkolwiek. Tego gorąca było jednak za wiele, jak na początek. Wyminęłyśmy wszystkich, oddaliłyśmy się na bezpieczny dystans i zbyłyśmy tych ostatnich, najbardziej wytrwałych.

Pewnie byli zdziwieni. Cóż to w końcu za zwyczaje, żeby dwie kobiety... w dodatku w obcym kraju, nie chciały skorzystać z wygodnej i bezpiecznej podwózki do hotelu? W dodatku stanęły z boku, czytają książkę i zarzekają się, że same znajdą sobie odpowiedni nocleg!

Tak jednak było. Do dłuższym wpatrywaniu się w niewielką mapkę przedrukowaną w przewodniku - ruszyłyśmy do miasta. Wybrałyśmy kilka adresów, podanych przez Lonely Planet (najbardziej chwalony na świecie przewodnik, który podczas tej podróży zawiódł mnie niejednokrotnie). Szłyśmy ładny kawałek, zanim dotarłyśmy do centrum, ale przynajmniej poznałyśmy okolicę.

Dworzec w Akabie znajduje się na obrzeżu miasteczka, w pobliżu bardzo luksusowych i drogich hoteli. Żeby dotrzeć do tych tańszych, w  środku miejscowości, trzeba się kawałek przespacerować. Żeby zaś tam znaleźć niedrogi i dogodny nocleg, koniecznie należy wykazać się porządną dawką stanowczości i asertywności. Niby nam się udało, chociaż hotel ani nie był specjalnie tani, ani specjalnie czysty, ani specjalnie wygodny. Posiadał jednak klimatyzację, o zbawiennym działaniu której miałyśmy się niebawem dowiedzieć... A pościel? Cóż... pościel, po dwukrotnie ponawianej prośbie, pan recepcjonista wymienił z tej zakurzonej... na mniej zakurzoną. ;) Po raz kolejny zabranie śpiworów okazały się bardzo dobrym wyborem.


W końcu, po rozpakowaniu swoich rzeczy postanowiłyśmy wyjść na krótki spacer. Schłodziwszy się nieco w pokoju (wszystko za sprawą wiejącej przyjemnym zimnem dmuchawy), zapomniałyśmy, jaka temperatura panuje za oknem. Przyzwyczaiwszy się do rześkiego powietrza, tym większy przeżyłyśmy szok. Ze zdwojoną siłą odczuwałyśmy przewalające się fale ugotowanego tlenu, pomieszanego w dodatku z kurzem ulicy. Wiał, co prawda, wiatr - od morza. Był jednak tak miękki, ciepły i otulający, jaki tylko można sobie wymarzyć, żeby ukołysał do snu. Opatulał, jak puchaty koc, jak porządnie grzejąca, gruba pierzyna. W 35 stopniach ciepła i tak ogromnej wilgotności powietrza wszelkie koce, kołdry i inne okrycia były jak najbardziej niewskazane i niepożądane. Tylko, że... nie wiedziały o tym. Wiatr nie chciał być chłodniejszy i kropka. Nie śmiałam nawet myśleć o tym, jak bardzo nie do wytrzymania będzie w dzień, kiedy słońce się obudzi i radośnie rozpromieni wszystko dookoła.

Ruszyłyśmy przed siebie. Ot tak, aby się rozejrzeć. Co prawda po ciemku niewiele można zobaczyć, ale uznałyśmy, że w miejscowości nad morzem, w dodatku jednej z najpopularniejszych w Jordanii, nie zabraknie atrakcji i rozświetlonych miejsc, w których można przysiąść i leniwie podziwiać okolicę... Zabrakło. 
Miasto nie przypominało kurortu, jaki znać możemy z Europy. Nie przypominało też typowych nadmorskich miejscowości w krajach turystycznych. Owszem, posiadało swój niesamowity klimat, tętniło życiem nawet w środku nocy, było egzotyczne... jednak - było to zupełnie coś innego, niż to, co wyobrażałam sobie jeszcze tego dnia rano...

Napotykamy meczet. Zatrzymujemy się na chwilę i podziwiamy go. W porównaniu z resztą zabudowy (nie licząc luksusowych hoteli na obrzeżach) jest zdecydowanie wybijający się. Jego nieskazitelna biel, misterne ornamenty i ażurowe dekoracje przyciągają wzrok. Budynek jest niesamowity, przepiękny, zadbany i zasługujący na uwiecznienie. Poobserwowałyśmy przez chwilę zmierzających na modlitwę wiernych i ruszyłyśmy dalej.

 






Uliczek było niewiele. Wszystkie podobne do siebie i bynajmniej nie zdające sobie sprawy z faktu, że powinny być atrakcyjne i bardziej malownicze. Na nich tłumy ludzi, choć wtopić się w te tłumy nie sposób, bo biała skóra od razu rzuca się w oczy. Każdy patrzy z zaciekawieniem i przywołuje do swoich kramów. Jest gwarno i interesująco. Po obu stronach alejek pełno sklepików... Wszystko byłoby fajnie, gdyby tylko większość z nich nie oferowała tandety... Tymczasem, mieszają się tu sprzedawcy lokalnych towarów, z tymi, którzy wolą chińszczyznę. Mamy więc sklepiki z przyprawami, aromatycznie pachnącymi ziołami, kawą i herbatą, a obok nich plastykowe wyroby rodem z ChRL. Mamy kramy z shishami i tytoniem, a obok nich inne z zupełnie niearabską odzieżą. Mamy sklepiki z prażonymi w miodzie, lub przyprawach, orzechami i wreszcie, zatrzęsienie sklepów z fikuśną, na pewno nie skromną bielizną... W dodatku prezentowaną dość odważnie, na środku ulicy - na manekinach i wieszakach. Patrzę na nią i nie jestem w stanie pojąć - dla kogo to. W tym kraju kobiety często chodzą w płaszczach, odziane od stóp do głów, nawet przy 40-stopniowym upale. Na wietrze zaś powiewają prześwitujące, różnokolorowe, krócióteńkie sukieneczki obszyte futerkiem, albo z wycięciami... tu i ówdzie.




Wróciłyśmy do hotelu. Byłyśmy zmęczone, bo podczas dwugodzinnego włóczenia się po mieście, właściwie nie miałyśmy gdzie przysiąść. Następnego dnia chciałyśmy udać się na plażę. W końcu z tego słyną nadmorskie miejscowości... Przeczytałyśmy w przewodniku, że najlepszym miejsce na kąpiel jest...

... ale to zupełnie inna historia.  Zapraszam następnym razem. :)