Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koh Chang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Koh Chang. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2016

Plaże rajskie i nierajskie. Koh Chang, Tajlandia. Gdzie plażować, a gdzie nie?


Nigdy nie byłam fanką ogromnych kurortów i superpopularnych plaż. No, może poza okresem, kiedy byłam małą dziewczynką i wtedy liczyła się dla mnie tylko woda, piasek i słońce (i może jeszcze jakaś budka z lodami). Lubiłam publiczne plaże bardziej, niż te dzikie, bo na Mazurach dzika plaża niewiele ma w sobie z romantyczności, a więcej z komarów, chaszczy i mulistego dna jeziora, które, krótko mówiąc, jest obrzydliwe w dotyku, zwłaszcza, jeśli pokryte jest wodorostami.
W odniesieniu do moich ostatnich podróży do Azji, publiczna plaża, czyli plaża z ogólnym dostępem, bezpłatna i w miarę czysta to niezupełnie to samo, co superpopularne kąpielisko, promowane głośno i kolorowo w gazetach i internetach. Nie to samo, a wręcz, że tak powiem zdecydowanie lepiej. Przekonałam się o tym podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, na wyspie Koh Chang.
Jak wybieraliśmy się w grudniu na tę niewielką (ale jednak jedną z największych w kraju) wyspę 6 godzin na południowy wschód od Bangkoku, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Prawdę mówiąc, był to mój pierwszy raz w takich rajskich klimatach, a Lołnli Planet tylko szczątkowo i bardzo lakonicznie pisała na temat kąpielisk. Nie jestem zresztą typem plażowicza, który swój wolny czas spędzi, leżąc plackiem na piachu i gapiąc się w niebo (chociaż gapienie się w niebo akurat jest fajne), ale skoro już jadę po słońce i upał, to czemu by do tego kompletu nie dołożyć troche mieniącej się wody i miękkiego, białego piachu?
Wybraliśmy więc miejsce, mniej więcej w 1/3 długości wyspy, w pobliżu Khlong Prao Beach. Pisano o niej, że jest ok, że daje radę się wykąpać i że jeśli ktoś szuka spokoju, to będzie to miejsce dla niego. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i, choć nie było tam śnieżnobiałego piasku, a ten który był może ciut bardziej ziarnisty, niż najdrobniejszy puder. Była jednak rajska palma z huśtawką, niesamowite widoki na zachód słońca (choć po tej stronie wyspy to akurat normalne), były panie, które z uśmiechem na ustach oferowały masaże i robiły je naprawdę fantastycznie, a przy tym niedrogo (no bo czy 25 zł za godzinę masażu wprost na plaży to dużo?), była wreszcie rajska i niedroga knajpka (naprawdę tania, jak barszcz, biorąc pod uwagę jakość jedzenia i lokalizację). Do tego, co najważniejsze, było czysto, w piachu żadnych śmieci, woda przejrzysta, bez farfocli i w ogóle cud, miód i orzeszki.


Khlong Prao Beach



Khlong Prao Beach

Khlong Prao Beach

Poczytałam jednak trochę o tak zwanej White Sand Beach, plaży białopiaskowej, i…. jak to bywa z dziewczynkami, natychmiast postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie przepada nam coś lepszego, fajniejszego i piękniejszego przede wszystkim. Już pal licho, że i tak na plaży siedzieliśmy tylko wieczorami, bo całe dnie spędzaliśmy na skuterze, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się na krótką chwilę w różnych miejscach po drodze, żeby ‘dać nura’. Ważny był fakt. Dziewczynki czasem tak mają ;).
Tylko, że najpopularniejsza plaza, która zresztą była pierwszym przystankiem od portu promowego, na której wysiadło z naszego tuk tuka większość osób (w tym grupa niemieckich emerytów), okazała się… OKROPNA.  O-KROP-NA.  Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Bród, smród i… no nie, ubóstwo nie, bo przecież to najdroższy rejon wYspy, więc kasę akurat trzeba było mieć. 

Sama okolica też zresztą nie była specjalnie oszałamiająca. Duży ruch na ulicach, ogromny tłok, sklep na sklepie, bilboard na bilboardzie i jeszcze cała masa reklam i innych wywieszek. Zero rajskości, zero prywatności, za to dużo miejskości w kiepskim wydaniu. 

Nie wiem,czy to z powodu ilości ludzi, czy może raczej usposobienia  tych, którzy tam się zatrzymywali, a musieli być w większości nastawieni raczej na imprezy, niż jednoczenie z naturą, ale ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy. Chociaż miałam zamiar zanurzyć się wtedy w wodzie, bo mimo poranka temperatura sięgała już na pewno nieźle powyżej 35 stopni, nie odważyłam się wejść do wody. Wszędzie pływały śmieci, woreczki, foliowe kawałki opakowań, butelki, kapsle, nakrętki, sznurki, srurki i co tylko chcecie (albo raczej, czego nie chcecie). Na piasku, który być może nawet i był biały, pełno było tegoż samego śmiecia i ciężko było iść bez butów, żeby nie rozcharatać nogi o coś wystającego z ziemi. Było co prawda kilka rajskich palemek i sznurowych huśawek dyndających smętnie na wietrze, ale miały one nieszczęście wisieć nad ‘urokliwymi’ strumykami ścieków z pobliskich restauracji, które przy akompaniamencie połyskującego na ich taflach słońca spływały radośnie wprost do morza.

Zdegustowana, przerażona ogromem ludzkiej bezmyślności i głęboko zasmucona tym, co zobaczyłam, zawinęłam się czym prędzej i uciekłam. Na inne plaże. Na drugim brzegu wyspy, tam, gdzie turyści docierają rzadziej.

White Sand Beach







White Sand Beach

White Sand Beach


White Sand Beach

White Sand Beach
I znowu: dwa kąpieliska zupełnie poza zasięgiem większości ludzi (na wschodnią stronę Koh Chang bez wypożyczonego skutera dostać się ciężko), okazały się fantastyczne, czyste i przyjemne, a przecież do popularności im daleko.
Na tak zwanej Amber Beach, przylagającej zresztą do jednego z hoteli (jednym z niewielu w tej okolicy), ale udostępnianej tym, którzy chcą skorzystać z dostępu do morza, było cichutko i spokojnie. Fale były tu delikatne, a krajobraz balansował na pograniczu azjatyckiej egzotyki i swoiskich Mazur. Miejsce idealne do wyciszenia się, albo przyjechania z dzieckiem. Piasek, jak sama nazwa sugeruje, był tu pomarańczowo-złoty, przyjemnie kontrastował z głębokim błękitem morza i nieba. Dookoła rozciągał się ogród i las palm kokosowych.

Amber Beach
Amber Beach

Amber Beach

Amber Beach
Z kolei na drugiej, odległej o kilkanaście kilometrów Long Beach, strome (jak dla skutera) pagórki, setki ostrych kamieni, gęsty las i rodzinę małp piknikujących na środku drogi, zobaczyliśmy mały, sekretny raj, rodem z bajki. Była długa, pustawa, ciągnąca się w dal plaża okolona wianuszkiem palm i zakończona malowniczym górzystym cyplem, były leniwe fale i czysty piasek. Nad wodą tylko jedna knajpka, sklecona z desek i strzechy, ze sporym tarasem, hamakami i poduszkami rozrzuconymi na podłodze do siedzenia. W niej: owocowe szejki i omlety ze  świeżym kokosem i czekoladą. I jeszcze: kilka domków na drzewach, w których można przenocować, jeśli ktoś da radę dotrzeć tu z plecakiem. Bez klimy, ale klimatycznie J. Rajskość. Long Beach była cudowna, ukryta, niedostęna i… długa, ale w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy. Długośc jej polegała nie na rozciągniętej w metrach połaci piachu, ale na tym, że do wody można było iść i iść, i iść… i ciągle nie było się głębiej, niż po kolana. Po kolana w zupie, bo przecież takie płycizny nagrzewają się szybko J.


Long Beach

Long Beach


Wyjeżdżaliśmy z tego miejca podekscytowani odkryciem i szczęśliwi, że podjęliśmy wysiłek pokonania na słabym skuterze stromizn i wybojów. Żałowaliśmy odrobinę, że gromadzące się chmury przegoniły nas z tego przylądka, ale czasem niedosyt jest lepszy niż przesyt. Wróciliśmy do siebie i po całym dniu spędzonym na dwóch kołach zatopiliśmy się w sennym i olśniewającym zachodzie słońca na naszej Khlog Prao.
***

 W tym miejscu czas na konkluzję: jeśli naprawdę zastanawiacie się, gdzie zamieszkać i gdzie się kąpać na Koh Chang, to zdecydowanie polecam okolicę, przy której my się zatrzymaliśmy. Jest tam cicho i spokojnie, ale nie jest nudno, bo w razie pragnienia, głodu jest gdzie się posilić, wieczorami są pokazy żonglowania ogniem i przez cały dzień można sobie zafundować masaż. Spieszę jednak z zapewnieniem, że wyspa oferuje o wiele więcej, niż tylko leżenie plackiem nad wodą i jeśli tylko zechcecie ją zwiedzać, to i tak nie wystarczy wam czasu na bezczynne smażenie się na słońcu J.
Dalej w dół, są jeszcze dwie, godne uwagi, miejscówki: Bailan Beach i Kai Bae Beach. Obie dość imprezowe, z dużą liczbą barów i knajpek na plaży (są też dyskoteki), ale z przyjemnymi kąpieliskami i dużo swobodniejszą, żywszą i sympatyczniejszą atmosferą, niż nadęta i brudna White Sand Beach. Klimat tam jest nieco hippisowski, jest kolorowo i radośnie, wszędzie gra muzyka i wszyscy się uśmiechają. Uwaga: nie znajdziecie tam raczej eleganckich knajpek, ani kieliszków do wina na stołach  (o ile gdziekolwiek na tej wyspie takie są, to na pewno nie tam :P).

Co do najpopularniejszej plaży, mekki niemieckich turystów-emerytów i pań z tipsami dłuższymi niż ich własne nosy – musicie zdecydować sami. Ja White Sand Beach zdecydowanie  nie polecam.


Buziaki i do usłyszenia! J


Kai Bae Beach

wtorek, 10 lutego 2015

Koh Chang i jej uroki.

 Wiatr szumiał w głowie, a włosy radośnie plątały się od nieregularnych podmuchów. Słońce nadal paliło. Jechaliśmy dalej.  Gorąco pomału odbierało nam siły. Brak dokładnej mapy i rzetelnego oznakowania dróg nie wydawał się aż takim problemem w porównaniu do wizji spalenia się na skwarkę, jeśli tylko za długo pozostanie się na słońcu.

Zupełnie było się czego obawiać, jeśli chodzi o orientację w terenie. Była przecież tylko jedna główna droga dookoła wyspy... No, może niezupełnie dookoła, bo tuż przed połączeniem obu ramion, znikąd, raptem wyrastały góry i gęsty las, a droga urywała się złowrogo, nie pozwalając przedostać się na drugą stronę przeszkody. Niemniej, więcej głównych dróg nie było. Tylko ta jedna, ułożona w szczęśliwą podkówkę.

Zgubiliśmy się.



Owa słynna "Long Beach" wcale nie była, jak się okazało, tak sławna, jak mogłoby się wydawać. Wszak wyspa pomieścić może określoną liczbę mieszkańców w jednym momencie. Wiadomo i nikogo nie dziwi, że ludność stale zamieszkująca nie ma potrzeby jeździć na kąpielisko "za góry, za lasy", a jeśli nawet jeździ, to po co jej oznakowanie. Turyści natomiast... Turyści, jak to turyści. Jak ludzie, znaczy się. Oni są różni. Albo raczej - tacy sami właśnie. Większość z nich nie pokwapi się na większy wysiłek, niźli dojście do hotelowej (lub naprzeciwko hotelu znajdującej się) wody. Nawet jeśli wypożyczy motor, to żeby podjechać kawałek, do jednej, dwóch atrakcji, a nie, żeby się przedzierać przez busz, kurz i całą resztę.

Dlatego też turystów na drodze prawie nie było. Zwłaszcza na tej na południu. Zwłaszcza w okolicy, w której należało dokonać skrętu, ale się go nie dokonało.

Pół godziny kręcenia się, zwątpienia we wspaniałość tej polecanej jakże szeroko plaży, bo przecież wokół same kamulce i rozbijające się o nie fale, a do wody zejść się nie da, choćby nie wiem co (chyba, że ktoś chętny połamać sobie nogę). ...aż tu nagle, jak z nieba spada rozwiązanie. Wystarczyło zapytać! Oczywiście, jak już się znalazło żywego ducha.

To nie tutaj!

Wróciliśmy się i wjechaliśmy w niezwykle bocznie wyglądającą uliczkę, która powiodła nas... w głąb dżungli. No bo gdzieżby indziej! Wąziutka, malutka, skromna dróżka, dróżynka, ścieżka właściwie. Bo... nie owijając w bawełnę, dróżka dość szybko zmieniła się w trakt, czy raczej rozkop, z większą ilością dziur i ostrych kamieni, aniżeli twardego podłoża. Omijanie wyboistości terenu wydłużyło nam podróż zgoła o kilometr i przysporzyło wielu emocji w momentach, kiedy blisko było, żeby przebić oponę, a samemu wylądować brodą w ostrym żwirze.



Palące słońce zastąpił jednak cień. Nad nami zawiązało się gęste sklepienie gałęzi i liści. Dookoła szumiał już nie tyle wiatr, co las. Wraz z nim skrzeczało, świstało, śpiewało i grzechotało wszystko dookoła. Przeciągłe, głośne i świdrujące piski rozlegały się co jakiś czas, przypominając nam, że nie wszystko jeszcze w życiu widzieliśmy i chyba wcale niekoniecznie chcemy zobaczyć. Nie wiem, co tak hałasowało, ale nie zachęcało do bliższego zapoznania. Delikatny wietrzyk rozkosznie owiewał twarz i całkiem przyjemnie się jechało.  O ile nie liczyć trzęsienia i podskoków dosłownie co chwilę.

Wyjechaliśmy na prostszą drogę. Jeszcze kawałek asfaltu w tym zapomnianym przez ludzi kawałku lasu. Czemu akurat tu, a nie kilkadziesiąt metrów wcześniej? Nie wiadomo.

Minęliśmy stadko małp, siedzące na jezdni i oczekujące na podarki od podróżnych. Cała, wielka gromada utkwiła oczęta w naszym turlającym się powoli skuterze. Kilka z nich szło w naszą stronę, kilka leniwie się przeciągało, rozprostowując zastałe mięśnie, a jeszcze inne iskały młode, czujnie przyglądając się przyjezdnym. Nie mieliśmy nic czym moglibyśmy się podzielić. Ale to chyba nawet lepiej. Z małpami różnie bywa, wszak... to małpy. Ale o tym innym razem.

Mknęliśmy dalej. 30 km/h. Pęd. Znów skwar. Znów koniec drogi. A właściwie to najpierw znak, ostrzeżenie, za chwilę droga ta się skończy. Potem jeszcze tylko zakręt i... dziura. Jedna wielka, gigantyczna zapadnia na środku ulicy. Zerwany most. W przestrzeń sterczą tylko gołe pręty. Boczkiem, lewą stroną, jawi się delikatny objazd wyślizgany na piasku i błocie przez jakiś wielkokołowy pojazd. Można przejechać. Zakręt i pod górę. Byle powoli. Byle nie zsunąć się po piasku w dół.




A potem znów pod górę. Robi się prawie, jak w Tatrach. Strome zbocze, skała po prawej i osuwisko po lewej. Oby tylko koło nie skręciło na którymś z wystających kamieni, bo pod naszym ciężarem cały mechaniczny rumak mógłby się z hukiem zwalić na sam dół. Wjeżdżamy. Powoli. Jakbyśmy wciągali się na linie. Na horyzoncie widzę delikatnie szarzejące się chmury. Nadchodzi popołudnie. Z oddali, spokojnie i bez pośpiechu, albo nieuchronnie nadchodzi burza. Jak co dzień tej zimy.

Oczami wyobraźni, w panice wyobrażam sobie, jak bardzo warunki pogodowe wpływają na naszą obecną sytuację.Jak bardzo wpłyną, kiedy będziemy chcieli wrócić, ale cała droga spłynie przed nami.

Podjeżdżamy pod górkę, brnąc a pomarańczowym piasku. Omijamy dziury. Koła skutera skręcają się same. Nie jest łatwo manewrować. Coraz mniej dziwi mnie fakt, że nikogo nie spotykamy na drodze. A może gdzieś w przewodniku jest napisane, że trasa jest męcząca i przyprawiająca o zawroty głowy? ;) 

Dojeżdżamy w końcu. Spoceni, zziajani i zmęczeni. Wściekle zgrzani. Z jednym tylko marzeniem. Zanurzyć się w chłodnej wodzie. 



Przed nami plaża. Wydawałoby się, że nic prostszego. Ziuuuu i do wody. Chlup! Ale, ale! 

Ciężko zrobić chlup, jeśli woda sięga ci do kostek. Nie ma tu basenu, ani klifowego wybrzeża. Musimy zanurzyć się od stóp, do głowy. Wchodzimy. 





Tylko, że... To nie to, co w Polsce, że każde zanurzenie paluszka u nogi wywołuje spazmy i wykręca twarz w grymasie. To nie tak, że po zamoczeniu stopy właściwie ma się dość kąpania. Chociaż w sumie... podobnie. Bo trochę ma się dość. Tyko woda tu... nie chłodzi. Ma jakies 32 stopnie i najzwyczajniej w świecie jest ciepła. Mam wrażenie, że wchodzę do wanny. Idę jednak. 32 stopnie, to nie 35. Zawsze to jakaś ulga. 

O ile uda się zanurzyć. 

Jeden krok, drugi, trzeci... trzy metry, pięć metrów, siedem... zaraz... czy przypadkiem nie powinno być już? Spoglądam w dół. Nadal stoję po kostki w wodzie. Już wiem, skąd nazwa Long Beach.

Idę dalej, nie licząc na wiele. 15 metrów od brzegu udało mi się zanurzyć kolana. Kilkanaście kroków dalej woda osiągnęła wysokość połowy moich ud (a naprawdę jestem niewysoka!). Dobra! Dalej nie idę. Zostaję tutaj. Chlup! 





 

sobota, 27 grudnia 2014

Esplorator na skuterze, czyli poznaj Koh Chang od jej prawdziwej, wschodniej strony.

W uszach słychać tylko szum wiatru, przetykany świstem mijających nas z rzadka pojazdów. Mkniemy przed siebie, niemal samotnie. Dookoła cisza. I świst. Słońce smali z góry, choć przy tej prędkości i owiewającym nas wietrze w ogóle tego nie czuć. Jedynym sygnałem, że skóra pali się przy tej temperaturze są porządnie zaczerwienione kolana i uda. Mimo silnych filtrów tracimy naszą europejską bladość i zmieniamy się w wysmaganych słońcem wędrowców. To chyba najlepszy sposób na opalanie - bezbolesny i nie tak nudny, jak leżenie plackiem na piasku i marnowanie czasu. Kiedy zatrzymujemy się na chwilkę dociera do mnie, przed jakim ogromnym upałem udaje nam się umknąć. Wystarczy moment postoju, żeby stopić się do połowy. Raptem całe ciało pokrywa lepki pot, wszystkie ubrania stają się wilgotne, a głowa nagrzewa się do niemożliwości. Desperacko szukamy cienia albo czym prędzej ruszamy dalej. Znów jest chłodniej i przyjemniej. Pęd powietrza znów szumi w uszach, zatyka usta i z ogromną siłą rozwiewa i plącze włosy. Dobrze, że mamy okulary, bo patrzeć byłoby niewygodnie.

A patrzeć jest na co. Obrazy po mojej prawej i lewej zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Z jednej strony niby wszędzie tylko morze i dżungla... ale nic bardziej mylnego! Przed nami bogactwo krajobrazów, różnorodna przyroda i cała masa folkloru. Co chwilę spostrzegam coś interesującego, przy czym warto byłoby się zatrzymać: rosnące w kępach bananowce, stadko małp przy drodze, palmy kokosowe z dojrzałymi i soczystymi owocami, rajskie plażyczki zalesione palmami czy też domki na palach, w których zamieszkuje lokalna ludność. Jest pięknie i niesamowicie. Czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie i eksplorowali nieznaną nikomu wyspę. 

Widok na wschodnią stronę wyspy.




... bo i trochę tak jest. Z jednej strony Koh Chang to jedna z największych wysp Tajlandii,  odwiedzana przez całą masę turystów... z drugiej jednak: nie do końca tak jest, jak można sobie wyobrażać. 

Podczas gdy zachodnia jej część zapełniona jest hotelami, kurortami i restauracyjkami czy barami, to jej wschodni brzeg jest zgoła czymś innym. Nie ma tu tylu (poza pojedynczymi przypadkami) resortów, dyskotek ani sklepów z pamiątkami. Co za tym idzie nie ma tu też turystów. Ba! Trudno choćby o transport publiczny. Wieczorem i nocą ten region nie tętni życiem, a bynajmniej nie takim, na jaki większość turystów zapewne liczy. Nie słychać rytmów muzyki, ani gwaru kawiarnianego. Jest za to plusk uderzających o brzeg fal, szelest liści i wszelakie odgłosy pobliskiej dżungli. Jest też ciemność i pustka. W dzień sporadycznie natrafia się na białe twarze, można się więc poczuć, jakby uciekło się od znanej nam cywilizacji. 

Przeczytaliśmy o tym wszystkim, dlatego jedną z naszych pierwszych decyzji, po przybyciu na miejsce było... wypożyczenie skutera i ucieczka na wschód. Ucieczka od gwaru i cywilizacji. 

O zdobycie środka lokomocji nie było nietrudno. Ulice pełne są punktów, w których można wypożyczyć motor, bądź skuter za bezcen. Tę samą usługę świadczy niemal każdy hotel. Cena najmu skutera na dobę to 200 bahtów (20 zł). Benzyna w Tajlandii (w grudniu 2014) to koszt 39 bahtów za litr (czyli 3,9 zł). Dla porównania przejazd łączoną taksówką (tylko taki transport publiczny występuje na Koh Chang), na pace w 10 osób z bagażami (zwykle upycha się turystów bezlitośnie ciasno, żeby zmieścić jak najwięcej pasażerów) wynosi 50 bahtów za odległość ok. 15 km.






Nie zastanawialiśmy się długo. Zamieniliśmy pieniądze na kluczyk do pojazdu, zebraliśmy wszystkie niezbędne na cały dzień zapasy, kremy do opalania, spreje na moskity, aparat, wodę do picia i ruszyliśmy w drogę. Blisko 50-kilometrowa odległość z powodzeniem zapewniła nam atrakcji na cały dzień. Choć ściślej rzecz ujmując, na dwa dni, bo nie wszystko zdążyliśmy zobaczyć i musieliśmy tu wrócić jeszcze później. 

Najpierw pojechaliśmy na tzw. Amber Beach, która różni się od innych plaż tego regionu tym, że piasek jest tu pomarańczowy, niczym bursztyn. 

 

Potem udaliśmy się wzdłuż wybrzeża na południe, mijając po drodze wychodzące w morze molo, z którego roztaczał się widok na okolicę: mały port, domki rybackie i las mangrowy.


Las mangrowy.

Wreszcie, choć zupełnie przez przypadek spowodowany pomyleniem drogi (ze słabą mapą i przy słabo oznakowanych drogach o błąd nietrudno!), trafiliśmy do małej wioski rybackiej.



A wyjeżdżając z niej na właściwą drogę, odwiedziliśmy przydrożną zabytkową świątynię.  To tutaj, w chwili wytchnienia od palącego słońca i smagającego wiatru, mogliśmy przysiąść i odpocząć. Próbowaliśmy nawet medytować wg wskazówek umieszczonych na jednym z plakatów na ścianie wewnątrz budowli, ale skutki były marne. Spaleni słońcem i wyczerpani po kilku minutach w nieruchomej pozycji i z zamkniętymi oczami, ukołysani miarowym oddychaniem, najzwyczajniej w świecie zasypialiśmy! Postanowiliśmy więc położyć się na chwilę na wznak i po prostu się zdrzemnąć. 

Ze snu wyrwały nas odgłosy wchodzących do świątyni ludzi. Okazała się nimi para Włochów - młody chłopak z dziewczyną. W pierwszej chwili chcieliśmy się poderwać, ale zmęczenie wzięło górę. Leżeliśmy dalej, a przy ponownym otwarciu powiek, zauważyłam, że i oni wzięli z nas przykład i kontemplowali naścienne malowidła...na leżąco. :)


Wypoczęci i odświeżeni, ruszyliśmy dalej po około pół godzinie. O dziwo tyle czasu wystarczyło, żeby nabrać sił i być gotowym na kolejną dawkę wrażeń. Pojechaliśmy dalej, właściwą już drogą w stronę południowego krańca wyspy. 




Jeszcze tylko kilka kilometrów dzieliło nas od ukrytej za górami i za dżunglą Długiej Plaży, tzw. Long Beach... Kontynuowaliśmy długą podróż, zmierzając konsekwentnie w jej kierunku, ale droga tam, miała się okazać dłuższa, niż sądziliśmy... 

cdn.