środa, 2 grudnia 2015

Jak w baśniowym ogrodzie, czyli Montserrat k. Sintry.

Palacyk w Montserrat, to drugie miejsce w Sintrze, które (oprócz Palace de Pena) koniecznie trzeba zobaczyć. Nie jest on może aż tak rozreklamowany i pewnie niewiele osób zwróciłoby na niego uwagę, gdyby nie fakt, że bilet wstępu można kupić karnecie po prostu pójść tam niejako przy okazji. Błędem jednak byłoby sądzić, że miejsce to nie jest warte uwagi, albo, że jest jej warte mniej, niż wczeżniej omawiana ikona miasteczka - Pałac Pena. Montserrat ma wiele do zaoferowania i z pewnoscia niejednego z was miło zaskoczy.

O ile nie do końca rozumiem sens kupowania biletu wstępu wyłącznie do ogrodow Palace da Pena (chyba, zeby ktos chcial zaoszczedzic i jednoczesnie zobaczyc obiekt chociaż z zewnątrz), o tyle do Montserrat koniecznie polecam zabrać ze sobą nawet kocyk i piknikowe smakołyki, bo tutejszy park jest wręcz olśniewajacy i sam w sobie stanowi głowna atrakcję. 








Po alejkach i dróżkach można chodzić tu godzinami. Wszędzie pełno zieleni, dzisiątki drzew, krzewów  i kwiatow ze wszystkich stron świata, które swoją rożnorodnoscią zachwycą niejednego miłośnika botaniki. Roślin jest tu całe mnóstwo. Jedne bardziej kolorowe od drugich, a trzecie pachną jeszcze piękniej, niż obie poprzednie razem wzięte. Gdzieniegdzie można natknąć się na uroczą kamienną ławeczkę, schowaną gdzieś wśród krzewów, a jeszcze gdzie indziej na mały wodny zbiornik czy romantyczny starodawny mostek. Jeśli wybierzemy się kawałek w głąb parku, trafimy do ruin małej kapliczki, ktora, nie przymierzając wygląda, jakby ktoś ją przyniosł z Angkor Watt. Idealne miejsce na zdjęcia.










Sam park  podzielony jest na sekcje pod względem regionów świata, z których pochodzą wybrane gatunki roślin. Tworzy to dość ciekawą kompozycję, która w uporządkowany sposób pozwala nam odwiedzić przyrodniczy świat w pigułce. Wokoł Montserratu zobaczyć możemy,  m.in. ogród japoński z sadzawkami, afrykanskie pustynie i oazy z kaktusami, i aloesami, amazońską dżunglę wraz z jej palmami i kwiatami czy tez europejskie roże (choć może wrzesień to już nie najlepsza pora na te ostatnie).


 
 
















W samym centrum ogrodu usytuowany jest mały pałacyk w orientalnym stylu.  Stanowi on dziś, razem z Palace de Pena jeden z głównych przykładów architektury romantycznej XIX wieku. W jego wnętrzu oprócz rzeźbień i dekoracji ścian nie znajduje się wiele, ale ciagle warto go obejrzeć ze względu na ornamenty ścienne oraz sufitowe zdobienia.






 
Nie bęe się powtarzać pisząc o tym, jak można tu dojechać, bo informacje na ten temat znajdziecie w poprzedniej notce. Dodam tylko, że aby ułatwić sobie samo przemieszczanie się po Sintrze, możemy nabyć (w tym samym miejscu, co poprzednie, a więc nawet przed budynkiem dworca, lub bezposrednio od kierowcy) bilet na nieograniczoną liczbę przejazdów między wszystkimi przystankami dzielącymi pałac i centrum miasta. Koszt to, o ile dobrze pamietam, 3 lub 4 euro.

Ceny biletów wstępu do obiektu prezentują sie nastepujaco:   

Dorośli  (18 – 64 ) – 5 euro
Młodzież  (6 – 17) – 4 euro
Seniorzy  (+ 65) – 4 euro

środa, 18 listopada 2015

Pałac jak z bajki. Sintra i Pena.



Od razu powiem wprost: to nie jest Disneyland. 

Choć, jak Disneyland wygląda. 



Jeszcze przed wyjazdem, kiedy szukałam informacji o Portugalii, znalazłam w sieci taką oto opinię: "Jeśli zastanawiacie się, co powinniście zwiedzić w Lizbonie, to odpowiedz jest prosta - Sintrę". I jest w tym trochę prawdy, choć przekornej.  ...bo sama Sintra, to nie zabytek, ale  miejscowość położona o godzinę drogi kolejką podmiejską od stolicy. Miejscowośc zresztą faktycznie nie do ominięcia, stanowiącą tak zwany gwózdz programu podczas wycieczek na południe kraju. 

Niesamowitość tego miejsca polega na zgromadzeniu na niedużej przestrzeni aż pięciu zamków/ pałaców, z których każdy stanowi indywiduum i atrakcję sam w sobie. Żeby je zwiedzić, nie wystarczy jeden dzień. Ba, nie wystraczą nawet dwa. Jeśli ktoś ceni sobie spokój ducha i lubi cieszyć się pięknem, przeszukiwać zakamarki i posiedzieć sobie czasem w zacisznym miejscu, kontemplując otoczenie, musi brać pod uwagę 3 całodzienne wycieczki po okolicy. Wspomnę tylko, że podobnie, jak czasu, eksplorowanie okolicy wymaga też pieniędzy. Sporych. Dlatego my zdecydowałyśmy się na całodzienne wizyty w dwóch spośród pięciu pałaców, wybranych na podstawie opisów i fotografii w przewodniku w punkcie informacji turystycznej.  

Pierwszego dnia padło na Palace da Pena.

Po długiej i mozolnej wycieczce pod (niewielką, ale jednak) górę, asfaltową, niezbyt przyjemną nawierzchnią dotarłyśmy do bramek biletowych. Żeby nie było, że przechadzka upłynęła nam tak szybko, jak Wam mignęło pierwsze zdanie tego akapitu, podkreślę tylko, że upał, mała buteleczka wody, nieplanowanie tarabanienia się pod górę, mijające nas samochody i autobusy (na które wcale nie tak drogo można było kupić bilet!) i ludzie, którzy w połowie trasy poinformowali mijającą ich turystkę, że do końca pozostało jeszcze około godziny - nie sprzyjały nastrojom. No i droga... wspominałam może kiedyś, że niespecjalnie cenie sobie ścieżki leśne przypominające szlak do Morskiego Oka? No właśnie... 

Oczywiście bramki, to jeszcze nie koniec wędrówki. Dopiero tam, niezbyt entuzjastycznie nastawiony do świata pan ochroniarz podziurawił nam bilety i puścił do przodu, w górę. Ale przynajmniej jezdnia zmieniła się w leśny trakt i zrobiło się przyjemniej. Woda do picia się prawie skończyła, ale drzewa przyjemnie szumiały, ptaszki ćwierkały, było ciepło, ale powiewał wiatr i w cieniu szło się całkiem wygodnie. Jednym słowem - sielanka. 


Pół godziny marszu zawiodło nas do kolejnej bramki biletowej i pozwoliło wejść na dziedziniec. Zdyszane i zmachane zrobiłyśmy krótką przerwę na zdjęcia i oto, co udało nam się uchwycić:









Kilka zdań o samej budowli:


Pałac powstał w miejscu dawnego klasztoru hieronimitów, wybudowanego jeszcze za czasów króla Manuela I w 1511 roku. W 1838 r. Ferdynand I zajął niezamieszkany już od 4 lat kompleks budynków i rozpoczął jego odnowę. Część pomieszczeń została przebudowana, część odrestaurowano. W połowie XIX wieku powstało też nowe skrzydło pałacu, zwane Nowym Pałacem.

Podczas rekonstruowania siedziby, władca Portugalii bez dwóch zdań inspirował się założeniami sztuki i architektury romantycznej (wszak to i ta epoka, i nurt zacny ;) ). Dziś, jego dzieło, dumnie widniejąc na liście UNESCO, stanowi jeden ze sztandarowych przykładów zabytków architektonicznych epoki. Jak podaje strona oficjalna, inspiracje dla twórcy stanowić mogły zamki niemieckie: nadreńskie Stolzenfels i Rheinstein oraz Babelsberg z Poczdamu. Podobne?


zródło: http://www.mapio.cz/o/212186/

zródło: http://www.uli-franke.de/wp-content/uploads/2014/07/20140622_144833-Burg-Rheinstein.jpg

zródło: http://www.potsdam-park-sanssouci.de/daten/img/s-b.jpg














































GDZIE? CO? I JAK? 


DOJAZD


Dojechać najłatwiej pociągiem z Lizbony. Odjazdy regularnie co godzinę z samego centrum, stacja ROSSIO, przy placu Rossio. Jest to ten wielki biały budynek z zegarem na górze i łukowato ozdobionymi drzwiami (UWAGA: nie dajcie się zwieść i nie szukajcie dworca w okolicy stacji metra o tej samej nazwie, bo może się okazać, że te kilka minut spóznienia zmusi was do czekania na kolejny pociąg ;) Metro, choc nazwa wskazuje inaczej, zatrzymuje się przy sąsiednim placu).

Pierwszy pociąg startuje o 6.01, ostatni o 1.01. Kursują co godzinę a czas podróży to 40 minut. Można też zdecydować się na jazdę z przesiadką, od 6.31 dokładnie co godzinę. Zmienić pojazdy należy w miejscowości Benfica. Czas jazdy to wówczas 55 minut. 

Bilet kosztuje około 2 euro. 

Zweryfikować informacje i zarezerwować bilety można tu: 


(ale można też zrobić to na dworcu w kasie).

Pamiętajcie, żeby przybyć przynajmniej 10 minut przed odjazdem, bo inaczej możecie nie znalezć sobie miejsca do siedzenia (zwłaszcza w turystycznym okresie).

DOJŚCIE


Na miejscu można się przespacerować (jak się jest przygotowanym, to wcale nie taka zła opcja), albo wybrac wyjście wygodniejsze i kupić dzienny bilet na specjalny autobus, który kursuje w tę i z powrotem między pałacem a centrum Sintry. Koszt to 5 euro, ale można korzystać ile wlezie. Odjazdy zaraz spod dworca (tam też można zorganizować sobie mapkę z zaznaczoną resztą przystanków). 

BILETY


Dorosły ok. 11 euro
Dziecko do lat 5  - za darmo
Młodzież do lat 18 - 9 euro. 

Ceny mogą się różnić w zależności od okresu turystycznego a także od tego, czy kupujemy bilety łączone na jeszcze inne atrakcje. 

Wszystko dokładnie sprawdzić można tu: 

http://www.parquesdesintra.pt/en/plan-your-visit-en/price-simulator/ 














































niedziela, 1 listopada 2015

Podwodny świat w Lizbonie. Oceanarium.

Jeśli lubicie podglądać podwodny świat i fascynuje was oceaniczna fauna i flora, to dobrze trafiliście. Dziś opowiem Wam o miejscu, w którym czas płynie inaczej. Spokojniej i magiczniej. To tu, na wyciągnięcie ręki będziecie mieć okazy z Pacyfiku, Atlantyku czy Oceanu Indyjskiego. Zobaczycie namiastkę Antarktydy i puchate, niezdarne pingwiny, a zaraz potem przeniesiecie się na Karaiby, żeby podziwiać kolorowe rybki kryjące się w rafie koralowej. To tu staniecie oko w oko z dumnym rekinem i przeżyjecie niemałe zdziwienie spotykając ogromnego samogłowa - bardzo dziwną i przy tym najcięższą rybę kostnoszkieletową. A może dacie się przekonać ławicy makreli, że faktycznie jest jednym wielkim stworem morskim? 




 

Oceanarium w Lizbonie, to miejsce, które zdecydowanie TRZEBA odwiedzić, będąc w Portugalii. Na pozór nie jest duże i wydawałoby się, że wystarczy godzina, żeby je obejść... Niby ma tylko dwa piętra, a do tego dochodzi ta niezbyt duża powierzchnia...  może wcale nie warto? Nie dajcie się zwieść, gdyż akwariów jest tu wiele, a gatunków stworzeń w nich wyeksponowanych, jeszcze więcej! Dla miłośników przyrody na pewno nie zabraknie tu atrakcji. Trzeba tylko dobrze poszukać, bo niektóre ciekawe okazy poukrywane są w ciemnych zakamarkach, zupełnie, jak w głębinach wody.
 
Na wyższym poziomie możemy odwiedzić 4 sale, dostosowane temperaturowo do warunków naturalnych z danych regionów świata. Mamy tu chłodny basen z rybami i ptactwem, mamy tropikalną dżunglę i całą masę maleńkich kolorowych rybek, mamy lodowce i skały a na nich kilkunastoosobową rodzinę pingwinów i wreszcie zbiornik wodny dla dwóch samiczek Wydr Morskich (kałanów morskich), jednych z najslodszych stworzeń na świecie.  

 






 



Na dole, w terrariach mozemy podziwiać różnokolorowe jadowite żaby. Nieco dalej od nich, znajdziemy ukryte w rafie koralowej: potężnego kraba i ośmiornicę. Oprócz tego zobaczymy bogate pokłady rafy koralowej, ukwiały i całą masę wodnych żyjątek, włącznie z konikami morskimi i... smokami morskimi (z ang. sea dragon, na polski tłumaczymy jako Pławikonik Australijski)!

Sea Dragon we własnej osobie.
 
 Zwiedzenie tych dwóch pięter miłośnikom wodnego świata spokojnie wypełni parę godzin. Niesposób bowiem obojętnie przejść obok bogactwa zbiorów i nie zatrzymywać się na kilka minut przy każdym ze zbiorników, zwłaszcza, że całość jest dość rzeczowo opisana na tabliczkach informacyjnych.

Oba poziomy są do tego niezwykle ciekawe, jednak nie można zapomnieć o najważniejszym punkcie wycieczki - ogromnym akwarium usytuowanym w samym sercu budynku a możliwym do podziwiania zarówno z dolnego, jak i górnego poziomu). Jak podają władze instytucji, w akwenie tym znajduje się ponad 5 milionów litrów morskiej wody! Pływają w nim wszyscy najwięksi podopieczni oceanarium: rekiny, płaszczki, samogłów, manta czy itajara goliat (o niektórych z nich, nawet wcześniej nie słyszałam!). Najlepsze w tym wszystkim jest to, że owo centralne akwarium dostępne jest z każdego niemal miejsca w budynku i dzięki temu umożliwia zwiedzającym obserwowanie wodnego świata niemal cały czas i nikt nie musi się spieszyć, zeby ustápic miejsca innym! Widok jest niemalże panoramiczny i daje złudzenie  realizmu, zupelnie, jakby stanelo sié na dnie oceanu. 

Zobaczcie sami:


Ławica makreli.


Rekin.





Sunfish, czyli Samogłów. Najcięższa ryba kostnoszkieletowa, któa może osiągać do trzech metrów długości i dwóch ton ciężaru. Jest też jedną z najbardziej płodnych ryb, jednorazowo może wypuścić do 300milionów jaj!






***



Jak dostać się do lizbońskiego oceanarium? Otóż, znajduje się ono pod adresem: 

Esplanada Dom Carlos I s/nº, 1990-005 Lisboa

Najłatwiej dojechać tu z centrum autobusem (numery: 5, 25, 28, 44, 708, 750, 759, 782, 794), bądz meterm (linia czerwona). W obu przypadkach przystankiem końcowym będzie Stacja Oriente.


Ceny biletów: 

Dziecko do lat 3 - darmowe wejście
Dziecko 4-12 lat - 9.90 euro 
Dzieci powyżej 13 lat i dorośli - 15.30 euro 
Seniorzy +65 lat - 9.90 euro
Rodzina (2 dorosłych i 2 dzieci) - 44 euro
Dziecko "extra" do biletu rodzinnego - 5.50 euro

Oceanarium oferuje także wykłady i lekcje dla młodzieży, wycieczki z przewodnikiem, organizację przyjęć urodzinowych, koncerty dla maluchów w baśniowej konwencji oraz specjalne nocne zwiedzania budynku połączone z nocowaniem! Więcej szczegółów tu: http://www.oceanario.pt/en/


***



Sea otter, kałan morski to właściciel najcieplejszego futra wśród wszystkich ssaków! Ponieważ przedstawieciele tego gatunku żyją w chłodnych wodach, a ich ciało, w przeciwieństwie do innych ssaków nie ma tkanki tłuszczowej, ich furo musi być wyjątkowo gęste i ciepłe.






poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Erawan National Park. Gdzie spać?

Kiedy wysiedliśmy za bramą Parku Narodowego Erawan, zorientowałam sie, ze dzień wczesniej podjęliśmy madrą decyzję. Nie mielibyśmy gdzie przenocować i bylibyśmy zmuszeni koczować całą noc, gdzieś pod daszkiem na czyimś tarasie, albo na którejś z ławek. Nie mowię, ze tego nigdy wcześniej nie robiliśmy, ale w dżungli to jakoś trochę inaczej.

Gdybyśmy przyjechali wczoraj, bylibyśmy jedynymi podrożnymi, w dodatku zostawionymi jakieś 2 kilometry niżej, w tej tyci-tyci maleńkiej wioseczce, w której parkuje na noc lokalny autobus. W ciemności mogłoby być strasznie i nieprzyjemnie. Piąć sie pod górę, z ciężkimi plecakami, bez nadziei na cos do zjedzenia (a wlasciwie z nadzieją ale taką, która szybko miałaby zostać rozwiana, bo o 18:00 wszystkie budki z jedzeniem zostają zamknięte na głucho), przy tajemniczych dzwiękach puszczy i być może jeszcze w towarzystwie małp, to jakoś tak… mało zachecająco. Dobrze, ze poczekaliśmy.

* * *

Kiedy wraz z porannym tłumem podróżnych wytoczyliśmy się z dusznego busa do niemal równie dusznego świata, mimo, że byliśmy drudzy w kolejce, dowiedzieliśmy się, ze NIE MA już dla nas miejsc.

Co prawda, poza weekendem jest mniejszy ruch (dlatego też ceny sa promocyjnie zmniejszone nawet o 1/3)  a tak prawdę mówiąc, to jestesmy poza sezonem, wiec w ogóle powinno byc cicho i pusto, ale to nie zmienia faktu, ze miejsc NIE MA. Nie dla dwóch osob. Co innego,  na przykład dla czterech…

Z uporem patrzyliśmy to na otwarty folder, który pani recepcjonistka rozlozyla przed nami, to na nią. Jakby łudząc się, że jeśli zagramy na zwłokę, to wyjście znajdzie się samo. Albo może... może pani recepcjonistka znajdzie je dla nas? Nie wiem, zlituje się, zaproponuje coś innego, przypomni sobie, że przeoczyła jakiś pokój...

Nic z tych rzeczy bynajmniej. Na pomoc, taką rzetelną, jakiej oczekiwalibyśmy w takiej sytuacji nauczyłam się podczas podróży nie liczyć. Sektory usługowe (zwłaszcza w Azji) nie są w stanie sprostać moim oczekiwaniom, ani znalezć wyjścia z naszych problemów. Wyjście musieliśmy znalezć sami.

Jeszcze raz spojrzałam na ulotkę reklamową ośrodka. Byly tam zdjecia, opisy i rozne warianty cenowe. Koszt noclegu w dwuosobowym bungalowie wynosił 800 bahtów (ok. 80 zł), zaś w czteroosobowym 1200. Biorąc pod uwagę, że jeśli nie przenocujemy w Parku, to będziemy musieli się z niego zwinąć przed 17:00, decyzja nie wydawała się trudna. Różnica cenowa nie była taka znowu ogromna.

- Czy macie dostępne czteroosobowe pokoje? - zapytaliśmy.

Pani w odpowiedzi spojrzała na nas niepewnie, wysilając się w myślach i próbując zlokalizować pozostałe dwie osoby. Wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego. Wahała się. Jak tu wynająć czteroosobowy pokój dwójce ludzi?

- Mamy. Ale...

- No więc czy moglibyśmy wynająć taki domek?

- Ale... - połączenia w mózgu pani przegrzewały się, rozbiegany wzrok i niepewna mina świadczyły same za siebie. Sytuacja stawała się napięta i niekomfortowa. 
 
- Przepraszamy, czy naprawdę nie ma już domków dla par? - dobiegł nas zza pleców żeński głos.

Obok nas stała droba, ciemnowłosa dziewczyna a zaraz za nią, z bagażami stał jej chłopak. Wyglądali na zmęczonych, kropelki potu perliły się na ich twarzach. Widać było, że są tak samo zdesperowani, jak my.

- No właściwie to nie ma, ale my zastanawiamy się nad wykupieniem czwórki. W końcu i tak nie mamy wyjścia - odparłam i uśmiechęłam się niepewnie. - Może...

- Może chcecie wynająć go z nami? W końcu będą tam dwa duże oddzielne łóżka - zaproponował Rafał z nutką nadziei w głosie.

Zauważyłam błysk w oku i poczułam nić porozumienia. Podpisaliśmy rachunki, zrzuciliśmy się wszyscy razem na zapłatę i zostawiliśmy panią recepcjonistkę uwalniając ją od trudnej decyzji. Wyraznie odetchnęła z ulgą.

My też odetchnęliśmy, bo nie dość, że nie byliśmy zmuszeni płacić za cale lokum sami, to jeszcze okazało się, że w ramach pozaweekendowej obniżki cen, wartość naszego noclegu spadła niemal do ceny dwójki. Zapłaciliśmy 840 bahtów, a w dodatku podzieliliśmy opłatę przez dwa. Nie musieliśmy wracac po południu do Kanchanaburi, ani spać pod gwiazdami. Problem rozwiązał się sam.

Żeby było śmieszniej, kiedy dotarliśmy z ową belgijską parą na miejsce, okazało się, że domek w niczym nie przypomina znanych nam z biwaków i kolonii domków nad polskimi jeziorami, gdzie wszyscy śpią we wspólnych pokojach i siedzą sobie na głowach. Zero wyrzeczeń. Pełen komfort i prywatność. Domek miał dwa oddzielne wejścia, zamykane na dwa oddzielne klucze. W środku, dwa identyczne pokoje, każdy z osobną łazienką. Ogromny taras, wiatraki na sufitach (klimatyzacji w takich miejscach nie należy się spodziewać), stoliki, krzesła i szafy. Jedyne co było wspólne to mała lodóweczka na balkonie.

Jedyne o czym wszyscy pomyśleliśmy po wejściu do środka to: Dlaczego, do diaska, oni tego nie wynajmują jako osobne kwatery?






Cennik (w sezonie podczas weekendów):

Bungalow dla 2 osób: 800
Bungalow dla 4 osób: 1200
Bungalow dla 6 osób: 1800
Bungalow dla 8 osób:  2400

Od poniedziałku do czwartku ceny spadają o ok. 30 procent.

Na miejscu jest też pole namiotowe, wypożyczalnia namiotów, karimat i śpiworów (choć śpiwór polecam zawsze mieć swój).

Za 150 bahtów mogą przespać się w wypożyczonym namiocie 2 osoby, za 225 bht - 3, a za  300 - 4.
Śpiwór to koszt 30 bahtów, karimata - 20, poduszka 10, a lampa - 30.

Na miejscu jest też dostępny parking, zaplecze gastronomiczne no i oczywiście wspólne łazienki i toalety.

Wykaz cen i rozmiarów pokoi możecie znalezć tutaj:
http://www.dnp.go.th/parkreserve/asp/style1/default.asp?npid=107&lg=2

Na tej stronie podano także numer i mail kontaktowy, więc jeśli wolelibyście nie ryzykować (zwłaszcza w sezonie), to chyba warto zabukować sobie wcześniej.

Formularz rezerwacyjny: http://www.dnp.go.th/parkreserve/reservation.asp

środa, 22 lipca 2015

Z Ayuttai do Erawanu, czyli jak pokonać małą odległość w dużo czasu. Cz. III

Następnego dnia wstaliśmy raniutko i skoro świt dziarsko ruszyliśmy przed siebie. Mieliśmy do pokonania około dwóch kilometrów na dworzec autobusowy, a potem zaledwie 70, żeby dotrzeć do Parku Narodowego Erawan. Bułka z masłem. Dwie-dwie i pół godziny, i jesteśmy na miejscu. Przecież to bliziutko. 

Słońce wstało razem z nami. Jeszcze nie jest gorąco, ale już czuć, że powietrze robi się coraz bardziej duszne. Wszystko i wszyscy pomału budzą się do życia. Niewiele sklepików jest otwartych, ale ulice się zaludniają i ruch na drogach się wzmaga. Jesteśmy zadowoleni, ze udało nam się tak wcześnie wydostać z łożek i że prawdopodbnie będziemy jednymi z pierwszych rannych ptaszków w drodze na wodospad. 

Nie!

Nie, nie i jeszcze raz nie! I niech Was nie zwiedzie taka myśl następnym razem. To, że jest lekko przed sezonem, i że turystów nie ma zbyt wielu, wcale nie znaczy, że nie wyrosną spod ziemi w zupełnie ostatniej chwili. To, że 70-kilometrowa trasa przewidziana jest na 2 godziny jazdy, a kolejny autobus zamiast o 8:00 odjeżdża bodajże o 10:00 powinno Was ostrzec i utwierdzić w świadomości, że nie tylko Wy wpadliście na pomysł, by wyruszyć rano. Niech nie zwiedzie Was też myśl, że dużo chętnych oznacza więcej busików, ani że skoro odjazd jest o 8:00, to można zjawić się tylko chwilkę przed. 

Nie!

Kiedy docieramy na miejsce jest 7:40. Szybko odnajdujemy nasz transport - jest najbardziej oblegany na całym dworcu i już z daleka świeci się od nieopalonych twarzy Europejczyków. Ładujemy się do środka. Tylko, że... w środku nie ma już miejsc. 

Rozglądam się niepewnie, ale mam problem nawet ze znalezieniem miejsca do stania. Wnętrze jest małe, ciasne a sufit niski tak, że nawet ja prawie sięgam głową jego powały. Zestawiamy plecaki zaraz za fotelami, jak najbliżej ścianki, żeby być pewni, że nie wylecą przez drzwi, albo nie spadną komuś na nogi. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to będzie niemożliwe... 

Francuz z malutką córeczką robią mi miejsce. Mała siada ojcu na kolanach a ja dostaję 3/4 fotela. Luksus. Rafał zostaje w przejściu i siada na plecaku. Jesteśmy pełni, tzn. autobus jest. Tzn. właściwie to nie autobus a cos w rodzaju busika. W każdym razie - pełego ludzi. Jedźmy! Dlaczego nie ruszamy? Moglibyśmy być wcześniej, a przecież i tak nikt więcej się nie zmieści... 

W ciągu następnych 15 minut dołączyły do nas przynajmniej dwie pary backpackersów, starszy pan Taj, dwie dziewczyny i jeszcze kilka osób, o których nic więcej nie pamiętam, prócz tego, że były nie mniej zaskoczone, niż my wszyscy.Nie muszę dodawać, że każda z tych osób miała jakiś mały plecak, a owe pary przybyły z regularnymi plecakami podróżnymi? Dla nich też znalazła się przestrzeń. 

Czasem wydaje mi się, że azjatyckie środki transportu publicznego mają w sobie coś z lampy Aladyna. Niby małe, niby obskurne, niby nie ma powietrza i niezbyt czysto, ale jak co do czego, pomieszczą wszystko, co potrzeba. I wiatrak, i lampę i stadko świń, i oczywiście tylu ludzi, ilu wymaga sytuacja. Praktycznie, jak PKP przed świętami, albo w wakacje (tylko, że my to niby ten cywilizowany europejski kraj).

Jedziemy powolutku. Mijamy zakręt za zakrętem. Wyjeżdżamy z miasta, a domki i stragany pomału zamieniają się w dżunglę. Po kilku chwilach nie widać już nic prócz gąszczu drzew i buszu. No i oczywiście poza głowami ludzi, którzy zasłaniają wszystko pozostałe. Nie da się rozglądać. Ba! Nie da się nawet poruszyć. O sięgnięciu do plecaka nie ma mowy. Jest taki tłum, że żeby się nie udusić wszystkie okna trzymamy otwarte, ale wtedy z kolei wieje - wieje niemożliwie. Zasłaniam się ręką, przykrywam szyję cieniutką chustą, którą miałam na głowie i zapadam w ciężki, przerywany co chwilę sen. 

Kiedy się budzę, ten co jechał w otwartych szeroko drzwiach, stojąc jedną nogą w śroku a drugą na schodkach ciągle tam stoi. Nie wypadł, znaczy - dobrze. Ale obok niego stoi ktoś nowy. Nie było go wcześniej! Niesłychane! Zatrzymujemy się znów, by zabrać kolejnych pasażerów. Szaleństwo! Gdzie oni będą jechać? Na dachu? Okazuje się, że wewnątrz było jeszcze całkiem sporo przestrzeni. Ciekawe, czy tlenu wystarczy. 

Skręcamy w lewo. Pniemy się pod górę. Powoli i mozolnie, wszak auto jest już przeładowane a silnik zapewne nie należy do najmocnieszych. Od czasu do czasu podskakujemy na kamieniu i obijamy się na zakrętach. Wjeżdżamy do ostatniej wioseczki. Uświadamiamy sobie, że gdybyśmy dzień wcześniej wybrali się do Erawanu, busik skończyłby swój bieg właśnie tutaj. Po ciemku, z zamkniętym wszystkim i praktycznie bez ludzi. Oddychamy z ulgą. Dobrze zrobiliśmy. Nasz samochodzik ostatkiem sił toczy się finałowe kilka kilometrów pod górę, by wysadzić nas przed główną kwaterą Parku.