poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Erawan National Park. Gdzie spać?

Kiedy wysiedliśmy za bramą Parku Narodowego Erawan, zorientowałam sie, ze dzień wczesniej podjęliśmy madrą decyzję. Nie mielibyśmy gdzie przenocować i bylibyśmy zmuszeni koczować całą noc, gdzieś pod daszkiem na czyimś tarasie, albo na którejś z ławek. Nie mowię, ze tego nigdy wcześniej nie robiliśmy, ale w dżungli to jakoś trochę inaczej.

Gdybyśmy przyjechali wczoraj, bylibyśmy jedynymi podrożnymi, w dodatku zostawionymi jakieś 2 kilometry niżej, w tej tyci-tyci maleńkiej wioseczce, w której parkuje na noc lokalny autobus. W ciemności mogłoby być strasznie i nieprzyjemnie. Piąć sie pod górę, z ciężkimi plecakami, bez nadziei na cos do zjedzenia (a wlasciwie z nadzieją ale taką, która szybko miałaby zostać rozwiana, bo o 18:00 wszystkie budki z jedzeniem zostają zamknięte na głucho), przy tajemniczych dzwiękach puszczy i być może jeszcze w towarzystwie małp, to jakoś tak… mało zachecająco. Dobrze, ze poczekaliśmy.

* * *

Kiedy wraz z porannym tłumem podróżnych wytoczyliśmy się z dusznego busa do niemal równie dusznego świata, mimo, że byliśmy drudzy w kolejce, dowiedzieliśmy się, ze NIE MA już dla nas miejsc.

Co prawda, poza weekendem jest mniejszy ruch (dlatego też ceny sa promocyjnie zmniejszone nawet o 1/3)  a tak prawdę mówiąc, to jestesmy poza sezonem, wiec w ogóle powinno byc cicho i pusto, ale to nie zmienia faktu, ze miejsc NIE MA. Nie dla dwóch osob. Co innego,  na przykład dla czterech…

Z uporem patrzyliśmy to na otwarty folder, który pani recepcjonistka rozlozyla przed nami, to na nią. Jakby łudząc się, że jeśli zagramy na zwłokę, to wyjście znajdzie się samo. Albo może... może pani recepcjonistka znajdzie je dla nas? Nie wiem, zlituje się, zaproponuje coś innego, przypomni sobie, że przeoczyła jakiś pokój...

Nic z tych rzeczy bynajmniej. Na pomoc, taką rzetelną, jakiej oczekiwalibyśmy w takiej sytuacji nauczyłam się podczas podróży nie liczyć. Sektory usługowe (zwłaszcza w Azji) nie są w stanie sprostać moim oczekiwaniom, ani znalezć wyjścia z naszych problemów. Wyjście musieliśmy znalezć sami.

Jeszcze raz spojrzałam na ulotkę reklamową ośrodka. Byly tam zdjecia, opisy i rozne warianty cenowe. Koszt noclegu w dwuosobowym bungalowie wynosił 800 bahtów (ok. 80 zł), zaś w czteroosobowym 1200. Biorąc pod uwagę, że jeśli nie przenocujemy w Parku, to będziemy musieli się z niego zwinąć przed 17:00, decyzja nie wydawała się trudna. Różnica cenowa nie była taka znowu ogromna.

- Czy macie dostępne czteroosobowe pokoje? - zapytaliśmy.

Pani w odpowiedzi spojrzała na nas niepewnie, wysilając się w myślach i próbując zlokalizować pozostałe dwie osoby. Wyraz jej twarzy nie wróżył nic dobrego. Wahała się. Jak tu wynająć czteroosobowy pokój dwójce ludzi?

- Mamy. Ale...

- No więc czy moglibyśmy wynająć taki domek?

- Ale... - połączenia w mózgu pani przegrzewały się, rozbiegany wzrok i niepewna mina świadczyły same za siebie. Sytuacja stawała się napięta i niekomfortowa. 
 
- Przepraszamy, czy naprawdę nie ma już domków dla par? - dobiegł nas zza pleców żeński głos.

Obok nas stała droba, ciemnowłosa dziewczyna a zaraz za nią, z bagażami stał jej chłopak. Wyglądali na zmęczonych, kropelki potu perliły się na ich twarzach. Widać było, że są tak samo zdesperowani, jak my.

- No właściwie to nie ma, ale my zastanawiamy się nad wykupieniem czwórki. W końcu i tak nie mamy wyjścia - odparłam i uśmiechęłam się niepewnie. - Może...

- Może chcecie wynająć go z nami? W końcu będą tam dwa duże oddzielne łóżka - zaproponował Rafał z nutką nadziei w głosie.

Zauważyłam błysk w oku i poczułam nić porozumienia. Podpisaliśmy rachunki, zrzuciliśmy się wszyscy razem na zapłatę i zostawiliśmy panią recepcjonistkę uwalniając ją od trudnej decyzji. Wyraznie odetchnęła z ulgą.

My też odetchnęliśmy, bo nie dość, że nie byliśmy zmuszeni płacić za cale lokum sami, to jeszcze okazało się, że w ramach pozaweekendowej obniżki cen, wartość naszego noclegu spadła niemal do ceny dwójki. Zapłaciliśmy 840 bahtów, a w dodatku podzieliliśmy opłatę przez dwa. Nie musieliśmy wracac po południu do Kanchanaburi, ani spać pod gwiazdami. Problem rozwiązał się sam.

Żeby było śmieszniej, kiedy dotarliśmy z ową belgijską parą na miejsce, okazało się, że domek w niczym nie przypomina znanych nam z biwaków i kolonii domków nad polskimi jeziorami, gdzie wszyscy śpią we wspólnych pokojach i siedzą sobie na głowach. Zero wyrzeczeń. Pełen komfort i prywatność. Domek miał dwa oddzielne wejścia, zamykane na dwa oddzielne klucze. W środku, dwa identyczne pokoje, każdy z osobną łazienką. Ogromny taras, wiatraki na sufitach (klimatyzacji w takich miejscach nie należy się spodziewać), stoliki, krzesła i szafy. Jedyne co było wspólne to mała lodóweczka na balkonie.

Jedyne o czym wszyscy pomyśleliśmy po wejściu do środka to: Dlaczego, do diaska, oni tego nie wynajmują jako osobne kwatery?






Cennik (w sezonie podczas weekendów):

Bungalow dla 2 osób: 800
Bungalow dla 4 osób: 1200
Bungalow dla 6 osób: 1800
Bungalow dla 8 osób:  2400

Od poniedziałku do czwartku ceny spadają o ok. 30 procent.

Na miejscu jest też pole namiotowe, wypożyczalnia namiotów, karimat i śpiworów (choć śpiwór polecam zawsze mieć swój).

Za 150 bahtów mogą przespać się w wypożyczonym namiocie 2 osoby, za 225 bht - 3, a za  300 - 4.
Śpiwór to koszt 30 bahtów, karimata - 20, poduszka 10, a lampa - 30.

Na miejscu jest też dostępny parking, zaplecze gastronomiczne no i oczywiście wspólne łazienki i toalety.

Wykaz cen i rozmiarów pokoi możecie znalezć tutaj:
http://www.dnp.go.th/parkreserve/asp/style1/default.asp?npid=107&lg=2

Na tej stronie podano także numer i mail kontaktowy, więc jeśli wolelibyście nie ryzykować (zwłaszcza w sezonie), to chyba warto zabukować sobie wcześniej.

Formularz rezerwacyjny: http://www.dnp.go.th/parkreserve/reservation.asp

środa, 22 lipca 2015

Z Ayuttai do Erawanu, czyli jak pokonać małą odległość w dużo czasu. Cz. III

Następnego dnia wstaliśmy raniutko i skoro świt dziarsko ruszyliśmy przed siebie. Mieliśmy do pokonania około dwóch kilometrów na dworzec autobusowy, a potem zaledwie 70, żeby dotrzeć do Parku Narodowego Erawan. Bułka z masłem. Dwie-dwie i pół godziny, i jesteśmy na miejscu. Przecież to bliziutko. 

Słońce wstało razem z nami. Jeszcze nie jest gorąco, ale już czuć, że powietrze robi się coraz bardziej duszne. Wszystko i wszyscy pomału budzą się do życia. Niewiele sklepików jest otwartych, ale ulice się zaludniają i ruch na drogach się wzmaga. Jesteśmy zadowoleni, ze udało nam się tak wcześnie wydostać z łożek i że prawdopodbnie będziemy jednymi z pierwszych rannych ptaszków w drodze na wodospad. 

Nie!

Nie, nie i jeszcze raz nie! I niech Was nie zwiedzie taka myśl następnym razem. To, że jest lekko przed sezonem, i że turystów nie ma zbyt wielu, wcale nie znaczy, że nie wyrosną spod ziemi w zupełnie ostatniej chwili. To, że 70-kilometrowa trasa przewidziana jest na 2 godziny jazdy, a kolejny autobus zamiast o 8:00 odjeżdża bodajże o 10:00 powinno Was ostrzec i utwierdzić w świadomości, że nie tylko Wy wpadliście na pomysł, by wyruszyć rano. Niech nie zwiedzie Was też myśl, że dużo chętnych oznacza więcej busików, ani że skoro odjazd jest o 8:00, to można zjawić się tylko chwilkę przed. 

Nie!

Kiedy docieramy na miejsce jest 7:40. Szybko odnajdujemy nasz transport - jest najbardziej oblegany na całym dworcu i już z daleka świeci się od nieopalonych twarzy Europejczyków. Ładujemy się do środka. Tylko, że... w środku nie ma już miejsc. 

Rozglądam się niepewnie, ale mam problem nawet ze znalezieniem miejsca do stania. Wnętrze jest małe, ciasne a sufit niski tak, że nawet ja prawie sięgam głową jego powały. Zestawiamy plecaki zaraz za fotelami, jak najbliżej ścianki, żeby być pewni, że nie wylecą przez drzwi, albo nie spadną komuś na nogi. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że to będzie niemożliwe... 

Francuz z malutką córeczką robią mi miejsce. Mała siada ojcu na kolanach a ja dostaję 3/4 fotela. Luksus. Rafał zostaje w przejściu i siada na plecaku. Jesteśmy pełni, tzn. autobus jest. Tzn. właściwie to nie autobus a cos w rodzaju busika. W każdym razie - pełego ludzi. Jedźmy! Dlaczego nie ruszamy? Moglibyśmy być wcześniej, a przecież i tak nikt więcej się nie zmieści... 

W ciągu następnych 15 minut dołączyły do nas przynajmniej dwie pary backpackersów, starszy pan Taj, dwie dziewczyny i jeszcze kilka osób, o których nic więcej nie pamiętam, prócz tego, że były nie mniej zaskoczone, niż my wszyscy.Nie muszę dodawać, że każda z tych osób miała jakiś mały plecak, a owe pary przybyły z regularnymi plecakami podróżnymi? Dla nich też znalazła się przestrzeń. 

Czasem wydaje mi się, że azjatyckie środki transportu publicznego mają w sobie coś z lampy Aladyna. Niby małe, niby obskurne, niby nie ma powietrza i niezbyt czysto, ale jak co do czego, pomieszczą wszystko, co potrzeba. I wiatrak, i lampę i stadko świń, i oczywiście tylu ludzi, ilu wymaga sytuacja. Praktycznie, jak PKP przed świętami, albo w wakacje (tylko, że my to niby ten cywilizowany europejski kraj).

Jedziemy powolutku. Mijamy zakręt za zakrętem. Wyjeżdżamy z miasta, a domki i stragany pomału zamieniają się w dżunglę. Po kilku chwilach nie widać już nic prócz gąszczu drzew i buszu. No i oczywiście poza głowami ludzi, którzy zasłaniają wszystko pozostałe. Nie da się rozglądać. Ba! Nie da się nawet poruszyć. O sięgnięciu do plecaka nie ma mowy. Jest taki tłum, że żeby się nie udusić wszystkie okna trzymamy otwarte, ale wtedy z kolei wieje - wieje niemożliwie. Zasłaniam się ręką, przykrywam szyję cieniutką chustą, którą miałam na głowie i zapadam w ciężki, przerywany co chwilę sen. 

Kiedy się budzę, ten co jechał w otwartych szeroko drzwiach, stojąc jedną nogą w śroku a drugą na schodkach ciągle tam stoi. Nie wypadł, znaczy - dobrze. Ale obok niego stoi ktoś nowy. Nie było go wcześniej! Niesłychane! Zatrzymujemy się znów, by zabrać kolejnych pasażerów. Szaleństwo! Gdzie oni będą jechać? Na dachu? Okazuje się, że wewnątrz było jeszcze całkiem sporo przestrzeni. Ciekawe, czy tlenu wystarczy. 

Skręcamy w lewo. Pniemy się pod górę. Powoli i mozolnie, wszak auto jest już przeładowane a silnik zapewne nie należy do najmocnieszych. Od czasu do czasu podskakujemy na kamieniu i obijamy się na zakrętach. Wjeżdżamy do ostatniej wioseczki. Uświadamiamy sobie, że gdybyśmy dzień wcześniej wybrali się do Erawanu, busik skończyłby swój bieg właśnie tutaj. Po ciemku, z zamkniętym wszystkim i praktycznie bez ludzi. Oddychamy z ulgą. Dobrze zrobiliśmy. Nasz samochodzik ostatkiem sił toczy się finałowe kilka kilometrów pod górę, by wysadzić nas przed główną kwaterą Parku.







sobota, 23 maja 2015

Z Ayuttai do Erawanu, czyli jak pokonać małą odległość w dużo czasu. Cz. II.

Pytamy na stacji o transport do Parku Narodowego Erawan i dowiadujemy się, że ostatni autobus wlaśnie stoi na stanowisku i niebawem odjedzie.W pośpiechu zarzucamy plecaki na siebie i pędem ruszamy w kierunku niebieskiego, ni to vana ni to autobusu. Zdążyliśmy.

Próbujemy dowiedzieć się, ile kosztuje bilet, ale kierowca tylko macha na nas ze zniecierpliwieniem, pokazując drzwi i sugerując, że mamy pakować się do środka. Nie ma co się szarpać, ile by to nie było, w publicznym autobusie chyba z nas nie zedrą. Przewodnik sugeruje, że bilet nie powinien kosztować więcej niż 50 bahtów, a przejazd nie powinien być dłuższy niż 90 minut. Brzmi prawdopodobnie i rozsądnie. Czemu rzeczywistosć miałaby być inna? 

Jest przed 17, jeszcze nie ciemno, ale już niebawem słońce będzie się chować za horyzontem. Na pewno jest to nasza ostatnia szansa, żeby jeszcze dziś dostać się na miejsce. Ładujemy się do środka i sadowimy z tyłu. Jest wąsko, siedzenia są nieduże a plecaków nie chcemy zostawiać bez opieki. Wybieramy mniej wygodną alternatwę i wciskamy je sobie pod nogi. Bierzemy głębszy oddech i czekamy. 


Czekamy...




Czekamy... 





Czekamy...


Mija pół godziny a my ciągle tkwimy w tym samym niezmienionym położeniu. Za oknem ciągle dworzec Kachanaburi, ci sami ludzie i te same autobusy. Nic sięnie rusza. Powietrze ani drgnie. Wszystko, jakby zamarło. Przed oczami przewijają nam się wiercące się na siedzeniach młode Tajki. Nie wyglądają na zniecierpliwione, po prostu czekają, aż bus ruszy i zawiezie je ze szkoły do domu. My, w przeciwieństwie do nich, niecierpliwimy się coraz bardziej. Rozglądamy się na boki, ale nie wygląda, jakby sytuacja miała się niedługo zmienić. Zaczynamy się zastanawiać, czy pchanie się do góry jeszcze dziś ma jakikolwiek sens.

W przewodniku napisali, że nocleg w bungalowach parku należy wcześniej zarezerwować, a my tego nie zrobiliśmy. Czy ktokolwiek nam otworzy? Czy w ogóle będziemy wiedzieli dokąd iśc? Czy po ciemku, bo przecież zanim dojedziemy - słońce zajdzie, zdołamy w ogóle zorientować się w terenie? Jak w ogóle wygląda baza noclegowa w tajskim Parku Narodowym? A co, jeśli okaże się, że wszytsko zamknięte na głucho, a my skończymy na noc w środku dżungli, bez możliwości powrotu i całą noc będziemy musieli spędzić pod gołym niebem w towarzystwie odłosów puszczy? Ogarnął mnie strach. Niby zawsze chciałam na dziko, do dżungli i w ogóle, ale może niekoniecznie na pałę i bez zastanowienia ryzykować własne zdrowie? Przecież to ostatni bus tego wieczoru! Nic już nie będzie jechało z powrotem! Zostaniemy tam, jeśli nasze zagranie va banque się nie powiedzie. 

Czy to ma sens? - pytam Rafała, tłumacząc mu swoje wątpliwości. - Z jednej strony szkoda czasu i fajnie byłoby dostać się na miejsce jeszcze dziś, z drugiej... może jednak lepiej zachować się rozsądniej i jutro rano, skoro świt ruszyć tam, jak normalni ludzie?  
 

Na szczęście nikt nie pobrał od nas opłaty. Najwidoczniej nikomu się nie spieszyło, wiedzieli, że prędzej czy pózniej wóz się zapełni i z kompletem pasażerów ruszy przed siebie.

Bez nas. Byliśmy jedynymi potencjalnymi pasażerami-turystami i to ostatecznie odwiodło nas od pomysłu podróżowania w nocy. Wysiedliśmy. 

Szkoda, że nie udało nam się pokonać całej trasy w jeden dzień. Pokonało nas 200 kilometrów, które powinniśmy móc sami pokonać w jakieś 2 godziny.  Zamiast tego minęło ich 7, a my przebyliśmy 3/4 drogi. Szału nie ma. Nie pomogło nawet to, że podróż rozpoczęliśmy rano. No, może nie bladym świtem, ale jednak rano. Braliśmy pod uwagę, że może się przeciągnąc, ale nie, że cały plan spali na panewce. Trochę było mi żal, ale Kanchanaburi też okazuje się niegłupim miejscem na spędzenie wieczoru.


sobota, 9 maja 2015

Z Ayuttai do Erawanu, czyli jak pokonać małą odległość w dużo czasu. Cz. I.

Żar leje się z nieba. To dobrze. Jest listopad, więc nie będę narzekać, że mi za gorąco. Zbliża się południe. Idę, uginając się pod ciężarem plecaka i powoli wtapiając się w podłoże. Moje nogi, oblepione potem stają się pomału jednością z asfaltem, który jest pod nimi. Kurz wdziera się do oczu i zostaje na mokrych od gorąca policzkach.


Ayuttaya nie jest długim miastem, ale się takim wydaje,  kiedy się idzie z bagażami. Do tego my musimy dotrzeć dalej, niż tylko do dworca. Wybieramy się do Erawanu, do Parku Narodowego, żeby zobaczyć dżunglę i wodospad.


Jeszcze beztrosko i bez plecorów :)





Przeczytaliśmy, że aby dostać się z Ayuttai do Kachanaburi, z którego już bezpośrednio można złapać coś do Erawanu, należy najpierw złapać transport do miasta, zwanego Suphanburi. Przewodnik nie powiedział nam jednoznacznie gdzie takowy znaleć, a część tubylców patrzyła na nas jak na kosmitów (nie wiedzieć czemu nazwa "Kanchanaburi" też z niczym im się nie kojarzyła). Byliśmy w kropce.

Ruszyliśmy z centrum ulicą Pa Thon Road, minęliśmy postój busów do Bangkoku i wiedzeni wskazówkami napotkanych kierowców (zdecydowanie lepiej pytać kierowców minibusów, niż panie recepcjonistki) trafiliśmy w końcu na małą uliczkę, odchodzącą z głównej drogi w prawo, gdzie znaleliśmy oczekującego na komplet pasażerów minivana do Suphanburi.

Podeszliśmy do kierowcy i upewniliśmy się, czy na pewno jedzie tam, gdzie potrzebujemy. Na to on z przejęciem wskazał głową innego mężczyznę, siedzącego za stolikiem pod ścianą niskiego domku. Niepewnie podeszliśmy do trzymającego plik karteczek starszego pana i powtórzylismy nazwę miejscowości. Pokazał nam na palcach 8 i 0. Zapłaciliśmy 80 bahtów i z radością rozłożyliśmy się na fotelach w ciasnym wnętrzu samochodu.  Obok nas usadowiła się przysadzista Tajka, z rumianą i życzliwą twarzą. Za każdym razem, kiedy napotykała nasz wzrok, uśmiechała się szeroko i pozdrawiająco kiwała głową. Jechała z nami do końca trasy. Jak się okazało, jej zadaniem było skontrolowanie, czy wszyscy z pasażerów mają bilety. Podział obowiązków, jednozadaniowość, misja do wykonania dla każdego - oto azjatycki system pracy.

Po 1.5 godziny byliśmy na miejscu. Stacja przesiadkowa okazała się większa, niż sądziliśmy, dworzec całkiem przyzwoity i spory (z całkiem prężnie działającym biznesem łazienkowym i drobnym zapleczem gastronomicznym), więc szybko zorientowaliśmy się co i jak dalej. Kupiliśmy kolejne bilety u pani siedzącej na środku dworca przy maleńkim biureczku i załadowaliśmy sę do całkiem już dużego autobusu. Bilet kosztował nas około 50 bahtów za 2 godziny przyjemności podróżowania. Byliśmy na drodze do celu.

Tym sposobem pokonywaliśmy odległość 150 kilometrów w 4 godziny. Cudownie! Azjatycko!





Dlaczego aż w 4? Bo azjatycki sposób podróżowania nosi w sobie znamiona celebracji. Okazuje się, że podróżować nie można ot tak sobie, tylko po to, żeby gdzieś dojechać. Po drodze trzeba się jeszcze zatrzymać milion razy, najlepiej na każdym możliwym przystanku, wysikać sobie nerki (bo tak często, to nawet ja nie potrzebuję) i najeść się na wypadek ataku nuklearnego. Nie można przetrzymać głodu/pragnienia/potrzeb fizjologicznych i dojechać gdzieś szybko. Trzeba się delektować samym uczestniczeniem w procesie podróżowania i zatrzymywać się co pięć minut. A to kupić napój, a to przekąskę w woreczku foliowym, a to przejść się i rozprostować kości, bo przecież w ciągu pół godziny niesamowicie zesztywniały, a to kogoś wysadzić, a to kogoś zabrać, a to przeorganizować ułożenie bagaży w przejściu, a to to, a to tamto. Nie jest lekko. Zwłaszcza to wszystko stolerować. 

Umordowani upałem docieramy na miejsce, budząc się z  ciężkiego snu, ukołysani wcześniej podskakującym na wybojach stukotem auta. Jeszcze nie wiemy co dalej, jesteśmy zgrzani i zaspani. Jest około 16:30, za półtorej godziny się ściemni. Chcielibyśmy jechać dalej, bo przecież to jeszcze nie koniec drogi, przed nami jeszcze Erawan, ale czy zdążymy?



czwartek, 26 marca 2015

Kokos jaki jest, każdy widzi.

A jaki był za młodu?

Nie każdy wie, że kokos, tak jak i zastosowań ma wiele, tak i twarz niejedną. 






W  Taljandii prawie nie widuje się kokosów w znanej nam postaci. Długo by szukać, żeby dotrzeć do chropowatych i włochatych, brązowych orzechów widywanych w polskich supermarketach. W zamian za to, spotyka się tu... zielone owoce. Jeszcze nie pełnowartościowe orzechy, a  owoce. Duże, pękate, bardziej okazałe, ale też jednocześnie zupełnie niepozorne i nieprzykuwające uwagi. Ot, takie tam, trochę obite, lekko obtarte, nic specjalnego z drzewa.
 




Zastanawialiśmy się długo, czy mamy do czynienia z kokosem i dlaczego wygląda zupełnie inaczej, niż według naszych przekonań powinien. Czy to jakaś inna odmiana? A może jakiś zupełnie inny owoc? Głowiliśmy się, mijając stoiska pełne zielonych kul i rozsmakowujących się w nich turystów, aż wreszcie zasięgnęliśmy wiedzy wyżej i rozstrzygnęliśmy problem.

Okazało się, że mamy do czynienia z niczym innym, jak z młodym kokosem. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, że orzech ten jest jadalny w jakiejkolwiek innej postaci, niż w brązowej łupince. 

Co więcej, wyjaśniła się wreszcie tajemnica fascynacji całego świata wodą kokosową (nie mylić proszę z mlekiem kokosowym), o której tyle się słyszy, że taka pyszna i taka zdrowa, a jak przychodzi co do czego, to cały orzech ląduje w śmietniku już po pierwszym łyku owego cudownego nektaru... Przynajmniej u mnie, a prób podejmowałam kilka, bo jestem miłośnikiem kokosów od dziecka. Tym razem okazało się, że płyn produkowany przez palmy kokosowe w istocie może być smaczny, przyjemnie orzeźwiający i odżywczy, a to wszystko w jednej niepozornej łupinie!

Różnica jest taka, że w młodym orzechu woda jest świeższa, a co za tym idzie słodsza. Nie trąci też... ścierką, z czym zdarza się, że mamy do czynienia po otwarciu skorupki dojrzałych orzechów. Jest jej też więcej, jest tylko delikatnie mętna i doskonale nadaje się do gaszenia pragnienia. Co więcej, miąższ wewnątrz takiego kokosa jest dużo miększy, mokry i soczysty, więc po wysączeniu całej płynnej zawartości można go wydłubać łyżeczką i zjeść ze smakiem. W Tajlandii sprzedaje się też szejki ze świeżego kokosa, przygotowywane tak, że woda kokosowa, wraz z większością farszu i lodem jest dokładnie miksowana a następnie wlewana z powrotem do łupiny orzecha. Serwuje się to z szeroką słomką, czasem przyozdabia kwiatami. Pychota!





Kokosa można tu kupić wszędzie. W sklepie, w knajpce, na przydrożnym stoisku, a nawet na środku ulicy. Jest to tu najpopularniejszy z owoców i  w pewnym sensie symbol Tajlandii. Kosztuje więc grosze. Na głównym deptaku Bangkoku zapłacimy za niego 30 baht, czyli 3 zł, w jadłodajniach i średniej klasy restauracjach ok. 40-60 za kokosa i odpowiednio 60-80 za szejka. Warto spróbować w kilku miejscach, bo napoje mogą się odrobinę różnić smakiem. Po kilku próbach przekonałam się, że duże znaczenie mają tu proporcje lodu do reszty składników oraz stan sanitarny narzędzi używanych do przygotowania. Z tego też powodu szejki te lepiej smakują w restauracjach/ knajpkach, niż na ulicznych stoiskach.




Kokos, to jednak nie tylko wyśmienity smak i zapach, nie tylko pyszny miąższ, wiórki i woda kokosowa. Ciekawi mnie, czy znacie inne zastosowania tego orzecha, a uprzedzam, że jest ich wiele... Nie od parady zresztą nazwa palmy, na której rośnie to kalpa vriksha, czyli "drzewo, które zaspokaja wszystkie potrzeby życia", albo pokok seribu guna, "drzewo o tysiącu zastosowań".
 
Z orzechów kokosa pozyskuje się, jak już wspomniałam wyżej wodę kokosową, niezwykle zdrowy, dodający energii, bogaty w składniki mineralne i co ciekawe sterylny (aż do momentu otwarcia łupiny) napój. Podobno, ze względu na podobieństwo do osocza krwi, można awaryjnie stosować go do transfuzji krwi!

Z miąższu, poprzez przelanie go wrzątkiem i odsączenie, otrzymuje się gęsty i tłusty biały płyn, zwany mlekiem kokosowym, które ma bogate zastosowanie w gastronomii (szczególnie popularny składnik azjatyckich potraw). Poza tym dość łatwo pozyskać z niego olej kokosowy, zarówno przydatny składnik w kuchni, jak i doskonały preparat pielęgnujący i nawilżający skórę (często używany do masażu) czy odżywiający włosy. Sam miąższ po wysuszeniu uciera się na wiórki kokosowe.

Sok kwiatostanów doskonale nadaje się do przyrządzenia wina palmowego, zaś łupiny dojrzałego orzecha przydają się, jako paliwo i są źródłem węgla drzewnego. Z włókna kokosowego można wytworzyć pędzle, liny czy szczotki, zaś  kłodziny (pnia drzew palmowych) używa się w budownictwie i rzemiośle. Z liści można wyplatać kosze, czy tworzyć przykrycia dachów.


A Wy znacie jeszcze jakieś zastosowania kokosa? :) 







wtorek, 10 lutego 2015

Koh Chang i jej uroki.

 Wiatr szumiał w głowie, a włosy radośnie plątały się od nieregularnych podmuchów. Słońce nadal paliło. Jechaliśmy dalej.  Gorąco pomału odbierało nam siły. Brak dokładnej mapy i rzetelnego oznakowania dróg nie wydawał się aż takim problemem w porównaniu do wizji spalenia się na skwarkę, jeśli tylko za długo pozostanie się na słońcu.

Zupełnie było się czego obawiać, jeśli chodzi o orientację w terenie. Była przecież tylko jedna główna droga dookoła wyspy... No, może niezupełnie dookoła, bo tuż przed połączeniem obu ramion, znikąd, raptem wyrastały góry i gęsty las, a droga urywała się złowrogo, nie pozwalając przedostać się na drugą stronę przeszkody. Niemniej, więcej głównych dróg nie było. Tylko ta jedna, ułożona w szczęśliwą podkówkę.

Zgubiliśmy się.



Owa słynna "Long Beach" wcale nie była, jak się okazało, tak sławna, jak mogłoby się wydawać. Wszak wyspa pomieścić może określoną liczbę mieszkańców w jednym momencie. Wiadomo i nikogo nie dziwi, że ludność stale zamieszkująca nie ma potrzeby jeździć na kąpielisko "za góry, za lasy", a jeśli nawet jeździ, to po co jej oznakowanie. Turyści natomiast... Turyści, jak to turyści. Jak ludzie, znaczy się. Oni są różni. Albo raczej - tacy sami właśnie. Większość z nich nie pokwapi się na większy wysiłek, niźli dojście do hotelowej (lub naprzeciwko hotelu znajdującej się) wody. Nawet jeśli wypożyczy motor, to żeby podjechać kawałek, do jednej, dwóch atrakcji, a nie, żeby się przedzierać przez busz, kurz i całą resztę.

Dlatego też turystów na drodze prawie nie było. Zwłaszcza na tej na południu. Zwłaszcza w okolicy, w której należało dokonać skrętu, ale się go nie dokonało.

Pół godziny kręcenia się, zwątpienia we wspaniałość tej polecanej jakże szeroko plaży, bo przecież wokół same kamulce i rozbijające się o nie fale, a do wody zejść się nie da, choćby nie wiem co (chyba, że ktoś chętny połamać sobie nogę). ...aż tu nagle, jak z nieba spada rozwiązanie. Wystarczyło zapytać! Oczywiście, jak już się znalazło żywego ducha.

To nie tutaj!

Wróciliśmy się i wjechaliśmy w niezwykle bocznie wyglądającą uliczkę, która powiodła nas... w głąb dżungli. No bo gdzieżby indziej! Wąziutka, malutka, skromna dróżka, dróżynka, ścieżka właściwie. Bo... nie owijając w bawełnę, dróżka dość szybko zmieniła się w trakt, czy raczej rozkop, z większą ilością dziur i ostrych kamieni, aniżeli twardego podłoża. Omijanie wyboistości terenu wydłużyło nam podróż zgoła o kilometr i przysporzyło wielu emocji w momentach, kiedy blisko było, żeby przebić oponę, a samemu wylądować brodą w ostrym żwirze.



Palące słońce zastąpił jednak cień. Nad nami zawiązało się gęste sklepienie gałęzi i liści. Dookoła szumiał już nie tyle wiatr, co las. Wraz z nim skrzeczało, świstało, śpiewało i grzechotało wszystko dookoła. Przeciągłe, głośne i świdrujące piski rozlegały się co jakiś czas, przypominając nam, że nie wszystko jeszcze w życiu widzieliśmy i chyba wcale niekoniecznie chcemy zobaczyć. Nie wiem, co tak hałasowało, ale nie zachęcało do bliższego zapoznania. Delikatny wietrzyk rozkosznie owiewał twarz i całkiem przyjemnie się jechało.  O ile nie liczyć trzęsienia i podskoków dosłownie co chwilę.

Wyjechaliśmy na prostszą drogę. Jeszcze kawałek asfaltu w tym zapomnianym przez ludzi kawałku lasu. Czemu akurat tu, a nie kilkadziesiąt metrów wcześniej? Nie wiadomo.

Minęliśmy stadko małp, siedzące na jezdni i oczekujące na podarki od podróżnych. Cała, wielka gromada utkwiła oczęta w naszym turlającym się powoli skuterze. Kilka z nich szło w naszą stronę, kilka leniwie się przeciągało, rozprostowując zastałe mięśnie, a jeszcze inne iskały młode, czujnie przyglądając się przyjezdnym. Nie mieliśmy nic czym moglibyśmy się podzielić. Ale to chyba nawet lepiej. Z małpami różnie bywa, wszak... to małpy. Ale o tym innym razem.

Mknęliśmy dalej. 30 km/h. Pęd. Znów skwar. Znów koniec drogi. A właściwie to najpierw znak, ostrzeżenie, za chwilę droga ta się skończy. Potem jeszcze tylko zakręt i... dziura. Jedna wielka, gigantyczna zapadnia na środku ulicy. Zerwany most. W przestrzeń sterczą tylko gołe pręty. Boczkiem, lewą stroną, jawi się delikatny objazd wyślizgany na piasku i błocie przez jakiś wielkokołowy pojazd. Można przejechać. Zakręt i pod górę. Byle powoli. Byle nie zsunąć się po piasku w dół.




A potem znów pod górę. Robi się prawie, jak w Tatrach. Strome zbocze, skała po prawej i osuwisko po lewej. Oby tylko koło nie skręciło na którymś z wystających kamieni, bo pod naszym ciężarem cały mechaniczny rumak mógłby się z hukiem zwalić na sam dół. Wjeżdżamy. Powoli. Jakbyśmy wciągali się na linie. Na horyzoncie widzę delikatnie szarzejące się chmury. Nadchodzi popołudnie. Z oddali, spokojnie i bez pośpiechu, albo nieuchronnie nadchodzi burza. Jak co dzień tej zimy.

Oczami wyobraźni, w panice wyobrażam sobie, jak bardzo warunki pogodowe wpływają na naszą obecną sytuację.Jak bardzo wpłyną, kiedy będziemy chcieli wrócić, ale cała droga spłynie przed nami.

Podjeżdżamy pod górkę, brnąc a pomarańczowym piasku. Omijamy dziury. Koła skutera skręcają się same. Nie jest łatwo manewrować. Coraz mniej dziwi mnie fakt, że nikogo nie spotykamy na drodze. A może gdzieś w przewodniku jest napisane, że trasa jest męcząca i przyprawiająca o zawroty głowy? ;) 

Dojeżdżamy w końcu. Spoceni, zziajani i zmęczeni. Wściekle zgrzani. Z jednym tylko marzeniem. Zanurzyć się w chłodnej wodzie. 



Przed nami plaża. Wydawałoby się, że nic prostszego. Ziuuuu i do wody. Chlup! Ale, ale! 

Ciężko zrobić chlup, jeśli woda sięga ci do kostek. Nie ma tu basenu, ani klifowego wybrzeża. Musimy zanurzyć się od stóp, do głowy. Wchodzimy. 





Tylko, że... To nie to, co w Polsce, że każde zanurzenie paluszka u nogi wywołuje spazmy i wykręca twarz w grymasie. To nie tak, że po zamoczeniu stopy właściwie ma się dość kąpania. Chociaż w sumie... podobnie. Bo trochę ma się dość. Tyko woda tu... nie chłodzi. Ma jakies 32 stopnie i najzwyczajniej w świecie jest ciepła. Mam wrażenie, że wchodzę do wanny. Idę jednak. 32 stopnie, to nie 35. Zawsze to jakaś ulga. 

O ile uda się zanurzyć. 

Jeden krok, drugi, trzeci... trzy metry, pięć metrów, siedem... zaraz... czy przypadkiem nie powinno być już? Spoglądam w dół. Nadal stoję po kostki w wodzie. Już wiem, skąd nazwa Long Beach.

Idę dalej, nie licząc na wiele. 15 metrów od brzegu udało mi się zanurzyć kolana. Kilkanaście kroków dalej woda osiągnęła wysokość połowy moich ud (a naprawdę jestem niewysoka!). Dobra! Dalej nie idę. Zostaję tutaj. Chlup! 





 

sobota, 27 grudnia 2014

Esplorator na skuterze, czyli poznaj Koh Chang od jej prawdziwej, wschodniej strony.

W uszach słychać tylko szum wiatru, przetykany świstem mijających nas z rzadka pojazdów. Mkniemy przed siebie, niemal samotnie. Dookoła cisza. I świst. Słońce smali z góry, choć przy tej prędkości i owiewającym nas wietrze w ogóle tego nie czuć. Jedynym sygnałem, że skóra pali się przy tej temperaturze są porządnie zaczerwienione kolana i uda. Mimo silnych filtrów tracimy naszą europejską bladość i zmieniamy się w wysmaganych słońcem wędrowców. To chyba najlepszy sposób na opalanie - bezbolesny i nie tak nudny, jak leżenie plackiem na piasku i marnowanie czasu. Kiedy zatrzymujemy się na chwilkę dociera do mnie, przed jakim ogromnym upałem udaje nam się umknąć. Wystarczy moment postoju, żeby stopić się do połowy. Raptem całe ciało pokrywa lepki pot, wszystkie ubrania stają się wilgotne, a głowa nagrzewa się do niemożliwości. Desperacko szukamy cienia albo czym prędzej ruszamy dalej. Znów jest chłodniej i przyjemniej. Pęd powietrza znów szumi w uszach, zatyka usta i z ogromną siłą rozwiewa i plącze włosy. Dobrze, że mamy okulary, bo patrzeć byłoby niewygodnie.

A patrzeć jest na co. Obrazy po mojej prawej i lewej zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Z jednej strony niby wszędzie tylko morze i dżungla... ale nic bardziej mylnego! Przed nami bogactwo krajobrazów, różnorodna przyroda i cała masa folkloru. Co chwilę spostrzegam coś interesującego, przy czym warto byłoby się zatrzymać: rosnące w kępach bananowce, stadko małp przy drodze, palmy kokosowe z dojrzałymi i soczystymi owocami, rajskie plażyczki zalesione palmami czy też domki na palach, w których zamieszkuje lokalna ludność. Jest pięknie i niesamowicie. Czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie i eksplorowali nieznaną nikomu wyspę. 

Widok na wschodnią stronę wyspy.




... bo i trochę tak jest. Z jednej strony Koh Chang to jedna z największych wysp Tajlandii,  odwiedzana przez całą masę turystów... z drugiej jednak: nie do końca tak jest, jak można sobie wyobrażać. 

Podczas gdy zachodnia jej część zapełniona jest hotelami, kurortami i restauracyjkami czy barami, to jej wschodni brzeg jest zgoła czymś innym. Nie ma tu tylu (poza pojedynczymi przypadkami) resortów, dyskotek ani sklepów z pamiątkami. Co za tym idzie nie ma tu też turystów. Ba! Trudno choćby o transport publiczny. Wieczorem i nocą ten region nie tętni życiem, a bynajmniej nie takim, na jaki większość turystów zapewne liczy. Nie słychać rytmów muzyki, ani gwaru kawiarnianego. Jest za to plusk uderzających o brzeg fal, szelest liści i wszelakie odgłosy pobliskiej dżungli. Jest też ciemność i pustka. W dzień sporadycznie natrafia się na białe twarze, można się więc poczuć, jakby uciekło się od znanej nam cywilizacji. 

Przeczytaliśmy o tym wszystkim, dlatego jedną z naszych pierwszych decyzji, po przybyciu na miejsce było... wypożyczenie skutera i ucieczka na wschód. Ucieczka od gwaru i cywilizacji. 

O zdobycie środka lokomocji nie było nietrudno. Ulice pełne są punktów, w których można wypożyczyć motor, bądź skuter za bezcen. Tę samą usługę świadczy niemal każdy hotel. Cena najmu skutera na dobę to 200 bahtów (20 zł). Benzyna w Tajlandii (w grudniu 2014) to koszt 39 bahtów za litr (czyli 3,9 zł). Dla porównania przejazd łączoną taksówką (tylko taki transport publiczny występuje na Koh Chang), na pace w 10 osób z bagażami (zwykle upycha się turystów bezlitośnie ciasno, żeby zmieścić jak najwięcej pasażerów) wynosi 50 bahtów za odległość ok. 15 km.






Nie zastanawialiśmy się długo. Zamieniliśmy pieniądze na kluczyk do pojazdu, zebraliśmy wszystkie niezbędne na cały dzień zapasy, kremy do opalania, spreje na moskity, aparat, wodę do picia i ruszyliśmy w drogę. Blisko 50-kilometrowa odległość z powodzeniem zapewniła nam atrakcji na cały dzień. Choć ściślej rzecz ujmując, na dwa dni, bo nie wszystko zdążyliśmy zobaczyć i musieliśmy tu wrócić jeszcze później. 

Najpierw pojechaliśmy na tzw. Amber Beach, która różni się od innych plaż tego regionu tym, że piasek jest tu pomarańczowy, niczym bursztyn. 

 

Potem udaliśmy się wzdłuż wybrzeża na południe, mijając po drodze wychodzące w morze molo, z którego roztaczał się widok na okolicę: mały port, domki rybackie i las mangrowy.


Las mangrowy.

Wreszcie, choć zupełnie przez przypadek spowodowany pomyleniem drogi (ze słabą mapą i przy słabo oznakowanych drogach o błąd nietrudno!), trafiliśmy do małej wioski rybackiej.



A wyjeżdżając z niej na właściwą drogę, odwiedziliśmy przydrożną zabytkową świątynię.  To tutaj, w chwili wytchnienia od palącego słońca i smagającego wiatru, mogliśmy przysiąść i odpocząć. Próbowaliśmy nawet medytować wg wskazówek umieszczonych na jednym z plakatów na ścianie wewnątrz budowli, ale skutki były marne. Spaleni słońcem i wyczerpani po kilku minutach w nieruchomej pozycji i z zamkniętymi oczami, ukołysani miarowym oddychaniem, najzwyczajniej w świecie zasypialiśmy! Postanowiliśmy więc położyć się na chwilę na wznak i po prostu się zdrzemnąć. 

Ze snu wyrwały nas odgłosy wchodzących do świątyni ludzi. Okazała się nimi para Włochów - młody chłopak z dziewczyną. W pierwszej chwili chcieliśmy się poderwać, ale zmęczenie wzięło górę. Leżeliśmy dalej, a przy ponownym otwarciu powiek, zauważyłam, że i oni wzięli z nas przykład i kontemplowali naścienne malowidła...na leżąco. :)


Wypoczęci i odświeżeni, ruszyliśmy dalej po około pół godzinie. O dziwo tyle czasu wystarczyło, żeby nabrać sił i być gotowym na kolejną dawkę wrażeń. Pojechaliśmy dalej, właściwą już drogą w stronę południowego krańca wyspy. 




Jeszcze tylko kilka kilometrów dzieliło nas od ukrytej za górami i za dżunglą Długiej Plaży, tzw. Long Beach... Kontynuowaliśmy długą podróż, zmierzając konsekwentnie w jej kierunku, ale droga tam, miała się okazać dłuższa, niż sądziliśmy... 

cdn.