czwartek, 26 marca 2015

Kokos jaki jest, każdy widzi.

A jaki był za młodu?

Nie każdy wie, że kokos, tak jak i zastosowań ma wiele, tak i twarz niejedną. 






W  Taljandii prawie nie widuje się kokosów w znanej nam postaci. Długo by szukać, żeby dotrzeć do chropowatych i włochatych, brązowych orzechów widywanych w polskich supermarketach. W zamian za to, spotyka się tu... zielone owoce. Jeszcze nie pełnowartościowe orzechy, a  owoce. Duże, pękate, bardziej okazałe, ale też jednocześnie zupełnie niepozorne i nieprzykuwające uwagi. Ot, takie tam, trochę obite, lekko obtarte, nic specjalnego z drzewa.
 




Zastanawialiśmy się długo, czy mamy do czynienia z kokosem i dlaczego wygląda zupełnie inaczej, niż według naszych przekonań powinien. Czy to jakaś inna odmiana? A może jakiś zupełnie inny owoc? Głowiliśmy się, mijając stoiska pełne zielonych kul i rozsmakowujących się w nich turystów, aż wreszcie zasięgnęliśmy wiedzy wyżej i rozstrzygnęliśmy problem.

Okazało się, że mamy do czynienia z niczym innym, jak z młodym kokosem. Niby nic nadzwyczajnego, a jednak do tej pory nie zdawałam sobie sprawy z tego, że orzech ten jest jadalny w jakiejkolwiek innej postaci, niż w brązowej łupince. 

Co więcej, wyjaśniła się wreszcie tajemnica fascynacji całego świata wodą kokosową (nie mylić proszę z mlekiem kokosowym), o której tyle się słyszy, że taka pyszna i taka zdrowa, a jak przychodzi co do czego, to cały orzech ląduje w śmietniku już po pierwszym łyku owego cudownego nektaru... Przynajmniej u mnie, a prób podejmowałam kilka, bo jestem miłośnikiem kokosów od dziecka. Tym razem okazało się, że płyn produkowany przez palmy kokosowe w istocie może być smaczny, przyjemnie orzeźwiający i odżywczy, a to wszystko w jednej niepozornej łupinie!

Różnica jest taka, że w młodym orzechu woda jest świeższa, a co za tym idzie słodsza. Nie trąci też... ścierką, z czym zdarza się, że mamy do czynienia po otwarciu skorupki dojrzałych orzechów. Jest jej też więcej, jest tylko delikatnie mętna i doskonale nadaje się do gaszenia pragnienia. Co więcej, miąższ wewnątrz takiego kokosa jest dużo miększy, mokry i soczysty, więc po wysączeniu całej płynnej zawartości można go wydłubać łyżeczką i zjeść ze smakiem. W Tajlandii sprzedaje się też szejki ze świeżego kokosa, przygotowywane tak, że woda kokosowa, wraz z większością farszu i lodem jest dokładnie miksowana a następnie wlewana z powrotem do łupiny orzecha. Serwuje się to z szeroką słomką, czasem przyozdabia kwiatami. Pychota!





Kokosa można tu kupić wszędzie. W sklepie, w knajpce, na przydrożnym stoisku, a nawet na środku ulicy. Jest to tu najpopularniejszy z owoców i  w pewnym sensie symbol Tajlandii. Kosztuje więc grosze. Na głównym deptaku Bangkoku zapłacimy za niego 30 baht, czyli 3 zł, w jadłodajniach i średniej klasy restauracjach ok. 40-60 za kokosa i odpowiednio 60-80 za szejka. Warto spróbować w kilku miejscach, bo napoje mogą się odrobinę różnić smakiem. Po kilku próbach przekonałam się, że duże znaczenie mają tu proporcje lodu do reszty składników oraz stan sanitarny narzędzi używanych do przygotowania. Z tego też powodu szejki te lepiej smakują w restauracjach/ knajpkach, niż na ulicznych stoiskach.




Kokos, to jednak nie tylko wyśmienity smak i zapach, nie tylko pyszny miąższ, wiórki i woda kokosowa. Ciekawi mnie, czy znacie inne zastosowania tego orzecha, a uprzedzam, że jest ich wiele... Nie od parady zresztą nazwa palmy, na której rośnie to kalpa vriksha, czyli "drzewo, które zaspokaja wszystkie potrzeby życia", albo pokok seribu guna, "drzewo o tysiącu zastosowań".
 
Z orzechów kokosa pozyskuje się, jak już wspomniałam wyżej wodę kokosową, niezwykle zdrowy, dodający energii, bogaty w składniki mineralne i co ciekawe sterylny (aż do momentu otwarcia łupiny) napój. Podobno, ze względu na podobieństwo do osocza krwi, można awaryjnie stosować go do transfuzji krwi!

Z miąższu, poprzez przelanie go wrzątkiem i odsączenie, otrzymuje się gęsty i tłusty biały płyn, zwany mlekiem kokosowym, które ma bogate zastosowanie w gastronomii (szczególnie popularny składnik azjatyckich potraw). Poza tym dość łatwo pozyskać z niego olej kokosowy, zarówno przydatny składnik w kuchni, jak i doskonały preparat pielęgnujący i nawilżający skórę (często używany do masażu) czy odżywiający włosy. Sam miąższ po wysuszeniu uciera się na wiórki kokosowe.

Sok kwiatostanów doskonale nadaje się do przyrządzenia wina palmowego, zaś łupiny dojrzałego orzecha przydają się, jako paliwo i są źródłem węgla drzewnego. Z włókna kokosowego można wytworzyć pędzle, liny czy szczotki, zaś  kłodziny (pnia drzew palmowych) używa się w budownictwie i rzemiośle. Z liści można wyplatać kosze, czy tworzyć przykrycia dachów.


A Wy znacie jeszcze jakieś zastosowania kokosa? :) 







wtorek, 10 lutego 2015

Koh Chang i jej uroki.

 Wiatr szumiał w głowie, a włosy radośnie plątały się od nieregularnych podmuchów. Słońce nadal paliło. Jechaliśmy dalej.  Gorąco pomału odbierało nam siły. Brak dokładnej mapy i rzetelnego oznakowania dróg nie wydawał się aż takim problemem w porównaniu do wizji spalenia się na skwarkę, jeśli tylko za długo pozostanie się na słońcu.

Zupełnie było się czego obawiać, jeśli chodzi o orientację w terenie. Była przecież tylko jedna główna droga dookoła wyspy... No, może niezupełnie dookoła, bo tuż przed połączeniem obu ramion, znikąd, raptem wyrastały góry i gęsty las, a droga urywała się złowrogo, nie pozwalając przedostać się na drugą stronę przeszkody. Niemniej, więcej głównych dróg nie było. Tylko ta jedna, ułożona w szczęśliwą podkówkę.

Zgubiliśmy się.



Owa słynna "Long Beach" wcale nie była, jak się okazało, tak sławna, jak mogłoby się wydawać. Wszak wyspa pomieścić może określoną liczbę mieszkańców w jednym momencie. Wiadomo i nikogo nie dziwi, że ludność stale zamieszkująca nie ma potrzeby jeździć na kąpielisko "za góry, za lasy", a jeśli nawet jeździ, to po co jej oznakowanie. Turyści natomiast... Turyści, jak to turyści. Jak ludzie, znaczy się. Oni są różni. Albo raczej - tacy sami właśnie. Większość z nich nie pokwapi się na większy wysiłek, niźli dojście do hotelowej (lub naprzeciwko hotelu znajdującej się) wody. Nawet jeśli wypożyczy motor, to żeby podjechać kawałek, do jednej, dwóch atrakcji, a nie, żeby się przedzierać przez busz, kurz i całą resztę.

Dlatego też turystów na drodze prawie nie było. Zwłaszcza na tej na południu. Zwłaszcza w okolicy, w której należało dokonać skrętu, ale się go nie dokonało.

Pół godziny kręcenia się, zwątpienia we wspaniałość tej polecanej jakże szeroko plaży, bo przecież wokół same kamulce i rozbijające się o nie fale, a do wody zejść się nie da, choćby nie wiem co (chyba, że ktoś chętny połamać sobie nogę). ...aż tu nagle, jak z nieba spada rozwiązanie. Wystarczyło zapytać! Oczywiście, jak już się znalazło żywego ducha.

To nie tutaj!

Wróciliśmy się i wjechaliśmy w niezwykle bocznie wyglądającą uliczkę, która powiodła nas... w głąb dżungli. No bo gdzieżby indziej! Wąziutka, malutka, skromna dróżka, dróżynka, ścieżka właściwie. Bo... nie owijając w bawełnę, dróżka dość szybko zmieniła się w trakt, czy raczej rozkop, z większą ilością dziur i ostrych kamieni, aniżeli twardego podłoża. Omijanie wyboistości terenu wydłużyło nam podróż zgoła o kilometr i przysporzyło wielu emocji w momentach, kiedy blisko było, żeby przebić oponę, a samemu wylądować brodą w ostrym żwirze.



Palące słońce zastąpił jednak cień. Nad nami zawiązało się gęste sklepienie gałęzi i liści. Dookoła szumiał już nie tyle wiatr, co las. Wraz z nim skrzeczało, świstało, śpiewało i grzechotało wszystko dookoła. Przeciągłe, głośne i świdrujące piski rozlegały się co jakiś czas, przypominając nam, że nie wszystko jeszcze w życiu widzieliśmy i chyba wcale niekoniecznie chcemy zobaczyć. Nie wiem, co tak hałasowało, ale nie zachęcało do bliższego zapoznania. Delikatny wietrzyk rozkosznie owiewał twarz i całkiem przyjemnie się jechało.  O ile nie liczyć trzęsienia i podskoków dosłownie co chwilę.

Wyjechaliśmy na prostszą drogę. Jeszcze kawałek asfaltu w tym zapomnianym przez ludzi kawałku lasu. Czemu akurat tu, a nie kilkadziesiąt metrów wcześniej? Nie wiadomo.

Minęliśmy stadko małp, siedzące na jezdni i oczekujące na podarki od podróżnych. Cała, wielka gromada utkwiła oczęta w naszym turlającym się powoli skuterze. Kilka z nich szło w naszą stronę, kilka leniwie się przeciągało, rozprostowując zastałe mięśnie, a jeszcze inne iskały młode, czujnie przyglądając się przyjezdnym. Nie mieliśmy nic czym moglibyśmy się podzielić. Ale to chyba nawet lepiej. Z małpami różnie bywa, wszak... to małpy. Ale o tym innym razem.

Mknęliśmy dalej. 30 km/h. Pęd. Znów skwar. Znów koniec drogi. A właściwie to najpierw znak, ostrzeżenie, za chwilę droga ta się skończy. Potem jeszcze tylko zakręt i... dziura. Jedna wielka, gigantyczna zapadnia na środku ulicy. Zerwany most. W przestrzeń sterczą tylko gołe pręty. Boczkiem, lewą stroną, jawi się delikatny objazd wyślizgany na piasku i błocie przez jakiś wielkokołowy pojazd. Można przejechać. Zakręt i pod górę. Byle powoli. Byle nie zsunąć się po piasku w dół.




A potem znów pod górę. Robi się prawie, jak w Tatrach. Strome zbocze, skała po prawej i osuwisko po lewej. Oby tylko koło nie skręciło na którymś z wystających kamieni, bo pod naszym ciężarem cały mechaniczny rumak mógłby się z hukiem zwalić na sam dół. Wjeżdżamy. Powoli. Jakbyśmy wciągali się na linie. Na horyzoncie widzę delikatnie szarzejące się chmury. Nadchodzi popołudnie. Z oddali, spokojnie i bez pośpiechu, albo nieuchronnie nadchodzi burza. Jak co dzień tej zimy.

Oczami wyobraźni, w panice wyobrażam sobie, jak bardzo warunki pogodowe wpływają na naszą obecną sytuację.Jak bardzo wpłyną, kiedy będziemy chcieli wrócić, ale cała droga spłynie przed nami.

Podjeżdżamy pod górkę, brnąc a pomarańczowym piasku. Omijamy dziury. Koła skutera skręcają się same. Nie jest łatwo manewrować. Coraz mniej dziwi mnie fakt, że nikogo nie spotykamy na drodze. A może gdzieś w przewodniku jest napisane, że trasa jest męcząca i przyprawiająca o zawroty głowy? ;) 

Dojeżdżamy w końcu. Spoceni, zziajani i zmęczeni. Wściekle zgrzani. Z jednym tylko marzeniem. Zanurzyć się w chłodnej wodzie. 



Przed nami plaża. Wydawałoby się, że nic prostszego. Ziuuuu i do wody. Chlup! Ale, ale! 

Ciężko zrobić chlup, jeśli woda sięga ci do kostek. Nie ma tu basenu, ani klifowego wybrzeża. Musimy zanurzyć się od stóp, do głowy. Wchodzimy. 





Tylko, że... To nie to, co w Polsce, że każde zanurzenie paluszka u nogi wywołuje spazmy i wykręca twarz w grymasie. To nie tak, że po zamoczeniu stopy właściwie ma się dość kąpania. Chociaż w sumie... podobnie. Bo trochę ma się dość. Tyko woda tu... nie chłodzi. Ma jakies 32 stopnie i najzwyczajniej w świecie jest ciepła. Mam wrażenie, że wchodzę do wanny. Idę jednak. 32 stopnie, to nie 35. Zawsze to jakaś ulga. 

O ile uda się zanurzyć. 

Jeden krok, drugi, trzeci... trzy metry, pięć metrów, siedem... zaraz... czy przypadkiem nie powinno być już? Spoglądam w dół. Nadal stoję po kostki w wodzie. Już wiem, skąd nazwa Long Beach.

Idę dalej, nie licząc na wiele. 15 metrów od brzegu udało mi się zanurzyć kolana. Kilkanaście kroków dalej woda osiągnęła wysokość połowy moich ud (a naprawdę jestem niewysoka!). Dobra! Dalej nie idę. Zostaję tutaj. Chlup! 





 

sobota, 27 grudnia 2014

Esplorator na skuterze, czyli poznaj Koh Chang od jej prawdziwej, wschodniej strony.

W uszach słychać tylko szum wiatru, przetykany świstem mijających nas z rzadka pojazdów. Mkniemy przed siebie, niemal samotnie. Dookoła cisza. I świst. Słońce smali z góry, choć przy tej prędkości i owiewającym nas wietrze w ogóle tego nie czuć. Jedynym sygnałem, że skóra pali się przy tej temperaturze są porządnie zaczerwienione kolana i uda. Mimo silnych filtrów tracimy naszą europejską bladość i zmieniamy się w wysmaganych słońcem wędrowców. To chyba najlepszy sposób na opalanie - bezbolesny i nie tak nudny, jak leżenie plackiem na piasku i marnowanie czasu. Kiedy zatrzymujemy się na chwilkę dociera do mnie, przed jakim ogromnym upałem udaje nam się umknąć. Wystarczy moment postoju, żeby stopić się do połowy. Raptem całe ciało pokrywa lepki pot, wszystkie ubrania stają się wilgotne, a głowa nagrzewa się do niemożliwości. Desperacko szukamy cienia albo czym prędzej ruszamy dalej. Znów jest chłodniej i przyjemniej. Pęd powietrza znów szumi w uszach, zatyka usta i z ogromną siłą rozwiewa i plącze włosy. Dobrze, że mamy okulary, bo patrzeć byłoby niewygodnie.

A patrzeć jest na co. Obrazy po mojej prawej i lewej zmieniają się, jak w kalejdoskopie. Z jednej strony niby wszędzie tylko morze i dżungla... ale nic bardziej mylnego! Przed nami bogactwo krajobrazów, różnorodna przyroda i cała masa folkloru. Co chwilę spostrzegam coś interesującego, przy czym warto byłoby się zatrzymać: rosnące w kępach bananowce, stadko małp przy drodze, palmy kokosowe z dojrzałymi i soczystymi owocami, rajskie plażyczki zalesione palmami czy też domki na palach, w których zamieszkuje lokalna ludność. Jest pięknie i niesamowicie. Czujemy się, jakbyśmy przenieśli się w czasie i eksplorowali nieznaną nikomu wyspę. 

Widok na wschodnią stronę wyspy.




... bo i trochę tak jest. Z jednej strony Koh Chang to jedna z największych wysp Tajlandii,  odwiedzana przez całą masę turystów... z drugiej jednak: nie do końca tak jest, jak można sobie wyobrażać. 

Podczas gdy zachodnia jej część zapełniona jest hotelami, kurortami i restauracyjkami czy barami, to jej wschodni brzeg jest zgoła czymś innym. Nie ma tu tylu (poza pojedynczymi przypadkami) resortów, dyskotek ani sklepów z pamiątkami. Co za tym idzie nie ma tu też turystów. Ba! Trudno choćby o transport publiczny. Wieczorem i nocą ten region nie tętni życiem, a bynajmniej nie takim, na jaki większość turystów zapewne liczy. Nie słychać rytmów muzyki, ani gwaru kawiarnianego. Jest za to plusk uderzających o brzeg fal, szelest liści i wszelakie odgłosy pobliskiej dżungli. Jest też ciemność i pustka. W dzień sporadycznie natrafia się na białe twarze, można się więc poczuć, jakby uciekło się od znanej nam cywilizacji. 

Przeczytaliśmy o tym wszystkim, dlatego jedną z naszych pierwszych decyzji, po przybyciu na miejsce było... wypożyczenie skutera i ucieczka na wschód. Ucieczka od gwaru i cywilizacji. 

O zdobycie środka lokomocji nie było nietrudno. Ulice pełne są punktów, w których można wypożyczyć motor, bądź skuter za bezcen. Tę samą usługę świadczy niemal każdy hotel. Cena najmu skutera na dobę to 200 bahtów (20 zł). Benzyna w Tajlandii (w grudniu 2014) to koszt 39 bahtów za litr (czyli 3,9 zł). Dla porównania przejazd łączoną taksówką (tylko taki transport publiczny występuje na Koh Chang), na pace w 10 osób z bagażami (zwykle upycha się turystów bezlitośnie ciasno, żeby zmieścić jak najwięcej pasażerów) wynosi 50 bahtów za odległość ok. 15 km.






Nie zastanawialiśmy się długo. Zamieniliśmy pieniądze na kluczyk do pojazdu, zebraliśmy wszystkie niezbędne na cały dzień zapasy, kremy do opalania, spreje na moskity, aparat, wodę do picia i ruszyliśmy w drogę. Blisko 50-kilometrowa odległość z powodzeniem zapewniła nam atrakcji na cały dzień. Choć ściślej rzecz ujmując, na dwa dni, bo nie wszystko zdążyliśmy zobaczyć i musieliśmy tu wrócić jeszcze później. 

Najpierw pojechaliśmy na tzw. Amber Beach, która różni się od innych plaż tego regionu tym, że piasek jest tu pomarańczowy, niczym bursztyn. 

 

Potem udaliśmy się wzdłuż wybrzeża na południe, mijając po drodze wychodzące w morze molo, z którego roztaczał się widok na okolicę: mały port, domki rybackie i las mangrowy.


Las mangrowy.

Wreszcie, choć zupełnie przez przypadek spowodowany pomyleniem drogi (ze słabą mapą i przy słabo oznakowanych drogach o błąd nietrudno!), trafiliśmy do małej wioski rybackiej.



A wyjeżdżając z niej na właściwą drogę, odwiedziliśmy przydrożną zabytkową świątynię.  To tutaj, w chwili wytchnienia od palącego słońca i smagającego wiatru, mogliśmy przysiąść i odpocząć. Próbowaliśmy nawet medytować wg wskazówek umieszczonych na jednym z plakatów na ścianie wewnątrz budowli, ale skutki były marne. Spaleni słońcem i wyczerpani po kilku minutach w nieruchomej pozycji i z zamkniętymi oczami, ukołysani miarowym oddychaniem, najzwyczajniej w świecie zasypialiśmy! Postanowiliśmy więc położyć się na chwilę na wznak i po prostu się zdrzemnąć. 

Ze snu wyrwały nas odgłosy wchodzących do świątyni ludzi. Okazała się nimi para Włochów - młody chłopak z dziewczyną. W pierwszej chwili chcieliśmy się poderwać, ale zmęczenie wzięło górę. Leżeliśmy dalej, a przy ponownym otwarciu powiek, zauważyłam, że i oni wzięli z nas przykład i kontemplowali naścienne malowidła...na leżąco. :)


Wypoczęci i odświeżeni, ruszyliśmy dalej po około pół godzinie. O dziwo tyle czasu wystarczyło, żeby nabrać sił i być gotowym na kolejną dawkę wrażeń. Pojechaliśmy dalej, właściwą już drogą w stronę południowego krańca wyspy. 




Jeszcze tylko kilka kilometrów dzieliło nas od ukrytej za górami i za dżunglą Długiej Plaży, tzw. Long Beach... Kontynuowaliśmy długą podróż, zmierzając konsekwentnie w jej kierunku, ale droga tam, miała się okazać dłuższa, niż sądziliśmy... 

cdn.

wtorek, 18 listopada 2014

Ruszamy w podróż!

Moi drodzy! 

Chciałam zostawić jeszcze jakąś notkę przed wyjazdem, ale przygotowania pochłonęły mnie tak bardzo, że po prostu nie zdążyłam się przyłożyć i jej dopracować. Mam nadzieję, że mi to wybaczycie. :)

Tymczasem już jutro ruszam stawić czoło kolejnej przygodzie! 

Rano, ba, o świcie (albo nawet sporo przed świtem) zwlekam się z łóżka i pędzę na lotnisko. Pędzimy, mówiąc ściślej, bo Rafał pędzi ze mną. 

Potem przed nami kilkanaście godzin, w tym paryska przesiadka, trochę czekania, stania w kolejkach do bramek i wysłuchiwania po raz setny instrukcji bezpieczeństwa w samolotach. A potem... noc, która znika, bo to przecież zmiana czasu i zamiast być na miejscu wieczorem, będziemy tam... rano. Cóż, od dwóch nieprzespanych nocy jeszcze nikt nie umarł, a jednak mam nadzieję, że zdołamy chwycić trochę snu przed rozpoczęciem zwiedzania. 

Dokąd wyjeżdżamy? 

Otóż, wybieramy się do Tajlandii. Na trzy tygodnie! :) W tym czasie będziemy regularnie odzywać się na facebookowym fanpage - mam nadzieję, że będziecie śledzić nasze poczynania. :) 


Trzymajcie za nas kciuki i jednocześnie sami trzymajcie się ciepło! :) 

Do usłyszenia i zobaczenia wkrótce! :) 

Angelika




piątek, 31 października 2014

Czy kąpaliście się kiedyś w zupie? Jordania - Morze Martwe. Cz. II

Wystarczyło spojrzeć przed siebie, żeby ujrzeć potęgę natury i jej piękno. Przed nami rysował się niecodzienny krajobraz. Nie powiem, żeby był idylliczny, ale na pewno był niesamowity.

Błękit nieba delikatnie zlewał się z turkusową taflą jeziora. Gdzieniegdzie kolor wody przecinały lazurowe smugi, albo srebrzyste odblaski promieni słonecznych na delikatnych falach. Słońce raziło zresztą w oczy jasnym, mocnym światłem, sprawiając, że wszystkie kolory były nieco przymglone. W oddali, przy drugim brzegu dumnie prezentowały się izraelskie żółte i pomarańczowe wzgórza, a pod stopami...

No właśnie. A pod stopami był nie tylko piasek, ale także sól.


Kto pospacerował trochę po okolicy, mógł podziwiać przepięknie formy, jakie natura pozwoliła sobie stworzyć z soli tylko. 

Różnobarwne, wielokształtne, rozmaite... duże, małe, gładkie i kanciaste, zaokrąglone i ostre - różnorodne jednym słowem i nie wiadomo, które piękniejsze. Zobaczcie sami:









A kto zanurzył się w wodzie, wiedział, dlaczego trzeba korzystać z plaży z prysznicem...

Dlaczego? 

Dlatego, że  woda w Morzu Martwym jest cholernie słona. Tak słona, że nawet kiedy słuchamy o tym opowieści, albo czytamy reportaże, nie jesteśmy sobie w stanie tego wyobrazić. I chociaż teoretycznie wiemy, że tak jest, to i tak w zetknięciu się z nią prawdopodobnie przeżyjemy szok. 

Stężenie soli jest tak wielkie, że pływają tu nawet ci, którzy pływać nie umieją... tak, tak... to też wszyscy wiemy. Wyporność wody jest na tyle duża, że płynąc ciężko jest utrzymać nogi pod powierzchnią wody, a tyłek sam wyskakuje do góry, jeśli tylko zdecydujemy się położyć na brzuchu. To również nie nowina. Nie na darmo mówi się, że w Morzu Martwym można czytać gazetę, leżąc na plecach, albo, że nie da się w nim utopić. Owszem... Ale jeśli to miałoby dać mi wskazówki, jaka ta woda jest naprawdę w zetknięciu ze skórą, to niewiele bym z tego wywnioskowała. Tak też i tego nie zrobiłam. 

Przeżyłam więc szok. No, może - zdziwienie. 

Woda była tak słona, że aż gorzka. Jeśli możemy przyrównać ten smak do czegoś, to chyba do pół szklanki wody, w której ktoś próbował rozpuścić 10 łyżeczek soli. Próbował, bo większość nawet by się nie rozpuściła. Tak samo i tutaj - ogromna ilość soli nie rozpuszcza się, a wytrąca w miejscach, gdzie wody jest mało i może szybko parować. Całe dno pokryte jest solą, a raczej z niej zbudowane. Sól tworzy tu warstwy, które odpowiednio przedzielane są warstwami mułu. Idąc, zdarza się, że skruszamy miększe, górne warstwy i zapadamy się po kostki w... chciałoby się powiedzieć: piasku, ale uwierzcie mi, że to nie jest tylko piasek. 

Kawałek soli oderwany z dna. Wyraźnie widać warstwy mułu na dole i na górze.






Woda jest tak słona, że aż śliska. Nie tylko nie pozwala nam się utrzymać pod powierzchnią i wypycha nas do góry, ale też sprawia, że zupełnie inaczej odczuwamy własne ciało. Palce wydają się pokryte czymś śliskim, a kiedy próbujemy dotknąć nimi szyi czy nogi okazuje się, że wszystko jest jakieś takie... gładkie, nienaturalne, tłuste. Czy może raczej, mówiąc ładniej, naoliwione. 

Woda jest tak słona, że aż... piecze. Piecze wszędzie tam, gdzie skóra jest delikatniejsza, wrażliwsza, albo podrażniona. Nie owijając w bawełnę, wszystkie miejsca intymne narażone są na szczególnie nieprzyjemne doznania. No i niech was ma w opiece los, jeśli gdziekolwiek macie skaleczenia, wchodząc w odmęty tego zbiornika. Wystarczy powiedzieć, że małe obtarcie od sandała piekło niemożliwie i przestać nie chciało, zaś kropelka wody w oku... Aga mówi, że bolało.

Odnosząc się do powyższego - w wodzie tej nie da się kąpać dłużej niż kilkanaście minut. Inaczej ciało drętwieje i mamy wrażenie, że pali się kawałek po kawałku. Dlatego fajnie, że jedynie kilkanaście metrów pod górę czeka na nas wybawienie w postaci prysznica.

Ogromny błąd zrobiłby ktoś, kto zamiast na (jako tako, ale jednak) przygotowaną dla turystów plażę, poszedłby pokąpać się "na dziko". O ile jeszcze posiadając samochód i mieszkając nieopodal, dałoby się takie przedsięwzięcie przetrzymać, o tyle w innej sytuacji... Cóż. Powiedzmy sobie, że po TAK słonej kąpieli prysznic się należy!

Po jakimś czasie możemy przecież znów wskoczyć na wodę (bo "do" jest dość trudno).




poniedziałek, 27 października 2014

Czy kąpaliście się kiedyś w zupie? Jordania - Morze Martwe. Cz. I


 Kiedy za oknem huczy wiatr, tłukąc się o szyby niemiłosiernie głośno, fajnie jest móc wrócić chociaż myślami do cieplejszego miejsca i przypomnieć sobie, że są na świecie zakątki, w których stopy i dłonie nie przemarzają do kości. Że są miejsca, w których będąc, marzyliśmy o powiewie chłodu, o rześkiej bryzie znad morza, orzeźwiającym napoju i odrobinie cienia. O czymkolwiek, byleby obniżyć temperaturę wokół.

Teraz za to, z pocałowaniem ręki byśmy tam wrócili. Ba! Zarzekamy się nawet, że tym razem nie będziemy narzekać na upał!






A upał był ogrooooomny. Rzekłoby się, że nawet uciążliwy, bo o ile nie mam nic przeciwko wysokim temperaturom i lejącym się z nieba żarze, to już świadomość, że nie ma się gdzie przed tym skryć, jest nieco... przerażająca!

A skryć się nie bardzo było gdzie.

Przy temperaturze 35 stopni człowiekowi marzy się zanurzenie w otchłani chłodnej, przyjemnie orzeźwiającej wody... Wydawałoby się, że nic prostszego! Ale jednak. Kiedy woda w basenie ma zaledwie 5 stopni mniej, a woda w morzu (czy raczej, powiedzmy sobie to jasno: w jeziorze) różni się jedynie o 3 - to już zaczyna się robić ciekawie.

Wyobraźcie sobie teraz ogromnych rozmiarów gar ugotowanej zupy... Niech będzie, że jest już nieco przestudzona. Stoicie na rozgrzanym do niemożliwości piasku, bez jednego drzewa w okolicy, które dawałoby cień, a sól pod stopami potęguje wrażenie, że zaraz będziecie mieli do czynienia z samozapłonem. Przed wami tylko jedno rozwiązanie - wskoczyć do wody. Ta jednak, ku zaskoczeniu niewiele zmienia w waszej sytuacji. Wchodzicie do niej, ale bardziej przypomina zupę właśnie, niźli rajską zatoczkę z żurnali turystycznych. Owszem, w końcu nie musicie z piskiem zanurzać się w czymś zbyt zimnym, ale w tym momencie to byłaby chyba lepsza opcja.

Pływacie w solankowej zupie. Słońce smaży wasze głowy i wystające ponad taflę wody ramiona. Co chwilę przemieszczacie się, licząc, że odpływając dalej od brzegu traficie na chłodniejsze miejsca i chociaż stopę uda wam się w nich zanurzyć. Tylko, że stopy jak na złość nie bardzo chcą się zanurzać głęboko. Wszystko z uporem wyskakuje w górę.

 A jednak jest cudownie. Doświadczacie czegoś zupełnie niespotykanego do tej pory. Jesteście w miejscu, które na świecie jest jedyne. Wyjątkowe. W Morzu Martwym.


 
 Dotrzeć tutaj wcale nie było najłatwiej. 

Niby autobus... ale skąd? Kierowca dzielonej taksówki (w Jordanii to środek transportu bardziej popularny i tańszy niż autobusy) zawiózł nas na dworzec, który wg naszych przypuszczeń nie był TYM dworcem, którym być powinien. Autobusu ani śladu, wokół nas przekrzykujący się taksówkarze, a z nich każdy oferujący lepszy transport. Cena oczywiście niebagatelna... Jak ma się biały kolor skóry, to z pewnością zarabia się w dolarach, funtach, albo euro... czymże więc jest wydatek kilkunastu z nich?

Jestem poirytowana. Zła, nie ukrywając. Nie chcę z nimi jechać. Chciałam normalnie, jak człowiek, autobusem... Tylko, że autobusu nie ma. 

Poddajemy się po długiej dyspucie i utargowawszy znośną cenę jedziemy z jakimś panem, deklarując, że powrót zorganizujemy sobie we własnym zakresie i nie musi na nas czekać. Przekonać go nie było prosto. My też zresztą nie byłyśmy pewne, jak się wydostaniemy z tego odludzia, ale... raz się żyje. Poszłyśmy na plażę i zapomniałyśmy o reszcie świata na całe popołudnie. 




Wejście na jedną z osławionych legendarnych plaż też nie należało do najtańszych (choć i tak wybrałyśmy najbardziej ekonomiczną spośród podawanych przez Lonely Planet opcji). Wewnątrz budynku głównego, przez który przechodziło się do kompleksu plażowo-basenowego zobaczyłyśmy tablicę z cenami. Wcale nas nie zdziwiło, że okoliczni mieszkańcy, rodowici Jordańczycy za wstęp płacili jedynie grosze, podczas gdy nas, białych ludzi kasowano 20 JD, co w przełożeniu na polskie wynosi około 100 zł. Ukłucie żalu towarzyszyło wyjmowaniu z sakiewki takiej sumy za wejście na kąpielisko, ale przecież o rezygnacji nie było mowy. Są takie rzeczy na świecie, na których nie chce się oszczędzać.




Jak to oczywiście bywa na wschodzie, wygórowana cena, czy też określenie czegoś "luksusowym" wcale nie musi oznaczać wysokiego standardu w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Jeśli spodziewalibyśmy się plaży z białym piaseczkiem, palmami dookoła i rozdawanymi z barów drinkami z parasolkami, to moglibyśmy się nieco zdziwić. 

Owszem, kompleks basenowy i jego zaplecze wyglądało wcale nieźle, ale już plaża... nieco mniej rajska.

 















 O rajskości ciężko tu zresztą mówić, bo teren większości Jordanii to pustkowia, pustynie i góry, mniej więcej takie, jak na zdjęciu powyżej. Wszędzie jest żółto, duszno od kurzu i gorąco. a zamiast łagodnej i miękkiej zielonej roślinności zobaczyć możemy co najwyżej przyschnięte krzaki, kępy zżółkniętej trawy i jeszcze trochę ostrych kamieni. 

To, że na plaży znalazło się kilka palm, już chyba należy policzyć sobie na poczet szczęśliwego trafu. 

Pomyliłby się jednak ten, kto rozczarowany pierwszym wrażeniem opuściłby to miejsce. Chociaż w pierwszym wrażeniu plaża raczej nie oczarowywała to jednak już widok z niej w stronę wody zupełnie zmieniał nastawienie...



 


Ale o tym w następnej notce. Wróćcie za kilka dni :)