poniedziałek, 6 października 2014

O orientacji w trudnych warunkach, a także o posiłku, który nigdy się nie nudzi.

Wyobraźcie sobie upał. Niesamowity, duszący, obezwładniający... spowalniający ruchy i powodujący, że wasze ciała są ciężkie, lepkie i ospałe. Wasze dłonie puchną i pocą się... W przebłysku świadomości przypominacie sobie, że niczego jeszcze nie jedliście. Ba! Właściwie to nawet niewiele spaliście, bo czy można liczyć jako spanie te kilka godzin spędzonych na metalowej ławce ammańskiego lotniska? No czy można?

Niewyspani, głodni i niesamowicie zgrzani snujecie się w poszukiwaniu... właściwie to sami nie wiecie czego. Ot tak, przemierzacie uliczki i próbujecie zorientować się w terenie. Dopiero wyściubiliście nosy na zewnątrz i próbujecie rozpocząć przygodę. Na głodnego jednak... trochę ciężko. 

Tak właśnie i my... idąc ciągle tą samą ulicą gotowałyśmy się w sobie. To chyba zmęczenie długą podróżą i dawało o sobie znać, bo wydawało nam się, że idziemy już bardzo długo, a kiedy obejrzałyśmy się za siebie, stałyśmy ledwie kilka budynków dalej. Kurz unosił się dookoła, wchodził do oczu i nosa, przyklejał się do spoconych policzków, chciało się pić a woda, którą miałyśmy jeszcze z samolotu była już nieprzyjemnie ciepła. Kto by pomyślał, że tyle trudów można napotkać w centrum miasta tuż pod hotelem? 

Rzut oka na przewodnik i mapę. Tu gdzieś niedaleko powinny być knajpki, czy tez jakiekolwiek budki z jedzeniem i piciem. Wg planu nawet zaraz za tamtą przecznicą! Ruszamy. Docieramy na miejsce i nic nie znajdujemy. Ponownie rzucamy okiem na plan. Obracam go tak, żeby lepiej pasował do naszego położenia. Kierujemy się w drugą stronę, z powrotem. Po przejściu odpowiedniego dystansu, rozglądamy się dookoła. Nic nie widać. To, co powinno być, nie istnieje. Nawet nazwa ulicy jest inna, niż spodziewana. Znów rzut oka na mapę - teraz już żadna  ulica nie jest w miejscu, w którym powinna. Właściwie to wszystkie się poprzestawiały. Ta z lewej strony mapy jest tu koło nas, a ta, co powinna być obok niej, była zupełnie gdzie indziej, kilkadziesiąt metrów wcześniej. Za to ta, która powinna się z nią łączyć tam.... jest... zaraz! Jest tutaj, za rogiem! Niemożliwe! Pogubiłyśmy się w samym środku miasta, mając w ręku mapę! I przysiąc by można, że rzeczona mapa nijak miała się do rzeczywistości. 

No, ale nie o tym chciałam przecież pisać. Wstęp trochę mi się przeciągnął, bo przypomniałam sobie wszystkie perypetie poprzedzające dotarcie do zachwalanej przez Lonely Planet knajpki. Nota bene następnego dnia, już po poprzednim wyspaniu się, nawodnieniu i najedzeniu, uliczki Ammanu uporządkowały się, odpowiednio skurczyły i skupiły w jednym miejscu, dystanse zmniejszyły się a przebycie tych odległości, które dzień wcześniej szacowałyśmy na półgodzinne, zajmowały ponownie 10 minut. ;-) (Zawsze najpierw dobrze wypocznijcie, zanim ruszycie na podbój nieznanego świata ;) )

Tak czy siak, kiedy wreszcie odzyskałyśmy orientację w terenie, wystarczyło, że skręciłyśmy w pierwszą główną ulicę na lewo, idąc główną arterią przejazdową i już byłyśmy na miejscu. Przed nami rozpościerał się widok na WSPANIAŁĄ, ale to naprawdę GENIALNĄ i serwującą PRZEPYSZNE dania, a do tego w PRZYSTĘPNEJ cenie restaurację. Restaurację.... Taaaaak. 

RESTAURACJA HASHEM. Adres: Al-Amir Mohammed St Downtown, Amman 11110, Jordania
























Stoimy chwilę skonsternowane. Nie chodzi o to, że standard nam nie odpowiada. Raczej o to, że spodziewałyśmy się czegoś innego. No i... gdzie jest menu? Cennik? Wchodzimy niepewnie. Od wejścia łapie nas przebiegający kelner i sadza przy stoliku razem z jakimś mężczyzną. Syryjczykiem, jak się za chwilę okazuje. Po chwili przybiega inny i oczekująco wlepia wzrok to we mnie, to w Agę. Patrzymy na siebie, nie wiedząc, co powiedzieć. 

Po chwili pyta:
- One portion?

Taaaaak, ale może byś tak łaskawie powiedział, co serwujecie? Znów patrzymy na siebie, czując się głupio i niezręcznie. Nie znamy ceny, nie wiemy, co nam podadzą, ani ile tego będzie. Skąd mamy wiedzieć, ile i czego nam przyniesie? 

Kelner ponawia pytanie. Ale sam nie chce odpowiedzieć na nasze. Zaczyna się robić naprawdę niezręcznie. Nie rozumiemy siebie nawzajem. Cóż, może to kwestia używania dwóch różnych języków. 
Z pomocą przychodzi nam przydzielony niejako z urzędu współuczestnik nadchodzącej biesiady. I o dziwo sam przejmuje inicjatywę, zamawiając dla nas po jednym wszystkiego, czyli cały zestaw. W zasadzie, jak się okazuje, przyniosą nam do stolika to samo, co jemu. Ale wg niego jedna porcja na nas dwie będzie w zupełności wystarczająca. 

Po chwili wjeżdżają na blat półmiski... a właściwie miseczki... i tacki... a raczej niezbyt równo pocięte kawałki cienkiego białego papieru. Ale na nich, to już same pyszności! Przed nami pojawiają się 4 chlebowe placki, kojarzące mi się z tzw. Chapati (ale mówiąc szczerze, po tym, jak sprawdziłam ile różnych rodzajów pieczywa wypieka się na Wschodzie, nie podejmuję się zgadywać). Zaraz po nich na małej tacce stawiane są brązowe, pachnące i wyglądające na chrupkie, sporej wielkości kulki, przypominające nasze pulpety. Jak się okazuje, są to tzw. falafele - smażone na głębokim oleju kotleciki z ciecierzycy. Następnie z głośnym uderzeniem na stole lądują dwie miseczki z tajemniczo wyglądającymi sosami. Obok nich mała czarka ze zgniecioną czerwoną ostrą papryką, a na koniec mały talerz z byle jak pokrojonymi pomidorami i cebulą, położoną z boku, a wyglądającą, jakby ją ktoś potraktował łopatą. Koło noża chyba nawet nigdy nie leżała. Na tę jakże fantazyjnie wyglądającą sałatkę rzucono kilka, narwanych niemal jak chwasty całych łodyg mięty. Ciężko powiedzieć czy to do smaku, czy do ozdoby...

























Do picia dostajemy dwie szklanki mocno przesłodzonej miętowej gorącej herbaty. W sam raz na taki upał. Ale wszyscy piją. 

Dopiero teraz się rozglądamy uważniej i dostrzegamy, że właściwie na każdym stoliku znajduje się to samo. Wszyscy zajadają się tym samym zestawem i wszyscy popijają parujący napój z wąskich szklanek. Żadnej różnorodności. Ani nawet odrobinki. 

Niepewnie spoglądamy na nasz posiłek. Nie wygląda specjalnie zachęcająco, a do tego nie wydaje się, że jest go wystarczająco dużo dla nas dwóch. Patrzymy pytająco na naszego gospodarza, który zresztą z ochotą przystępuje do tłumaczenia nam, cóż to takiego mamy w miseczkach. Okazuje się, że to bardziej białe, polane z wierzchu solidną porcją oliwy i posypane pokrojonymi ostrymi papryczkami, to hummus. To drugie, ciepłe i różowe, to pasta z fasoli, przyprawiona sokiem z limonki. Pierwsze jest dość ostre, drugie słodko-kwaśne. Falafel chrupie, widać, że jest świeższy niż poranne sprzedawane w piekarniach bułeczki, zaś owy okrągły placek chlebowy sam jeszcze gorący jest na tyle, że przyjemnie parzy w dłonie. Tzn. parzyłby przyjemnie, gdyby było nam zimno. A nie jest. 

Łączymy smaki, wygrzebując z miseczek tak zwane meze, czyli przystawki (lub po prostu "małe potrawy"), nie używamy widelców, ani noży - wszystko je się palcami. Mnie to pasuje, jak najbardziej! Chociaż fajnie by było chociaż móc przed tym umyć ręce. 

Knajpka nie przewiduje korzystania z łazienki. Nie ma toalety, ani nawet kranów. W sumie, to sama wygląda trochę tak, jakby była jedną wielką publiczną... albo przynajmniej dworcową poczekalnią. Kamienna posadzka, plastikowe ogrodowe meble, papiery zamiast talerzy, niezbyt czysta ścierka, którą wycierane są stoły... a w namiastkach sal, bardzo zresztą ciemnych, niewyraźne i bardzo męczące oczy słabe żarówki. 

Ale jedzenie... PYCHA! Naraz falafel okazuje się smaczniejszy niż niejeden kotlet (wegetariański czy nie), hummus jest idealnym połączeniem kremowości z pikanterią, a zarazem syci tak, że niejeden by się nabrał, pasta z fasolki przyjemnie łagodzi poparzenia kapsaicyną, zaś... sałatka z pomidorów i mięty... POEZJA. Nie łączyłam nigdy wcześniej pomidorów z innymi ziołami niż bazylia czy oregano, ale muszę przyznać, że mięta, to jest to. Orzeźwiająca, aromatyczna, wspaniale wręcz komponująca się ze smakiem tego warzywa. 

Kiedy przychodzi nam zapłacić, nasz gospodarz przejmuje rachunek i stwierdza, że miło było mu nas ugościć. Po tym - odchodzi. Dziękujemy mu i kończymy posiłek. Wracamy tam każdego dnia. Po dwa razy - na śniadanie i obiad. Jak jeszcze nigdy  wcześniej, w trakcie wakacji jem cały czas to samo. I to wcale nie dlatego, że nie ma nic innego. To połączenie smaków po prostu nie może się znudzić! 

Z tego samego powodu zamawiamy tez podobne zestawy we wszystkich innych miejscach w Jordanii: 



























Jeszcze tylko... bo wiem, że w Polsce to wcale nie jest popularne i o hummus niezwykle trudno. Ja sama szukałam tygodniami, aż w końcu znalazłam w Krakowie... w sklepie z organiczną żywnością w cenie 17 złotych za pudełeczko! Po tym cennym odkryciu włączyłam google, kupiłam kilogram ciecierzycy i zrobiłam hummus sama. 

SKŁADNIKI:

• 4-6  łyżek ziaren sezamu
• 2-3 łyżki oliwy z oliwek
• czosnek
• cytryna/limonka
• 250 g ciecierzycy (ugotowanej lub z puszki - musi być zimna)
• sól, chilli, pieprz

PRZEPIS:

Na patelni prażymy sezam, aż lekko zbrązowieje. Następnie miksujemy go, dodając oliwę z oliwek. Jeśli mamy w domu, możemy dodać łyżkę, dwie oleju sezamowego, ale ja zazwyczaj nie miałam, a i tak było smaczne :P. 

Do tzw. pasty tahini, którą właśnie zrobiliśmy, dodajemy sok z połowy cytryny/limonki, mały ząbek czosnku, sól, pieprz, chilli (wg uznania). 

Następnie pomału i stopniowo dodajemy ciecierzycę, ciągle miksując. Żeby masa była gładsza i niezbyt gęsta możemy dodać trochę zimnej wody (nie więcej niż 70 ml). 

VOILA! 
I SMACZNEGO :)

wtorek, 23 września 2014

Koniec świata w zasięgu ręki. Skye.



Na Skye jest pięknie. Jest też cicho. Niesamowicie cicho.


I pusto. 


Dziewiczo, można by powiedzieć. Zupełnie, jakby nie tknęła tego ręka ludzka, ani niczyja noga tu wcześniej nie postała. No, może niezupełnie niczyja, ale przynajmniej nie było ich zbyt wiele. Albo przynajmniej tylko nogi, ręce nie. 

Cisza. Zupełna, niezmącona niczym cisza. Wystarczy wciągnąć głęboko powietrze w płuca i... żyć. Patrzeć. Podziwiać i chłonąć. Chłonąć ciszę. I spokój. Zapach słonego powietrza, szum wiatru, kołysanie traw, krążące na wybrzeżu mewy... Nie ma nic poza tym, że się jest. I że wreszcie można dotrzeć do samego siebie. W głąb duszy. 


Kto raz zobaczył krajobrazy północnej Szkocji, nie mógł się nie zakochać.


Wracam tam po 10 przeszło latach i czuję tę samą ekscytację. To samo onieśmielenie bezmiarem przyrody i ten sam podziw, że to wszystko istnieje naprawdę. Entuzjazm mój jest tym większy, że miejsce, które wybrałam na ten krótki urlop olśniewa także R. Z przyjemnością obserwuję jego zdziwioną twarz i słucham deklaracji o znalezieniu wreszcie najbardziej idealnego miejsca dla siebie. R. rzadko się tak ekscytuje. 

Mówiłam - obok Skye nie da się przejść obojętnie. 





Im dalej na północ, tym spokojniej. Z czasem zostawiamy w tyle większość innych kierowców. Droga jest niemal tylko dla nas. Niemal, bo przyszło nam ją dzielić z... owcami. Te zresztą niewiele sobie robiły z obecności na jezdni jakichkolwiek innych obiektów, niż one same. Niespecjalnie spieszyło im się z odskakiwaniem na bok. Znudzone żuły trawę i plątały się wokół samochodu. 

Atmosfera udzieliła się i nam. Zrobiło się leniwie. Wokół tylko góry, owca, trawa, owca, sporadycznie kawałek klifu, owca,  włochate krowy, owca... Niby nic specjalnego, a jednak... 


 




Z relaksacyjnego transu coś nas jednak wytrąca. Krajobraz, co prawda, się nie zmienia, ale zmieniają się drogi. Im bliżej bieguna, tym stają się węższe. Węższe do tego stopnia, że w końcu mamy do dyspozycji tylko jeden pas. Jeden dla obu kierunków ruchu. WSPÓLNY!! 

Ale! Nie ma strachu! Co kilkadziesiąt metrów, jak zauważamy, istnieją bowiem specjalne zatoczki, w których możemy wyminąć się z nadjeżdżającym z naprzeciwka kierowcą. Kto musi ustąpić pierwszeństwa to już zależy od tego, kto ma bliżej do zjazdu - wtedy w miarę potrzeby należy do niego dojechać, albo cofnąć się. Ot, taka tam zupełna normalność. Kto by w ogóle zwracał uwagę ;-)  Na szczęście na górskich drogach dalekiej północy piratów drogowych raczej nie ma, a ludzie się grzeczni i przyjaźni, więc i na drodze ustępują pierwszeństwa. 

"Pędzimy więc" dalej wąskimi ścieżkami, co i rusz przekraczając kolejne "progi zwalniające", którymi z kolei są bramy pomiędzy pastwiskami. Tak! Na północy Skye trasa wiedzie bowiem przez prywatne tereny. Na których... cóż za niespodzianka! Wypasane są krowy i owce.







Sama nazwa: Isle of Skye, czy jak zwykli ją określać jej mieszkańcy: An t-Eilean Sgitheanach, oznacza mniej więcej tyle co "zachmurzona wyspa". I rzeczywiście, niewiele się zmieniło w odniesieniu do dawnych czasów, w których miano to zostało jej nadane. Po dziś dzień pogoda w tej części świata jest zmienna, raczej wietrzna i deszczowa. Bardziej nawet niż na południu Szkocji. Mgły, przewalające się po niebie gęste, ołowiane chmury, mżawka i chłód to chyba najczęściej występujące tu czynniki pogodowe. Czasem co prawda wychodzi tu słońce,  ba, zdarza się nawet, że można zdjąć nadmiar swetrów i kurtek, ale jadąc tu na wakacje nie należy się spodziewać plażowej pogody. 





























Niemniej - warto tu być. Choć raz. Wydaje mi się, że wszystko to podkreśla tylko niesamowitość i piękno tego miejsca, nadając mu nieco melancholijnego wyglądu. Spiętrzone chmury nad niekończącymi się wrzosowiskami i okalającymi je szczytami gór idealnie ze sobą współgrają i wprawiają człowieka w jakąś taką... zadumę. Jeśli szukać miejsca, w które można uciec od zgiełku i problemów, w którym można usiąść w ciszy na kamieniu i zapatrzeć się w przestrzeń, żeby myśleć... to tylko tam. Tylko tam, pośród wrzosów, gór i ciszy. A że czasem popada... Kto by się przejmował, kiedy wokół tyle Świata. 


* * *

Na koniec jeszcze garść zdjęć.


Słynna Kilt Rock.








































Wieczorami chmury rozchodziły się i pozwalały słońcu zaistnieć przez kilkadziesiąt minut.















































Zamek Duntulm na Skye







Zamek Duntulm na Skye



niedziela, 31 sierpnia 2014

Z kamerą wśród zwierząt. Highland Wildlife Park.

Wracaliśmy do domu trasą z Aviemore do Edynburga, żegnając się z cudownymi Cairngorm Mountains. Z sercem pełnym zachwytu nad oszałamiającymi widokami, a zarazem z nieopisanym żalem, że to już ostatnie chwile wakacyjnego urlopu, wpatrywałam się w okna, chłonąc z całych sił piękno szkockiego krajobrazu. To nic, że góry, z których właśnie zjechaliśmy zasnuły się ciężkimi, ołowianymi chmurami. To nic, że wiedziałam, że pada tam i niemiłosiernie wieje, tak, że już samo wyjście z samochodu graniczy z bohaterstwem. To nic, że po nocy spędzonej w aucie na najwyższym chyba możliwym miejscu do zaparkowania byliśmy już nieco zmęczeni i zmarznięci (wszak to już trzeci taki dzień bez łóżka). Nic to! Zdecydowanie łatwiej było tam, bo TAM, wiedziałam, że jest brzydko i nie tracimy niczego.

Tymczasem, kiedy stoczyliśmy się na dół, powitały nas radosne i ciepłe promienie czerwcowego słońca. Świat pojaśniał, niebo zbłękitniało i nawet ptactwo zaczęło ćwierkotać jakoś tak bardziej radośnie, zamieniając chaotyczne piski w melodyjne arie. Natychmiast niemal wstąpił więc we mnie szatan i zaczął szeptać, że w taką pogodę, zdecydowanie, ale to zdecydowanie nie można tak po prostu spędzić całego dnia w samochodzie, jadąc do domu! Słuchając się więc owego niedającego się uciszyć głosu, na nieszczęście kierowcy, zaczęłam się desperacko rozglądać, próbując znaleźć coś wartego zatrzymania się i zwiedzenia. Mówiąc szczerze nawet nie spodziewałam się, że coś takiego znajdę, raczej po prostu chciałam sprawić wrażenie, że pracuję nad wzbogaceniem naszego itinerarium i robię co w mojej mocy (nawet jeśli nic miałoby z tego nie wyjść).

Nagle, zupełnie znikąd na horyzoncie pojawił się tajemniczy, stary i zupełnie zaniedbany drogowskaz, który głosił: Highland Wildlife Park [w prawo].   Z radością, nie licząc jednak wcale na pozytywną reakcję, wrzasnęłam: Wildlife Park!! Powinniśmy tam pojechać!!!   

Niby wiem, że Rafał też jest fanem podglądania zwierząt i że lubi naturę, ale sądziłam, że skoncentrował się już zupełnie na powrocie do domu (wszak przed nami było jeszcze kilka dobrych godzin drogi, zwłaszcza, że zdecydowaliśmy się jechać opłotkami, żeby poznać ciekawsze miejsca). Ku mojemu zaskoczeniu, zawrócił samochód i skierował się na drogę wiodącą do rezerwatu. Cicho pisnęłam i z uśmiechem, nic nie mówiąc przebierałam nogami, będąc zadowolona, że udało mi się wydłużyć urlop o jeszcze jedną atrakcję. 

Dojechaliśmy po kilku minutach. Jak na złość jednak, pierwszy raz, kiedy udało nam się wstać wcześniej i zacząć dzień zupełnie rano, nikt tego nie docenił i nie zamierzał otworzyć punktu o równie wczesnej godzinie. Czekaliśmy 30 minut, zastanawiając się, czy przypadkowe zwiedzanie warte jest 15 funtów. Tym bardziej, że nigdzie nie było rozpiski o tym, czego właściwie możemy się tam spodziewać. Przewodnik (nie najlepszy, bo znaleziony kiedyś w hotelu) podpowiadał nam tylko tyle, że zobaczymy bydło, konie i sarny. Nie wiem czemu zupełnie zapomniano wspomnieć w książce o czekających tam na nas polarnych niedźwiedziach, tygrysach, wilkach, reniferach, małpach, rosomakach, dzikich kotach i kilku jeszcze innych bardziej egzotycznych zwierzętach, których nazw nie pomnę. Nie wiem! Ale przez to, o mały włos a nie weszlibyśmy do środka... A było warto, zobaczcie sami.

Na początku, spotkaliśmy koniki Przewalskiego, jedyny gatunek, żyjący jeszcze dziko. Są dużo mniejsze od typowych koni hodowanych w Europie i mają maksymalnie ok 1,5 metra w kłębie. Przetrwały na Dalekim Wschodzie, znaleziono je na terenie południowej Mongolii. Jak się okazało, są niezwykle przyjazne i towarzyskie. Jeden osobnik jak gdyby nigdy nic stał na środku drogi, czekając na przejeżdżające samochody i zaglądał przez okna do środka... :) 


















Wcale nie czuł się skrępowany, wpychając swój długi pysk do naszego auta. Co więcej, nie spieszyło mu się także z jego wyjęciem. Zupełnie, jakby chciał się z nami zabrać na przejażdżkę. Może był autostopowiczem? :D


Potem spotkaliśmy żubry, dostojnie przeżuwające trawę...



...i okazało się, że mają małe żubrzątko! 


 Następnie udało nam się uchwycić kadr rodem z Króla Lwa...


Aż wreszcie trafiliśmy na dwa niedźwiadki polarne, zabawiające się w swoim prywatnym stawie. Jeden z nich ćwiczył skoki do wody, co chwilę z niej wychodząc, otrzepując futro i ustawiając się do skoku ponownie,  zaś drugi nurkował i wyławiał z dna coraz to nowe przedmioty. Na zdjęciu obejmuje właśnie wielką metalową beczkę i wygląda trochę, jakby tulił keg piwa. :-)




 Aż wreszcie przyszedł czas na karmienie i miśki pojawiły się o ustalonej godzinie po drugiej stronie ogromnego terenu, na którym przyszło im mieszkać. Ich obiad widownię przyprawiał raczej o mdłości, ale zwierzakom najwyraźniej smakował. Spałaszowały wszystko w ciągu kilku minut (w czym zdecydowanie zresztą pomogły im chciwe mewy), a następnie leniwie rozłożyły się pośród resztek pożywienia na poobiednią sjestę.



 
 Ach! Były przecież jeszcze i małpy! A kimże bym była, gdybym nie spędziła przy nich najwięcej zgoła czasu! Zwłaszcza, że zupełnie szczęśliwym trafem miały trzy maciupeńkie małpiątka, które w przesłodki sposób przytulały się do swoich mam i domagały się od nich czułości. 



 
 No i na koniec, mój absolutny faworyt, jako że widziany pierwszy raz w życiu (mimo, że będąc w Norwegii pilnie go wypatrywałam...) - renifer. Samiec i dwie samiczki. Co prawda dość długo trzeba było czekać, aż łaskawy Pan Renifer ukaże się i wyjdzie ze swojej kryjówki, ale było warto. Takiego poroża jeszcze w życiu nie widziałam.







To tylko część zwierząt, jakie możecie tam zobaczyć. Wszystkich nawet nie udało mi się sfotografować, bo na całe szczęście, przestrzenie w jakich żyją są na tyle spore, że nie każdego zwierzaka da się złapać w kadrze. Tygrysy śmigają między drzewami w pagórkowatym  terenie, wilki mają namiastkę prawdziwego lasu, a w dodatku doskonale maskują się w brunatnym otoczeniu, a rosomak ukazał się tylko na sekundę i to w dodatku tylko jeden z parki. Czerwona Panda zaś, dopiero co urodziła maleństwo, więc dostęp do niej był zamknięty. Ale jestem pewna, że jeśli ktoś z Was w niedługim czasie będzie miał okazję wybrać się do tego parku, to zobaczy śliczne pandzie dzieciątko. :-) 


Poniżej jeszcze kilka informacji praktycznych. 


Godziny otwarcia: 
Lipiec - sierpień: 10:00-18:00
Wrzesień - październik, kwiecień - czerwiec: 10:00-17:00
Listopad - marzec: 10:00-16:00

Ceny biletów: 
Normalny: 14,50 funta
Dziecięcy: 10,5 funta (dzieci do dwóch lat - za darmo)
Bilet rodzinny (2 dorosłych i 2 dzieci): 46 funtów
 
July. to Aug.
10.00 am - 6.00 pm

Apr, May, June, Sept, Oct.
10.00 am - 5.00 pm

Nov. to Mar.
10.00 am - 4.00 pm
- See more at: http://www.highlandwildlifepark.org.uk/visitor-information/tickets-and-prices#sthash.qZKMsTX2.dpuf


Uwaga! Na teren parku NIE można wprowadzać psów! Jeśli musisz podróżować z psem, upewnij się, że w trakcie Twojego zwiedzania, partner zostanie z psem i odwrotnie. Pozostawienie go w samochodzie, zwłaszcza w upalny dzień może spowodować poważne zagrożenie dla życia Twojego pupila. 
Źródło: http://www.highlandwildlifepark.org.uk/visitor-information/maps-and-guides