Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amman. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Amman. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 października 2014

Czy kąpaliście się kiedyś w zupie? Jordania - Morze Martwe. Cz. I


 Kiedy za oknem huczy wiatr, tłukąc się o szyby niemiłosiernie głośno, fajnie jest móc wrócić chociaż myślami do cieplejszego miejsca i przypomnieć sobie, że są na świecie zakątki, w których stopy i dłonie nie przemarzają do kości. Że są miejsca, w których będąc, marzyliśmy o powiewie chłodu, o rześkiej bryzie znad morza, orzeźwiającym napoju i odrobinie cienia. O czymkolwiek, byleby obniżyć temperaturę wokół.

Teraz za to, z pocałowaniem ręki byśmy tam wrócili. Ba! Zarzekamy się nawet, że tym razem nie będziemy narzekać na upał!






A upał był ogrooooomny. Rzekłoby się, że nawet uciążliwy, bo o ile nie mam nic przeciwko wysokim temperaturom i lejącym się z nieba żarze, to już świadomość, że nie ma się gdzie przed tym skryć, jest nieco... przerażająca!

A skryć się nie bardzo było gdzie.

Przy temperaturze 35 stopni człowiekowi marzy się zanurzenie w otchłani chłodnej, przyjemnie orzeźwiającej wody... Wydawałoby się, że nic prostszego! Ale jednak. Kiedy woda w basenie ma zaledwie 5 stopni mniej, a woda w morzu (czy raczej, powiedzmy sobie to jasno: w jeziorze) różni się jedynie o 3 - to już zaczyna się robić ciekawie.

Wyobraźcie sobie teraz ogromnych rozmiarów gar ugotowanej zupy... Niech będzie, że jest już nieco przestudzona. Stoicie na rozgrzanym do niemożliwości piasku, bez jednego drzewa w okolicy, które dawałoby cień, a sól pod stopami potęguje wrażenie, że zaraz będziecie mieli do czynienia z samozapłonem. Przed wami tylko jedno rozwiązanie - wskoczyć do wody. Ta jednak, ku zaskoczeniu niewiele zmienia w waszej sytuacji. Wchodzicie do niej, ale bardziej przypomina zupę właśnie, niźli rajską zatoczkę z żurnali turystycznych. Owszem, w końcu nie musicie z piskiem zanurzać się w czymś zbyt zimnym, ale w tym momencie to byłaby chyba lepsza opcja.

Pływacie w solankowej zupie. Słońce smaży wasze głowy i wystające ponad taflę wody ramiona. Co chwilę przemieszczacie się, licząc, że odpływając dalej od brzegu traficie na chłodniejsze miejsca i chociaż stopę uda wam się w nich zanurzyć. Tylko, że stopy jak na złość nie bardzo chcą się zanurzać głęboko. Wszystko z uporem wyskakuje w górę.

 A jednak jest cudownie. Doświadczacie czegoś zupełnie niespotykanego do tej pory. Jesteście w miejscu, które na świecie jest jedyne. Wyjątkowe. W Morzu Martwym.


 
 Dotrzeć tutaj wcale nie było najłatwiej. 

Niby autobus... ale skąd? Kierowca dzielonej taksówki (w Jordanii to środek transportu bardziej popularny i tańszy niż autobusy) zawiózł nas na dworzec, który wg naszych przypuszczeń nie był TYM dworcem, którym być powinien. Autobusu ani śladu, wokół nas przekrzykujący się taksówkarze, a z nich każdy oferujący lepszy transport. Cena oczywiście niebagatelna... Jak ma się biały kolor skóry, to z pewnością zarabia się w dolarach, funtach, albo euro... czymże więc jest wydatek kilkunastu z nich?

Jestem poirytowana. Zła, nie ukrywając. Nie chcę z nimi jechać. Chciałam normalnie, jak człowiek, autobusem... Tylko, że autobusu nie ma. 

Poddajemy się po długiej dyspucie i utargowawszy znośną cenę jedziemy z jakimś panem, deklarując, że powrót zorganizujemy sobie we własnym zakresie i nie musi na nas czekać. Przekonać go nie było prosto. My też zresztą nie byłyśmy pewne, jak się wydostaniemy z tego odludzia, ale... raz się żyje. Poszłyśmy na plażę i zapomniałyśmy o reszcie świata na całe popołudnie. 




Wejście na jedną z osławionych legendarnych plaż też nie należało do najtańszych (choć i tak wybrałyśmy najbardziej ekonomiczną spośród podawanych przez Lonely Planet opcji). Wewnątrz budynku głównego, przez który przechodziło się do kompleksu plażowo-basenowego zobaczyłyśmy tablicę z cenami. Wcale nas nie zdziwiło, że okoliczni mieszkańcy, rodowici Jordańczycy za wstęp płacili jedynie grosze, podczas gdy nas, białych ludzi kasowano 20 JD, co w przełożeniu na polskie wynosi około 100 zł. Ukłucie żalu towarzyszyło wyjmowaniu z sakiewki takiej sumy za wejście na kąpielisko, ale przecież o rezygnacji nie było mowy. Są takie rzeczy na świecie, na których nie chce się oszczędzać.




Jak to oczywiście bywa na wschodzie, wygórowana cena, czy też określenie czegoś "luksusowym" wcale nie musi oznaczać wysokiego standardu w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Jeśli spodziewalibyśmy się plaży z białym piaseczkiem, palmami dookoła i rozdawanymi z barów drinkami z parasolkami, to moglibyśmy się nieco zdziwić. 

Owszem, kompleks basenowy i jego zaplecze wyglądało wcale nieźle, ale już plaża... nieco mniej rajska.

 















 O rajskości ciężko tu zresztą mówić, bo teren większości Jordanii to pustkowia, pustynie i góry, mniej więcej takie, jak na zdjęciu powyżej. Wszędzie jest żółto, duszno od kurzu i gorąco. a zamiast łagodnej i miękkiej zielonej roślinności zobaczyć możemy co najwyżej przyschnięte krzaki, kępy zżółkniętej trawy i jeszcze trochę ostrych kamieni. 

To, że na plaży znalazło się kilka palm, już chyba należy policzyć sobie na poczet szczęśliwego trafu. 

Pomyliłby się jednak ten, kto rozczarowany pierwszym wrażeniem opuściłby to miejsce. Chociaż w pierwszym wrażeniu plaża raczej nie oczarowywała to jednak już widok z niej w stronę wody zupełnie zmieniał nastawienie...



 


Ale o tym w następnej notce. Wróćcie za kilka dni :) 

poniedziałek, 6 października 2014

O orientacji w trudnych warunkach, a także o posiłku, który nigdy się nie nudzi.

Wyobraźcie sobie upał. Niesamowity, duszący, obezwładniający... spowalniający ruchy i powodujący, że wasze ciała są ciężkie, lepkie i ospałe. Wasze dłonie puchną i pocą się... W przebłysku świadomości przypominacie sobie, że niczego jeszcze nie jedliście. Ba! Właściwie to nawet niewiele spaliście, bo czy można liczyć jako spanie te kilka godzin spędzonych na metalowej ławce ammańskiego lotniska? No czy można?

Niewyspani, głodni i niesamowicie zgrzani snujecie się w poszukiwaniu... właściwie to sami nie wiecie czego. Ot tak, przemierzacie uliczki i próbujecie zorientować się w terenie. Dopiero wyściubiliście nosy na zewnątrz i próbujecie rozpocząć przygodę. Na głodnego jednak... trochę ciężko. 

Tak właśnie i my... idąc ciągle tą samą ulicą gotowałyśmy się w sobie. To chyba zmęczenie długą podróżą i dawało o sobie znać, bo wydawało nam się, że idziemy już bardzo długo, a kiedy obejrzałyśmy się za siebie, stałyśmy ledwie kilka budynków dalej. Kurz unosił się dookoła, wchodził do oczu i nosa, przyklejał się do spoconych policzków, chciało się pić a woda, którą miałyśmy jeszcze z samolotu była już nieprzyjemnie ciepła. Kto by pomyślał, że tyle trudów można napotkać w centrum miasta tuż pod hotelem? 

Rzut oka na przewodnik i mapę. Tu gdzieś niedaleko powinny być knajpki, czy tez jakiekolwiek budki z jedzeniem i piciem. Wg planu nawet zaraz za tamtą przecznicą! Ruszamy. Docieramy na miejsce i nic nie znajdujemy. Ponownie rzucamy okiem na plan. Obracam go tak, żeby lepiej pasował do naszego położenia. Kierujemy się w drugą stronę, z powrotem. Po przejściu odpowiedniego dystansu, rozglądamy się dookoła. Nic nie widać. To, co powinno być, nie istnieje. Nawet nazwa ulicy jest inna, niż spodziewana. Znów rzut oka na mapę - teraz już żadna  ulica nie jest w miejscu, w którym powinna. Właściwie to wszystkie się poprzestawiały. Ta z lewej strony mapy jest tu koło nas, a ta, co powinna być obok niej, była zupełnie gdzie indziej, kilkadziesiąt metrów wcześniej. Za to ta, która powinna się z nią łączyć tam.... jest... zaraz! Jest tutaj, za rogiem! Niemożliwe! Pogubiłyśmy się w samym środku miasta, mając w ręku mapę! I przysiąc by można, że rzeczona mapa nijak miała się do rzeczywistości. 

No, ale nie o tym chciałam przecież pisać. Wstęp trochę mi się przeciągnął, bo przypomniałam sobie wszystkie perypetie poprzedzające dotarcie do zachwalanej przez Lonely Planet knajpki. Nota bene następnego dnia, już po poprzednim wyspaniu się, nawodnieniu i najedzeniu, uliczki Ammanu uporządkowały się, odpowiednio skurczyły i skupiły w jednym miejscu, dystanse zmniejszyły się a przebycie tych odległości, które dzień wcześniej szacowałyśmy na półgodzinne, zajmowały ponownie 10 minut. ;-) (Zawsze najpierw dobrze wypocznijcie, zanim ruszycie na podbój nieznanego świata ;) )

Tak czy siak, kiedy wreszcie odzyskałyśmy orientację w terenie, wystarczyło, że skręciłyśmy w pierwszą główną ulicę na lewo, idąc główną arterią przejazdową i już byłyśmy na miejscu. Przed nami rozpościerał się widok na WSPANIAŁĄ, ale to naprawdę GENIALNĄ i serwującą PRZEPYSZNE dania, a do tego w PRZYSTĘPNEJ cenie restaurację. Restaurację.... Taaaaak. 

RESTAURACJA HASHEM. Adres: Al-Amir Mohammed St Downtown, Amman 11110, Jordania
























Stoimy chwilę skonsternowane. Nie chodzi o to, że standard nam nie odpowiada. Raczej o to, że spodziewałyśmy się czegoś innego. No i... gdzie jest menu? Cennik? Wchodzimy niepewnie. Od wejścia łapie nas przebiegający kelner i sadza przy stoliku razem z jakimś mężczyzną. Syryjczykiem, jak się za chwilę okazuje. Po chwili przybiega inny i oczekująco wlepia wzrok to we mnie, to w Agę. Patrzymy na siebie, nie wiedząc, co powiedzieć. 

Po chwili pyta:
- One portion?

Taaaaak, ale może byś tak łaskawie powiedział, co serwujecie? Znów patrzymy na siebie, czując się głupio i niezręcznie. Nie znamy ceny, nie wiemy, co nam podadzą, ani ile tego będzie. Skąd mamy wiedzieć, ile i czego nam przyniesie? 

Kelner ponawia pytanie. Ale sam nie chce odpowiedzieć na nasze. Zaczyna się robić naprawdę niezręcznie. Nie rozumiemy siebie nawzajem. Cóż, może to kwestia używania dwóch różnych języków. 
Z pomocą przychodzi nam przydzielony niejako z urzędu współuczestnik nadchodzącej biesiady. I o dziwo sam przejmuje inicjatywę, zamawiając dla nas po jednym wszystkiego, czyli cały zestaw. W zasadzie, jak się okazuje, przyniosą nam do stolika to samo, co jemu. Ale wg niego jedna porcja na nas dwie będzie w zupełności wystarczająca. 

Po chwili wjeżdżają na blat półmiski... a właściwie miseczki... i tacki... a raczej niezbyt równo pocięte kawałki cienkiego białego papieru. Ale na nich, to już same pyszności! Przed nami pojawiają się 4 chlebowe placki, kojarzące mi się z tzw. Chapati (ale mówiąc szczerze, po tym, jak sprawdziłam ile różnych rodzajów pieczywa wypieka się na Wschodzie, nie podejmuję się zgadywać). Zaraz po nich na małej tacce stawiane są brązowe, pachnące i wyglądające na chrupkie, sporej wielkości kulki, przypominające nasze pulpety. Jak się okazuje, są to tzw. falafele - smażone na głębokim oleju kotleciki z ciecierzycy. Następnie z głośnym uderzeniem na stole lądują dwie miseczki z tajemniczo wyglądającymi sosami. Obok nich mała czarka ze zgniecioną czerwoną ostrą papryką, a na koniec mały talerz z byle jak pokrojonymi pomidorami i cebulą, położoną z boku, a wyglądającą, jakby ją ktoś potraktował łopatą. Koło noża chyba nawet nigdy nie leżała. Na tę jakże fantazyjnie wyglądającą sałatkę rzucono kilka, narwanych niemal jak chwasty całych łodyg mięty. Ciężko powiedzieć czy to do smaku, czy do ozdoby...

























Do picia dostajemy dwie szklanki mocno przesłodzonej miętowej gorącej herbaty. W sam raz na taki upał. Ale wszyscy piją. 

Dopiero teraz się rozglądamy uważniej i dostrzegamy, że właściwie na każdym stoliku znajduje się to samo. Wszyscy zajadają się tym samym zestawem i wszyscy popijają parujący napój z wąskich szklanek. Żadnej różnorodności. Ani nawet odrobinki. 

Niepewnie spoglądamy na nasz posiłek. Nie wygląda specjalnie zachęcająco, a do tego nie wydaje się, że jest go wystarczająco dużo dla nas dwóch. Patrzymy pytająco na naszego gospodarza, który zresztą z ochotą przystępuje do tłumaczenia nam, cóż to takiego mamy w miseczkach. Okazuje się, że to bardziej białe, polane z wierzchu solidną porcją oliwy i posypane pokrojonymi ostrymi papryczkami, to hummus. To drugie, ciepłe i różowe, to pasta z fasoli, przyprawiona sokiem z limonki. Pierwsze jest dość ostre, drugie słodko-kwaśne. Falafel chrupie, widać, że jest świeższy niż poranne sprzedawane w piekarniach bułeczki, zaś owy okrągły placek chlebowy sam jeszcze gorący jest na tyle, że przyjemnie parzy w dłonie. Tzn. parzyłby przyjemnie, gdyby było nam zimno. A nie jest. 

Łączymy smaki, wygrzebując z miseczek tak zwane meze, czyli przystawki (lub po prostu "małe potrawy"), nie używamy widelców, ani noży - wszystko je się palcami. Mnie to pasuje, jak najbardziej! Chociaż fajnie by było chociaż móc przed tym umyć ręce. 

Knajpka nie przewiduje korzystania z łazienki. Nie ma toalety, ani nawet kranów. W sumie, to sama wygląda trochę tak, jakby była jedną wielką publiczną... albo przynajmniej dworcową poczekalnią. Kamienna posadzka, plastikowe ogrodowe meble, papiery zamiast talerzy, niezbyt czysta ścierka, którą wycierane są stoły... a w namiastkach sal, bardzo zresztą ciemnych, niewyraźne i bardzo męczące oczy słabe żarówki. 

Ale jedzenie... PYCHA! Naraz falafel okazuje się smaczniejszy niż niejeden kotlet (wegetariański czy nie), hummus jest idealnym połączeniem kremowości z pikanterią, a zarazem syci tak, że niejeden by się nabrał, pasta z fasolki przyjemnie łagodzi poparzenia kapsaicyną, zaś... sałatka z pomidorów i mięty... POEZJA. Nie łączyłam nigdy wcześniej pomidorów z innymi ziołami niż bazylia czy oregano, ale muszę przyznać, że mięta, to jest to. Orzeźwiająca, aromatyczna, wspaniale wręcz komponująca się ze smakiem tego warzywa. 

Kiedy przychodzi nam zapłacić, nasz gospodarz przejmuje rachunek i stwierdza, że miło było mu nas ugościć. Po tym - odchodzi. Dziękujemy mu i kończymy posiłek. Wracamy tam każdego dnia. Po dwa razy - na śniadanie i obiad. Jak jeszcze nigdy  wcześniej, w trakcie wakacji jem cały czas to samo. I to wcale nie dlatego, że nie ma nic innego. To połączenie smaków po prostu nie może się znudzić! 

Z tego samego powodu zamawiamy tez podobne zestawy we wszystkich innych miejscach w Jordanii: 



























Jeszcze tylko... bo wiem, że w Polsce to wcale nie jest popularne i o hummus niezwykle trudno. Ja sama szukałam tygodniami, aż w końcu znalazłam w Krakowie... w sklepie z organiczną żywnością w cenie 17 złotych za pudełeczko! Po tym cennym odkryciu włączyłam google, kupiłam kilogram ciecierzycy i zrobiłam hummus sama. 

SKŁADNIKI:

• 4-6  łyżek ziaren sezamu
• 2-3 łyżki oliwy z oliwek
• czosnek
• cytryna/limonka
• 250 g ciecierzycy (ugotowanej lub z puszki - musi być zimna)
• sól, chilli, pieprz

PRZEPIS:

Na patelni prażymy sezam, aż lekko zbrązowieje. Następnie miksujemy go, dodając oliwę z oliwek. Jeśli mamy w domu, możemy dodać łyżkę, dwie oleju sezamowego, ale ja zazwyczaj nie miałam, a i tak było smaczne :P. 

Do tzw. pasty tahini, którą właśnie zrobiliśmy, dodajemy sok z połowy cytryny/limonki, mały ząbek czosnku, sól, pieprz, chilli (wg uznania). 

Następnie pomału i stopniowo dodajemy ciecierzycę, ciągle miksując. Żeby masa była gładsza i niezbyt gęsta możemy dodać trochę zimnej wody (nie więcej niż 70 ml). 

VOILA! 
I SMACZNEGO :)

sobota, 3 listopada 2012

Autostop w Jordanii. Czy podróżowanie za darmo na Bliskim Wschodzie jest możliwe?

         Dziś jeszcze kilka słów o obiecanym autostopie, bo chociaż zawsze podchodziłam z pewną obawą do tego sposobu podróżowania poza Europą, to system komunikacyjny po prostu wymusił na nas podjęcie ryzyka. Ryzyko w tym miejscu do dość dobre słowo, ale o tym za chwilę...

       Prawda jest taka, że zgodnie z tym, co pisałam wcześniej, dojechać gdziekolwiek komunikacją miejską, jest trudno. Albo godzimy się na szalone warunki, jakie nam oferuje oficjalny system transportowy, albo płacimy dużo za prywatne taxówki (tu mamy ułatwioną sprawę, jeśli pochodzimy z zachodu i nasza wypłata przychodzi w euro...), albo obchodzimy utrudnienia dookoła i radzimy sobie inaczej. Próbowałyśmy wszystkiego. W miarę możliwości i cierpliwości. Przy okazji wizyty nad Morzem Martwym przyszedł więc czas i na autostop. Dlaczego? A to dlatego, że z autobusami tam jest gorzej niż słabo a taxówkarz (w jedną stronę) próbował nastraszyć nas, że jeśli nie zamówimy u niego powrotnego kursu, nie będziemy miały czym wrócić. Miałybyśmy, bo taxówek kilka by się ostatecznie znalazło, ale postanowiłyśmy nie szarpać się o cenę. Poszłyśmy łapać okazję.



        Zatrzymał się pierwszy samochód, do którego wystawiłyśmy kciuka. W środku 2 młodych chłopaków. Pada pytanie "do you need help?" Hmmm... jakby nie patrzeć - potrzebowałyśmy, choć oni się chyba tego nie spodziewali, bo na moją odpowiedź-pytanie czy podwiozą nas do Ammanu, zareagowali speszeniem i dezorientacją. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej widzieli autostopowicza. Szybko jednak zorientowali się w problemie i wszystko zakończyło się dobrze, zachęcając nas do dalszych prób. Podczas drogi mieliśmy okazję trochę porozmawiać i zobaczyć ile radości może ludziom sprawić oglądanie pierwszy raz w życiu mapy swojego miasta... tak, tak. Mapy. ;)
    Doświadczenie to spowodowało, że chciałyśmy obejść system zupełnie i odwiedzić więcej miejsc (których z innych względów jednak nie odwiedziłyśmy, o czym przy następnej okazji...). Wyszłyśmy z założenia (które wzmacniały doświadczenia z Macedonii), że Muzułmanie z zawsze idą z pomocą potrzebującym, więc nie będzie problemu, jeśli będziemy chciały gdzieś podjechać. Problemy jednak zaczęły się szybciej, niż myślałyśmy... Druga próba okazała się gorsza.
     Zaczęło się w Ramie, z której na plażę Morza Martwego jechało się jeszcze ok. 20 km. Pomyślałby ktoś, że nie ma nic prostszego. Niestety - każdy zatrzymujący się kierowca żądał opłaty. Jeden większej od drugiego. Nawet ci najbardziej religijni, modlący się podczas jazdy, wystawiali ręce po denary... a nie o to przecież chodziło! Odmawiałyśmy, tracąc nadzieję, aż w końcu zatrzymał się koło nas dość luksusowy chevrolette a mężczyzna za kierownicą zaproponował, że podrzuci nas w okolice naszego celu, bo sam jedzie do hotelu, który znajduje się nieco wcześniej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że jego hotelu nie było przed naszą plażą, więc on z "dobrej woli", szukając go ciągle, zawiózł nas na miejsce. W ostatnich dosłownie minutach postanowił zostać rasowym taxówkarzem i z rozmachem wjechał na parking, otworzył nam drzwi i zaczął się awanturować o zapłatę. Niewiele przemawiały do niego tłumaczenia, że gdybyśmy chciały taxówkę, wzięłybyśmy coś z logiem na drzwiach, wyraźnym napisem "TAXI" i licencją, a nie stały na drodze w upale i łapały stopa... Koleś stojąc jak sęp, upierał się przy swoim i nachalnie żądał pieniędzy. Pojawiły się nawet groźby policją. W tym momencie łatwo było stracić zimną krew i po prostu się przestraszyć, ale... chwilunia! Od kiedy to taxówkarz oferuje kurs "tylko do 3/4 drogi, bo sam jedzie bliżej"? No właśnie. Ucięłyśmy tę nieprzyjemną rozmowę, po prostu wchodząc na teren płatnej (niestety) plaży i tak zakończyłyśmy naszą przygodę z wyłudzaczem. Szkoda tylko, że niesmak pozostał...
      Czekała nas jednak jeszcze jedna przeprawa - powrót. I tym razem nie obyło się bez niesmaku, choć z niesmakiem już zaczynałyśmy, więc o tyle było mu łatwiej... Tym razem wcale nie zatrzymał się pierwszy pojazd. Ani drugi. Szczęście początkującego już się wyczerpało i teraz trzeba było podejść do tematu, jak weteran i nastawić się na czekanie. Sytuacje się powtarzały. Znów - jeden, drugi, trzeci chciał pieniędzy. My jednak chciałyśmy dokończyć eksperyment, zebrać doświadczenie i... oszczędzić. W końcu zatrzymał się wpasiony jeep na kuwejckich rejestracjach. W środku zasiadał mężczyzna wraz z żoną. Żony widać było tyle co nic, niestety, bardziej przypominała ogromną czarną plamę, niż ludzką postać. Była jednak miła i pomagała swojemu małżonkowi w posługiwaniu się angielskim. Para podwiozła nas po połowy drogi i wysadziła przy kontrolnych bramkach (takich, jak u nas przy autostradach). Niedaleko stała policja, więc kierowca uznał, że tu będzie nam bezpiecznie. Przed wysadzeniem, ostrzegł nas jeszcze, że powinnyśmy uważać, jeżdżąc stopem w Jordanii.
     Nie musiałyśmy długo czekać, aż zatrzymał się przy nas kolejny, bardzo drogi samochód. Tak drogi, że jego właściciel nie mógłby od nas żądać opłaty! Nie mógłby, bo jeśli kogoś stać na takie cacko, to czymże są dla niego grosze, które mógłby mu ofiarować turysta... A jednak! Mógł i zażądał. Co więcej, kwoty wyższej, niż normalnie padłaby z ust taxówkarza. Mimo, że i tak jechał w tę samą stronę, próbował wyłudzić 25 JD, czyli ponad 125 zł za kurs ok. 40-50 km... 50 zł więcej, niż policzyłaby za to taxi... Żeby na tym się skończyło! Człowiek ten okazał się na tyle złośliwy, żeby próbować wmówić nam, że w miejscu, w którym stoimy, stać nie możemy, bo stojąca 50 metrów dalej policja ma co do tego zastrzeżenia. Dziwne tylko, że przez 15 minut przed jego przyjazdem nie miała nam nic do powiedzenia... a zasady ruchu drogowego czy zakazy zatrzymywania się, przestrzegane są w Jordanii mniej więcej tak samo, jak zakazy palenia. Ucięłyśmy więc kolejną próbę wyłudzenia gotówki, po prostu każąc mu odjechać i poczekałyśmy na kolejny samochód.
      Tym razem już się nam poszczęściło. Zdaje się, że los wysłuchał naszych próśb i podarował nam dalsze przykre doświadczenia, przysyłając, niczym wybawienie, 2 młode dziewczyny. Jordankę i Irakijkę, o dziwo ubrane na styl Europejski, bez przykrycia głów i tradycyjnych szat (były to pierwsze kobiety "stąd", które nie przykrywały wszystkiego, co przykryć można).

     
       Była jeszcze jedna mało przyjemna sytuacja, z której na szczęście udało się wyjść obronną ręką... Pewnego wieczora, kiedy wracałyśmy autobusem z Madaby, wysiadłyśmy nieco za wcześnie i wobec tego, że było już ciemno, daleko, a Lonely Planet nie pomyślał o zamieszczeniu na swoich kartach nieco bardziej rozległej mapy - musiałyśmy złapać jakiś transport do miasta. Tym, który się zatrzymał, był na oko 35-letni mężczyzna, z 5-letnią córką na przednim siedzeniu. Nic bezpieczniejszego nie mogło nam się trafić! Wsiadłyśmy. Wszystko było dobrze, do momentu, w którym człowiek ten, odwiózł dziecko do domu. Po drodze pokazał nam swój dom i poprosił, żebyśmy poczekały a potem zawiezie nas do centrum. Zawiózł, zaiste, ale przed tym pokrążył po serpentynach, próbując sprawić wrażenie, jakbyśmy mieli przed sobą jeszcze kawałek drogi. W rzeczywistości o czym zorientowałam się b. szybko, jego dom znajdował się 2 minuty jazdy od miejsca, do którego miał nas zawieźć. Wcale nie musiał odwozić dziecka. Byłoby znacznie szybciej, gdyby darował sobie ten pomysł. Tylko, że... jemu niezupełnie zależało na pośpiechu. Z trudem opędziłyśmy się, wysiadając, od nachalnych propozycji przyłączenia się do naszego spaceru, tudzież palenia shishy... Z tym większym trudem, że gość niemal w ogóle nie mówił po angielsku. Z tym większym także przerażeniem umknęłyśmy przed jego dwuznacznymi, chorymi nadziejami.



Podsumowując.

        Autostop w Jordanii działa. A i owszem! Tylko, że istnieje jedno, zasadnicze ALE. Wymagane są silne nerwy, konsekwencja i stanowczość. Mile widziana czujność i rozwaga. Desperację należy zdecydowanie wykluczyć i przygotować się na odrzucanie połowy ofert. Musimy liczyć się z tym, że kierowcy będą oczekiwać na zapłatę, lub co gorsza, próbować wymusić ją na nas, zastraszając lub wypraszając. Jeśli nie chcemy się, krótko mówiąc, użerać - powinniśmy sobie darować.
     Jeśli chodzi o inne zagrożenia, czyli kwestie tzw. kobiece - z tego co się orientuję, przemoc sexualna raczej się tam nie zdarza, ale zawsze warto mieć się na baczności i bardzo zwracać uwagę na zachowanie kierowcy. Wsiadanie do auta z więcej niż jednym mężczyzną mimo wszystko odradzam z racji ostrożności. Niestety tak to już jest, że w krajach wschodnich, muzułmańskich, mimo, czy raczej właśnie z tego powodu, że tamtejsze kobiety odziewa się szczelnie, górę nad moralnością może wziąć ciekawość i instynkt. Każda z nas, która choć parę dni spędzi w Jordanii, szybko zauważy, że wzrok na nią kierowany i reakcje mężczyzn są wręcz nie do pomyślenia w Europie. Dlatego warto pamiętać o tym podczas łapania stopa i brać pod uwagę, bardziej niż w "białych krajach" wszystkie zasady bezpieczeństwa.
       Nie mówię więc Wam ani TAK, ani NIE. Każdy sam musi zdecydować, czy starczy mu sił na takie przeprawy.

środa, 24 października 2012

Jak podróżować po Jordanii, część II. Jordański system autobusowy i service taxi, czyli - co łączy nieustanne przystanki i smród papierosów?

 Dzień dobry. 


Serwuję Wam, drodzy Goście mojego bloga, ciąg dalszy transportowych opowieści z Jordanii. Od razu na wstępie zaznaczam, że pierwsza, górna partia notatki ma charakter raczej poradnikowy niż rozrywkowy, więc niezainteresowanych technicznym zapleczem Ammanu, zapraszam do rzucenia okiem na niższe akapity (tuż po gwiazdkach) :). Pierwsze informacje zamieszczam głównie dlatego, że sama bardzo usilnie i bez skutku poszukiwałam ich, będąc na wyprawie i wierzę, że jeśli ktoś znajduje się właśnie w stolicy Jordanii i czuje się nieco zdezorientowany - znajdzie tu pomoc.



AMMAN


Zasadniczą kwestią dla poruszania się po stolicy i poza nią, jest zapoznanie się z rozkładem dworców i powiązanych z nimi kierunków odjazdu autobusów. Nie jest to takie proste, jeśli ma się ze sobą lekko nieaktualny przewodnik (bo niestety Lonely Planet wznowił wydanie ze dwa miesiące po zakupie Agi) i nagle okazuje się, że ten czy ów dworzec już nie istnieje, albo ma kilka nazw i nie wiadomo które są które...
 Tak czy inaczej, mamy 4 główne punkty: 

- Northern Bus Station + Tabarbour BS. – północny kompleks autobusowy, zwany przez niektórych także Al-Shamal (zastąpił wcześniej funkcjonujący Abdali BS). Obsługuje głównie autobusy jadące na północ, m. in. do Jerash, ale można tam złapać także transport do popularnych miejsc na płd., np. do Madaby. Stąd odjeżdżają też autobusy na lotnisko - tzw. Airport Express Bus. Ich koszt to 3 JD, czas jazdy - ok. 45 min. Odjeżdżają co godzinę od 7 rano do późnego wieczora. Z centrum (Downtown) dostajemy się tam białym service taxi z punktu zbiorczego naprzeciwko Palace Hotel (ok. 400 fils/os = 0,4 JD*).

- Mahattan BS. – Zastępuje wcześniej istniejący Raghadan BS. Tym razem więc zamiast z ogromnego, świetnie przystosowanego budynku dworcowego, odjeżdżamy z samego środka targowiska, spomiędzy straganów i wśród tłumu ludzi. Ciężko go w ogóle znaleźć, bo nikomu normalnemu do głowy nie przyszłoby go tam szukać! Busy stąd jeżdżą na południe, gł. do Madaby. Dostać się tu możemy autobusami miejskimi, np. 426 , 423. 

- Muhajereen BS. – Mały przystanek lokalnych busów, niedaleko centrum (Downtown). Stąd odjeżdżają głównie busy w stronę Morza Martwego. Uwaga: wiele z nich dowiezie nas tylko do miejscowości Rama (18 km przed plażą) i dalej będziemy musieli szukać kolejnego dojazdu. Można stąd, tradycyjnie już, dojechać także do Madaby. Z centrum dostajemy się tu service taxi, które mają swój parking naprzeciwko Amman Palace Hotel (nie mylić z wymienianym wyżej P. H.).
 
- Wahadat BS. – stacja południowa, obsługująca kursy w dół kraju. Nie korzystałyśmy z niej, ale zdaje się, że wysadził nas na niej autobus z Aqaby.



* * * 

Autobusy miejskie, którymi możemy wybrać się na przejażdżkę, korzystając z tych dworców, serwują nam całą masę atrakcji, począwszy od niezapomnianych widoków na niekończący się Amman, lub pół-pustynie (kiedy wreszcie doczekamy się opuszczenia miasta), poprzez zatrzymywanie się DOSŁOWNIE co 5 metrów, a skończywszy na jakże oszałamiającym i relaksującym zapachu spalanego tytoniu. No właśnie. Bo mentalność Jordańczyków jest już taka, że nikt tam nie bierze pod uwagę "nie-palaczy". Palą wszyscy mężczyźni, a skoro nikt nie nie pali, to po co słuchać się obrazków z przekreślonym papierosem, porozklejanych wszędzie, gdzie się tylko da? Nie sądzę, żeby ktokolwiek przejmował się grupkami dzieci, siedzącymi gromadnie na dzielonych dwóch siedzeniach, albo młodymi kobietami, z których przecież znaczna część prawdopodobnie właśnie jest w ciąży. To nic, że przed twarzą, frontalnie, błyszczą się dwie, sporych rozmiarów naklejki, a boczne drzwi pojazdu opatrzono napisem "nie palić". Po kolei (nie żeby jednocześnie!) kilku panów zapala bezmyślnie swoje skręty i pyka później przez następne 5 minut (jeden po drugim), wypuszczając do wnętrza samochodu tumany dymu i zmieniając atmosferę w gęstszą i bielszą. A przecież i tak kurzu w powietrzu jest sporo... 
Kamień milowy zaliczamy, kiedy autobus zatrzymuje się na stacji benzynowej. O ile jestem w stanie zrozumieć, że lekceważy się pouczające obrazki, o tyle zignorowanie wielkich plansz, rozwieszonych przy każdym dystrybutorze paliwa, a głoszących groźne hasło: Smoking forbidden by law, wydaje mi się już co najmniej nieostrożne i głupie. Nieposłuchanie własnego zmysłu samozachowawczego - tym bardziej. Wypełniony dziećmi i kobietami autobus stoi przy zbiornikach z paliwem we wiadomym celu. W nieznanym za to mi celu jeden z pasażerów wysiada z zapaloną fajką w ręce i zaczyna wokół tych zbiorników krążyć. Temperatura przekracza 35 stopni. Jest południe. Siedzimy i czekamy.. Zastanawiamy się czy uda nam się opuścić to miejsce, czy za chwilę z hukiem wylecimy w powietrze. 
Nikt nie zwróci uwagi. Nawet kierowca. Za to zdarza się, że upomną cię o odsłonięte kolano...

Żeby jeszcze palono tylko shishe, ale... nie! Niestety.


Drugą sprawą, osłabiającą i rozkładającą na łopatki jest nieustanne stawanie. Wyznaczenie dystansu na 5 metrów naprawdę nie jest przesadzone (o, jakbym chciała, żeby było!). Radosny pojazd co chwilę zjeżdża na pobocze i wysadza kolejnych podróżnych a to przy tym sklepie, a to przy tamtym. Rusza, rozpędza się, już, już wydaje się, że odjedzie chociaż kawaląteczek dalej niż poprzednio... aż tu nagle - znowu zwalnia, zjeżdża, staje... i tak w kółko. Bez końca. W ten sposób 30 km pokonujemy przez godzinę... Po upływie pół godziny idzie się już nawet przyzwyczaić...



            Obok autobusów miejskich, pozamiejskich i żółtych prywatnych taksówek, bardzo ważnym elementem ammańskiego transportu są tzw. service taxi (białe). Odjeżdżają one dopiero, gdy zbierze się 4 pasażerów (chyba, że ktoś zapłaci za wolne miejsca). Działają one na zasadzie autobusów: odjeżdżają z określonych miejsc i poruszają się wyłącznie po wytyczonych trasach. Możemy z nich skorzystać, jeśli nasz cel pokrywa się z drogą kierowcy.  W przeciwnym razie albo będziemy musieli się gdzieś przesiąść, albo zostaniemy odesłani na inny punkt odjazdowy, ALBO zostaniemy wsadzeni do samochodu i wysadzeni ZUPEŁNIE nie tam, gdzie chcieliśmy, bo potraktowano nas jak zapychacze miejsc. Trzeba uważać, być czujnym i przed odjazdem kilka razy zapytać (choć i to nie zawsze pomaga). Skonsultowanie się z mapą bardzo pomaga. Miejmy na uwadze, że z każdego punktu postojowego, service taxi wyrusza w innym, tylko w jednym ustalonym kierunku. Jeśli dokładnie sprawdzimy skąd i dokąd mamy jechać, ten środek lokomocji okaże się szybki i poręczny. Wbrew europejskim przyzwyczajeniom taxi wcale nie muszą być drogie i nie warto czekać na autobusy liniowe. Cena za miejsce jest ustalona na ok. 300-400 fils (0,3-0,4 JD), 500 fils po zmroku. Nie dajmy się więc zwieść wygórowanym cenom, propozycjom w stylu "how much you pay" ani niewydawaniu reszty.

Amman.



   Miało być jeszcze o autostopie, ale wyszło mi trochę za dużo tekstu, więc - zapraszam za kilka dni. Tekst już na Was czeka :).



* 1 JD = 0,9 euro