Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plaża. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 września 2016

Plaże rajskie i nierajskie. Koh Chang, Tajlandia. Gdzie plażować, a gdzie nie?


Nigdy nie byłam fanką ogromnych kurortów i superpopularnych plaż. No, może poza okresem, kiedy byłam małą dziewczynką i wtedy liczyła się dla mnie tylko woda, piasek i słońce (i może jeszcze jakaś budka z lodami). Lubiłam publiczne plaże bardziej, niż te dzikie, bo na Mazurach dzika plaża niewiele ma w sobie z romantyczności, a więcej z komarów, chaszczy i mulistego dna jeziora, które, krótko mówiąc, jest obrzydliwe w dotyku, zwłaszcza, jeśli pokryte jest wodorostami.
W odniesieniu do moich ostatnich podróży do Azji, publiczna plaża, czyli plaża z ogólnym dostępem, bezpłatna i w miarę czysta to niezupełnie to samo, co superpopularne kąpielisko, promowane głośno i kolorowo w gazetach i internetach. Nie to samo, a wręcz, że tak powiem zdecydowanie lepiej. Przekonałam się o tym podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, na wyspie Koh Chang.
Jak wybieraliśmy się w grudniu na tę niewielką (ale jednak jedną z największych w kraju) wyspę 6 godzin na południowy wschód od Bangkoku, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Prawdę mówiąc, był to mój pierwszy raz w takich rajskich klimatach, a Lołnli Planet tylko szczątkowo i bardzo lakonicznie pisała na temat kąpielisk. Nie jestem zresztą typem plażowicza, który swój wolny czas spędzi, leżąc plackiem na piachu i gapiąc się w niebo (chociaż gapienie się w niebo akurat jest fajne), ale skoro już jadę po słońce i upał, to czemu by do tego kompletu nie dołożyć troche mieniącej się wody i miękkiego, białego piachu?
Wybraliśmy więc miejsce, mniej więcej w 1/3 długości wyspy, w pobliżu Khlong Prao Beach. Pisano o niej, że jest ok, że daje radę się wykąpać i że jeśli ktoś szuka spokoju, to będzie to miejsce dla niego. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i, choć nie było tam śnieżnobiałego piasku, a ten który był może ciut bardziej ziarnisty, niż najdrobniejszy puder. Była jednak rajska palma z huśtawką, niesamowite widoki na zachód słońca (choć po tej stronie wyspy to akurat normalne), były panie, które z uśmiechem na ustach oferowały masaże i robiły je naprawdę fantastycznie, a przy tym niedrogo (no bo czy 25 zł za godzinę masażu wprost na plaży to dużo?), była wreszcie rajska i niedroga knajpka (naprawdę tania, jak barszcz, biorąc pod uwagę jakość jedzenia i lokalizację). Do tego, co najważniejsze, było czysto, w piachu żadnych śmieci, woda przejrzysta, bez farfocli i w ogóle cud, miód i orzeszki.


Khlong Prao Beach



Khlong Prao Beach

Khlong Prao Beach

Poczytałam jednak trochę o tak zwanej White Sand Beach, plaży białopiaskowej, i…. jak to bywa z dziewczynkami, natychmiast postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie przepada nam coś lepszego, fajniejszego i piękniejszego przede wszystkim. Już pal licho, że i tak na plaży siedzieliśmy tylko wieczorami, bo całe dnie spędzaliśmy na skuterze, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się na krótką chwilę w różnych miejscach po drodze, żeby ‘dać nura’. Ważny był fakt. Dziewczynki czasem tak mają ;).
Tylko, że najpopularniejsza plaza, która zresztą była pierwszym przystankiem od portu promowego, na której wysiadło z naszego tuk tuka większość osób (w tym grupa niemieckich emerytów), okazała się… OKROPNA.  O-KROP-NA.  Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Bród, smród i… no nie, ubóstwo nie, bo przecież to najdroższy rejon wYspy, więc kasę akurat trzeba było mieć. 

Sama okolica też zresztą nie była specjalnie oszałamiająca. Duży ruch na ulicach, ogromny tłok, sklep na sklepie, bilboard na bilboardzie i jeszcze cała masa reklam i innych wywieszek. Zero rajskości, zero prywatności, za to dużo miejskości w kiepskim wydaniu. 

Nie wiem,czy to z powodu ilości ludzi, czy może raczej usposobienia  tych, którzy tam się zatrzymywali, a musieli być w większości nastawieni raczej na imprezy, niż jednoczenie z naturą, ale ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy. Chociaż miałam zamiar zanurzyć się wtedy w wodzie, bo mimo poranka temperatura sięgała już na pewno nieźle powyżej 35 stopni, nie odważyłam się wejść do wody. Wszędzie pływały śmieci, woreczki, foliowe kawałki opakowań, butelki, kapsle, nakrętki, sznurki, srurki i co tylko chcecie (albo raczej, czego nie chcecie). Na piasku, który być może nawet i był biały, pełno było tegoż samego śmiecia i ciężko było iść bez butów, żeby nie rozcharatać nogi o coś wystającego z ziemi. Było co prawda kilka rajskich palemek i sznurowych huśawek dyndających smętnie na wietrze, ale miały one nieszczęście wisieć nad ‘urokliwymi’ strumykami ścieków z pobliskich restauracji, które przy akompaniamencie połyskującego na ich taflach słońca spływały radośnie wprost do morza.

Zdegustowana, przerażona ogromem ludzkiej bezmyślności i głęboko zasmucona tym, co zobaczyłam, zawinęłam się czym prędzej i uciekłam. Na inne plaże. Na drugim brzegu wyspy, tam, gdzie turyści docierają rzadziej.

White Sand Beach







White Sand Beach

White Sand Beach


White Sand Beach

White Sand Beach
I znowu: dwa kąpieliska zupełnie poza zasięgiem większości ludzi (na wschodnią stronę Koh Chang bez wypożyczonego skutera dostać się ciężko), okazały się fantastyczne, czyste i przyjemne, a przecież do popularności im daleko.
Na tak zwanej Amber Beach, przylagającej zresztą do jednego z hoteli (jednym z niewielu w tej okolicy), ale udostępnianej tym, którzy chcą skorzystać z dostępu do morza, było cichutko i spokojnie. Fale były tu delikatne, a krajobraz balansował na pograniczu azjatyckiej egzotyki i swoiskich Mazur. Miejsce idealne do wyciszenia się, albo przyjechania z dzieckiem. Piasek, jak sama nazwa sugeruje, był tu pomarańczowo-złoty, przyjemnie kontrastował z głębokim błękitem morza i nieba. Dookoła rozciągał się ogród i las palm kokosowych.

Amber Beach
Amber Beach

Amber Beach

Amber Beach
Z kolei na drugiej, odległej o kilkanaście kilometrów Long Beach, strome (jak dla skutera) pagórki, setki ostrych kamieni, gęsty las i rodzinę małp piknikujących na środku drogi, zobaczyliśmy mały, sekretny raj, rodem z bajki. Była długa, pustawa, ciągnąca się w dal plaża okolona wianuszkiem palm i zakończona malowniczym górzystym cyplem, były leniwe fale i czysty piasek. Nad wodą tylko jedna knajpka, sklecona z desek i strzechy, ze sporym tarasem, hamakami i poduszkami rozrzuconymi na podłodze do siedzenia. W niej: owocowe szejki i omlety ze  świeżym kokosem i czekoladą. I jeszcze: kilka domków na drzewach, w których można przenocować, jeśli ktoś da radę dotrzeć tu z plecakiem. Bez klimy, ale klimatycznie J. Rajskość. Long Beach była cudowna, ukryta, niedostęna i… długa, ale w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy. Długośc jej polegała nie na rozciągniętej w metrach połaci piachu, ale na tym, że do wody można było iść i iść, i iść… i ciągle nie było się głębiej, niż po kolana. Po kolana w zupie, bo przecież takie płycizny nagrzewają się szybko J.


Long Beach

Long Beach


Wyjeżdżaliśmy z tego miejca podekscytowani odkryciem i szczęśliwi, że podjęliśmy wysiłek pokonania na słabym skuterze stromizn i wybojów. Żałowaliśmy odrobinę, że gromadzące się chmury przegoniły nas z tego przylądka, ale czasem niedosyt jest lepszy niż przesyt. Wróciliśmy do siebie i po całym dniu spędzonym na dwóch kołach zatopiliśmy się w sennym i olśniewającym zachodzie słońca na naszej Khlog Prao.
***

 W tym miejscu czas na konkluzję: jeśli naprawdę zastanawiacie się, gdzie zamieszkać i gdzie się kąpać na Koh Chang, to zdecydowanie polecam okolicę, przy której my się zatrzymaliśmy. Jest tam cicho i spokojnie, ale nie jest nudno, bo w razie pragnienia, głodu jest gdzie się posilić, wieczorami są pokazy żonglowania ogniem i przez cały dzień można sobie zafundować masaż. Spieszę jednak z zapewnieniem, że wyspa oferuje o wiele więcej, niż tylko leżenie plackiem nad wodą i jeśli tylko zechcecie ją zwiedzać, to i tak nie wystarczy wam czasu na bezczynne smażenie się na słońcu J.
Dalej w dół, są jeszcze dwie, godne uwagi, miejscówki: Bailan Beach i Kai Bae Beach. Obie dość imprezowe, z dużą liczbą barów i knajpek na plaży (są też dyskoteki), ale z przyjemnymi kąpieliskami i dużo swobodniejszą, żywszą i sympatyczniejszą atmosferą, niż nadęta i brudna White Sand Beach. Klimat tam jest nieco hippisowski, jest kolorowo i radośnie, wszędzie gra muzyka i wszyscy się uśmiechają. Uwaga: nie znajdziecie tam raczej eleganckich knajpek, ani kieliszków do wina na stołach  (o ile gdziekolwiek na tej wyspie takie są, to na pewno nie tam :P).

Co do najpopularniejszej plaży, mekki niemieckich turystów-emerytów i pań z tipsami dłuższymi niż ich własne nosy – musicie zdecydować sami. Ja White Sand Beach zdecydowanie  nie polecam.


Buziaki i do usłyszenia! J


Kai Bae Beach

niedziela, 18 sierpnia 2013

Plażowanie w jordańskim stylu.


... najlepszym miejscem na plażowanie jest  South Beach. Tam woda jest czystsza, piasek delikatniejszy, otoczenie bardziej turystyczne a klimat w większym stopniu przypominający europejski - tak przynajmniej ogłosił nam kierowca taksówki, który pierwszego dnia po przyjeździe do Akaby oferował nam podwiezienie.

... bo na miejskie kąpielisko zdecydowanie nie powinnyśmy chodzić. Tam nie znajdziemy nic dla siebie i nie będziemy się dobrze czuły. Pełno tam "tubylców", dużo śmieci, widoki przeciętne, miejsca do pływania nie ma i w ogóle wszystko jest nie tak. ZDECYDOWANIE należy sobie darować - kontynuował.

Ciężko było się nie zgodzić, bo przecież dopiero przyjechałyśmy i nie miałyśmy jeszcze żadnego, nawet najmniejszego, zdania na temat akabskich plaż. Jednak... czy jechanie z arabskim taksówkarzem w nieznane, gdzieś w stronę tajemniczych rajskich plaż, już nieźle po zmroku, nie jest... ryzykowne? Z niemałym trudem wytłumaczyłyśmy mu, że nie skorzystamy z jego usług, gdyż... jechanie nad morze na noc najzupełniej w świecie nie jest naszym celem... i że z chęcią pozostaniemy w mieście a rano wybierzemy się tam świadomie i bez plecaków. 

Plaża miejska w Akabie.



Następnego dnia postanowiłyśmy przy dziennym świetle rzucić okiem tam, gdzie było najbliżej, czyli na oddaloną od hotelu o kilkadziesiąt metrów plażę, zwaną dalej: miejską. Ukazał nam się widok co najmniej niespodziewany. Choć głęboki lazur wody i nieba przyjemnie łechtał poczucie estetyki, to już brak czystości dookoła - zdecydowanie naruszał wszelkie granice dobrego smaku. Pomiędzy grubymi ziarnami piasku i drobnymi kamyczkami  (które zastępowały w tym miejscu delikatny, biały nadmorski piasek) poutykane były papiery, kawałki folii, puszki i ... cała masa niedopałków papierosów. Nie było czysto. 




Niezrażone podeszłyśmy nad brzeg, chcąc sprawdzić temperaturę wody i zobaczyć, czy da się w niej popływać. Fale przyjemnym chłodem obmywały nogi, obijając się o nie z chlupotem. Nie była ani za zimna, ani za ciepła. W taki upał człowiek zanurzyłby się po samą szyję w mgnieniu oka, jednak... - rozejrzałyśmy się wokół - nikt się nie kąpał. No... może - prawie nikt. Poza kilkoma wyrostkami pluskającymi się przy brzegu, nikt nie czerpał radości z bliskości morza. Wszyscy za to siedzieli na brudnym "piachu". 

Morze Czerwone a za nim Izrael.



W dodatku - jak siedzieli! Całe rodziny, przycupnąwszy na kocach, wpatrywały się w horyzont, gwarzyły między sobą i pilnowały dzieci. Wszystko, jak na przeciętnym kąpielisku... z jednym tylko wyjątkiem. Połowa z ludzi była ubrana "na plażowo", druga połowa (zgadnąć możecie - która), odziana od stóp do głów. Kobiety ani myślały zrzucić nadmiar fatałaszków, bo przecież nie było ku temu powodu. Temperatura przekraczająca 35 stopni okazała się niewystarczająca, żeby płeć piękna zdjęła z siebie płaszcze i długie powłóczyste szaty. Niektóre z pań, postanowiły nawet zachować woalki na twarzach. Tak, jak chodziły po ulicach, tak odpoczywały na plaży i ani myślały cokolwiek zmieniać. W samym środku lata decydowały się pozostać w płaszczach, jakie Europejki noszą jesienią. Widocznie upał im nie doskwierał...  





W całej tej scenerii nijak było zdjąć sukienki i prawie na golasa wmaszerować do wody. Wystarczyło, że wszyscy obserwowali nas ukradkiem z uwagi na nasze krótkie rękawy i nie-do-ziemi dolne części garderoby. Nie było wyjścia. Sytuacja była patowa. Musiałyśmy uciekać na reklamowaną South Beach, kilka kilometrów za miasto. 

Na miejsce dowieźć nas miał rozklekotany i solidnie nagrzany busik. Punktu wysiadkowego musiałyśmy same przypilnować, wnioskując z ukształtowania terenu i porównując do mini mapki w przewodniku. Pewnie byłoby łatwiej, gdyby nie fakt, że krajobraz za oknem był dość jednostajny - woda, skały i góry piachu. Było pięknie. 

Minęłyśmy któryś z kolei hotel, czy też może raczej coś w stylu "centrum turystyki wodnej" i wysiadłyśmy. Uznałyśmy, że jedziemy wystarczająco długo, żeby przypuszczać, że pokonałyśmy odległość 5 kilometrów. Dziarsko ruszyłyśmy w kierunku plaży obiecanej... 

Przekopując się przez masy gruboziarnistego piachu, zmierzałyśmy w stronę wody, szukając sobie jednocześnie odpowiedniego miejsca do odpoczynku. Jeszcze z daleka dojrzałyśmy liczne parasole pokryte liśćmi palmowymi, nieopodal były małe domki, jak się nam wydawało - sklepiki z napojami i lodami. Miejsce idealne, pogoda fantastyczna, krajobraz olśniewający - nic, tylko plażować i korzystać z uroków lata. 

Morze Czerwone, całe dla mnie. :)


Rzeczywistość, jak to zwykle bywa nieco odbiegała od oczekiwań. Liście na parasolach trochę się już zeschły i pokruszyły, budki były zamknięte na cztery spusty, a ludzi w okolicy - jak na lekarstwo. W dodatku piach ciągle nie przypominał nadmorskiego... Nie był biały, ani gładki. Ciężko go w ogóle nazwać piachem, bo w znacznej części zastępowały go kamyczki. Mniejsze i większe. Właściwie to była to chyba robocza wersja plaży... Taka, która nigdy nie została dokończona. :-) 

Żeby nie stracić zmysłów w niemożliwym do wytrzymania żarze, wykąpałyśmy się szybko, schładzając nagrzane słońcem ciała. Z orzeźwionymi umysłami zdecydowałyśmy, że przejdziemy się wzdłuż linii brzegowej i spróbujemy znaleźć jakiekolwiek skupisko turystów (o ile normalnie nie przepadam za tłumem i wolę obcować z naturą sam na sam, to już idealna plaża wg mnie musi być porządnie zaludniona - bez gwaru nie ma nastroju wakacji). 

Pokonałyśmy ze 2 kilometry, wlokąc się brzegiem morza. Ludzi jednak nie udało nam się znaleźć. Od czasu do czasu pojawiały się jednostki, np. kilkuosobowa grupka Francuzów, albo małżeństwo z dzieckiem, jednak nie mogło być mowy o zapełnieniu przestrzeni. Sporadycznie przewijali się też przedstawiciele narodu Gospodarzy. Było cicho i nieco... statycznie. Jedynymi odgłosami zaszczycało nas morze, wiatr i ... samochody  na pobliskiej drodze przelotowej do Arabii Saudyjskiej. 

Znalazłyśmy jeszcze kilka innych budek... Niestety - wszystkie zamknięte. Żadnych sprzedawców lodów, żadnych właścicieli wielbłądów, oferujących przejażdżki za niewielką opłatą, żadnych ratowników... nic. Głucha cisza. I tylko świst wiatru. 


Kąpać się, oczywiście, było dużo łatwiej, bo wścibskich i oceniających oczu było znacznie mniej. Tu też, w "kurorcie" - miejscu przeznaczonym wybitnie pod turystykę, nikt nie mógłby nam tego zabronić, ani złośliwie skomentować (przynajmniej tak próbowałyśmy sobie to wytłumaczyć). Było jednak... nieco niezręcznie. Ciągle prawie nikt nie pływał, bo najzwyczajniej w świecie prawie nikogo nie było! Nikogo z Europejczyków... bo owi pojawiający się sporadycznie Jordańczycy woleli raczej posiedzieć na piasku. No właśnie... oni siedzieli i patrzyli. Ciągle więc nie udało nam się pozbyć problemu, który pojawił się jeszcze na miejskiej plaży. Byłyśmy obserwowane i ciężko stwierdzić, w jaki sposób oceniane. Zjawisko to na pewno jednak cieszyło się niemałym zainteresowaniem publiczności. 


 

Trudno! Nie po to w końcu przyjechałyśmy taki kawał z Polski przez Niemcy na Bliski Wschód, a potem z Ammanu do Akaby, żeby nie skorzystać z możliwości wykąpania się powtórnie w Morzu Czerwonym... Nie ma się co zastanawiać i trzeba po prostu przestać zwracać uwagę na skupione na nas oczy. Zapominając o tym, co się dzieje wokół, skorzystałyśmy z kąpieli w wodzie tak niezwykle czystej, że całe dno można było oglądać, stojąc... z tak ciepłej, że bez problemu można było się zanurzyć... tak słonej, że fale unosiły ciało bez żadnego wysiłku, wreszcie w tak tajemniczej i skrywającej takie niesamowitości, że nie mogłyśmy się tego wtedy spodziewać... 

c.d.n.




sobota, 3 listopada 2012

Autostop w Jordanii. Czy podróżowanie za darmo na Bliskim Wschodzie jest możliwe?

         Dziś jeszcze kilka słów o obiecanym autostopie, bo chociaż zawsze podchodziłam z pewną obawą do tego sposobu podróżowania poza Europą, to system komunikacyjny po prostu wymusił na nas podjęcie ryzyka. Ryzyko w tym miejscu do dość dobre słowo, ale o tym za chwilę...

       Prawda jest taka, że zgodnie z tym, co pisałam wcześniej, dojechać gdziekolwiek komunikacją miejską, jest trudno. Albo godzimy się na szalone warunki, jakie nam oferuje oficjalny system transportowy, albo płacimy dużo za prywatne taxówki (tu mamy ułatwioną sprawę, jeśli pochodzimy z zachodu i nasza wypłata przychodzi w euro...), albo obchodzimy utrudnienia dookoła i radzimy sobie inaczej. Próbowałyśmy wszystkiego. W miarę możliwości i cierpliwości. Przy okazji wizyty nad Morzem Martwym przyszedł więc czas i na autostop. Dlaczego? A to dlatego, że z autobusami tam jest gorzej niż słabo a taxówkarz (w jedną stronę) próbował nastraszyć nas, że jeśli nie zamówimy u niego powrotnego kursu, nie będziemy miały czym wrócić. Miałybyśmy, bo taxówek kilka by się ostatecznie znalazło, ale postanowiłyśmy nie szarpać się o cenę. Poszłyśmy łapać okazję.



        Zatrzymał się pierwszy samochód, do którego wystawiłyśmy kciuka. W środku 2 młodych chłopaków. Pada pytanie "do you need help?" Hmmm... jakby nie patrzeć - potrzebowałyśmy, choć oni się chyba tego nie spodziewali, bo na moją odpowiedź-pytanie czy podwiozą nas do Ammanu, zareagowali speszeniem i dezorientacją. Nie wiem, czy kiedykolwiek wcześniej widzieli autostopowicza. Szybko jednak zorientowali się w problemie i wszystko zakończyło się dobrze, zachęcając nas do dalszych prób. Podczas drogi mieliśmy okazję trochę porozmawiać i zobaczyć ile radości może ludziom sprawić oglądanie pierwszy raz w życiu mapy swojego miasta... tak, tak. Mapy. ;)
    Doświadczenie to spowodowało, że chciałyśmy obejść system zupełnie i odwiedzić więcej miejsc (których z innych względów jednak nie odwiedziłyśmy, o czym przy następnej okazji...). Wyszłyśmy z założenia (które wzmacniały doświadczenia z Macedonii), że Muzułmanie z zawsze idą z pomocą potrzebującym, więc nie będzie problemu, jeśli będziemy chciały gdzieś podjechać. Problemy jednak zaczęły się szybciej, niż myślałyśmy... Druga próba okazała się gorsza.
     Zaczęło się w Ramie, z której na plażę Morza Martwego jechało się jeszcze ok. 20 km. Pomyślałby ktoś, że nie ma nic prostszego. Niestety - każdy zatrzymujący się kierowca żądał opłaty. Jeden większej od drugiego. Nawet ci najbardziej religijni, modlący się podczas jazdy, wystawiali ręce po denary... a nie o to przecież chodziło! Odmawiałyśmy, tracąc nadzieję, aż w końcu zatrzymał się koło nas dość luksusowy chevrolette a mężczyzna za kierownicą zaproponował, że podrzuci nas w okolice naszego celu, bo sam jedzie do hotelu, który znajduje się nieco wcześniej. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że jego hotelu nie było przed naszą plażą, więc on z "dobrej woli", szukając go ciągle, zawiózł nas na miejsce. W ostatnich dosłownie minutach postanowił zostać rasowym taxówkarzem i z rozmachem wjechał na parking, otworzył nam drzwi i zaczął się awanturować o zapłatę. Niewiele przemawiały do niego tłumaczenia, że gdybyśmy chciały taxówkę, wzięłybyśmy coś z logiem na drzwiach, wyraźnym napisem "TAXI" i licencją, a nie stały na drodze w upale i łapały stopa... Koleś stojąc jak sęp, upierał się przy swoim i nachalnie żądał pieniędzy. Pojawiły się nawet groźby policją. W tym momencie łatwo było stracić zimną krew i po prostu się przestraszyć, ale... chwilunia! Od kiedy to taxówkarz oferuje kurs "tylko do 3/4 drogi, bo sam jedzie bliżej"? No właśnie. Ucięłyśmy tę nieprzyjemną rozmowę, po prostu wchodząc na teren płatnej (niestety) plaży i tak zakończyłyśmy naszą przygodę z wyłudzaczem. Szkoda tylko, że niesmak pozostał...
      Czekała nas jednak jeszcze jedna przeprawa - powrót. I tym razem nie obyło się bez niesmaku, choć z niesmakiem już zaczynałyśmy, więc o tyle było mu łatwiej... Tym razem wcale nie zatrzymał się pierwszy pojazd. Ani drugi. Szczęście początkującego już się wyczerpało i teraz trzeba było podejść do tematu, jak weteran i nastawić się na czekanie. Sytuacje się powtarzały. Znów - jeden, drugi, trzeci chciał pieniędzy. My jednak chciałyśmy dokończyć eksperyment, zebrać doświadczenie i... oszczędzić. W końcu zatrzymał się wpasiony jeep na kuwejckich rejestracjach. W środku zasiadał mężczyzna wraz z żoną. Żony widać było tyle co nic, niestety, bardziej przypominała ogromną czarną plamę, niż ludzką postać. Była jednak miła i pomagała swojemu małżonkowi w posługiwaniu się angielskim. Para podwiozła nas po połowy drogi i wysadziła przy kontrolnych bramkach (takich, jak u nas przy autostradach). Niedaleko stała policja, więc kierowca uznał, że tu będzie nam bezpiecznie. Przed wysadzeniem, ostrzegł nas jeszcze, że powinnyśmy uważać, jeżdżąc stopem w Jordanii.
     Nie musiałyśmy długo czekać, aż zatrzymał się przy nas kolejny, bardzo drogi samochód. Tak drogi, że jego właściciel nie mógłby od nas żądać opłaty! Nie mógłby, bo jeśli kogoś stać na takie cacko, to czymże są dla niego grosze, które mógłby mu ofiarować turysta... A jednak! Mógł i zażądał. Co więcej, kwoty wyższej, niż normalnie padłaby z ust taxówkarza. Mimo, że i tak jechał w tę samą stronę, próbował wyłudzić 25 JD, czyli ponad 125 zł za kurs ok. 40-50 km... 50 zł więcej, niż policzyłaby za to taxi... Żeby na tym się skończyło! Człowiek ten okazał się na tyle złośliwy, żeby próbować wmówić nam, że w miejscu, w którym stoimy, stać nie możemy, bo stojąca 50 metrów dalej policja ma co do tego zastrzeżenia. Dziwne tylko, że przez 15 minut przed jego przyjazdem nie miała nam nic do powiedzenia... a zasady ruchu drogowego czy zakazy zatrzymywania się, przestrzegane są w Jordanii mniej więcej tak samo, jak zakazy palenia. Ucięłyśmy więc kolejną próbę wyłudzenia gotówki, po prostu każąc mu odjechać i poczekałyśmy na kolejny samochód.
      Tym razem już się nam poszczęściło. Zdaje się, że los wysłuchał naszych próśb i podarował nam dalsze przykre doświadczenia, przysyłając, niczym wybawienie, 2 młode dziewczyny. Jordankę i Irakijkę, o dziwo ubrane na styl Europejski, bez przykrycia głów i tradycyjnych szat (były to pierwsze kobiety "stąd", które nie przykrywały wszystkiego, co przykryć można).

     
       Była jeszcze jedna mało przyjemna sytuacja, z której na szczęście udało się wyjść obronną ręką... Pewnego wieczora, kiedy wracałyśmy autobusem z Madaby, wysiadłyśmy nieco za wcześnie i wobec tego, że było już ciemno, daleko, a Lonely Planet nie pomyślał o zamieszczeniu na swoich kartach nieco bardziej rozległej mapy - musiałyśmy złapać jakiś transport do miasta. Tym, który się zatrzymał, był na oko 35-letni mężczyzna, z 5-letnią córką na przednim siedzeniu. Nic bezpieczniejszego nie mogło nam się trafić! Wsiadłyśmy. Wszystko było dobrze, do momentu, w którym człowiek ten, odwiózł dziecko do domu. Po drodze pokazał nam swój dom i poprosił, żebyśmy poczekały a potem zawiezie nas do centrum. Zawiózł, zaiste, ale przed tym pokrążył po serpentynach, próbując sprawić wrażenie, jakbyśmy mieli przed sobą jeszcze kawałek drogi. W rzeczywistości o czym zorientowałam się b. szybko, jego dom znajdował się 2 minuty jazdy od miejsca, do którego miał nas zawieźć. Wcale nie musiał odwozić dziecka. Byłoby znacznie szybciej, gdyby darował sobie ten pomysł. Tylko, że... jemu niezupełnie zależało na pośpiechu. Z trudem opędziłyśmy się, wysiadając, od nachalnych propozycji przyłączenia się do naszego spaceru, tudzież palenia shishy... Z tym większym trudem, że gość niemal w ogóle nie mówił po angielsku. Z tym większym także przerażeniem umknęłyśmy przed jego dwuznacznymi, chorymi nadziejami.



Podsumowując.

        Autostop w Jordanii działa. A i owszem! Tylko, że istnieje jedno, zasadnicze ALE. Wymagane są silne nerwy, konsekwencja i stanowczość. Mile widziana czujność i rozwaga. Desperację należy zdecydowanie wykluczyć i przygotować się na odrzucanie połowy ofert. Musimy liczyć się z tym, że kierowcy będą oczekiwać na zapłatę, lub co gorsza, próbować wymusić ją na nas, zastraszając lub wypraszając. Jeśli nie chcemy się, krótko mówiąc, użerać - powinniśmy sobie darować.
     Jeśli chodzi o inne zagrożenia, czyli kwestie tzw. kobiece - z tego co się orientuję, przemoc sexualna raczej się tam nie zdarza, ale zawsze warto mieć się na baczności i bardzo zwracać uwagę na zachowanie kierowcy. Wsiadanie do auta z więcej niż jednym mężczyzną mimo wszystko odradzam z racji ostrożności. Niestety tak to już jest, że w krajach wschodnich, muzułmańskich, mimo, czy raczej właśnie z tego powodu, że tamtejsze kobiety odziewa się szczelnie, górę nad moralnością może wziąć ciekawość i instynkt. Każda z nas, która choć parę dni spędzi w Jordanii, szybko zauważy, że wzrok na nią kierowany i reakcje mężczyzn są wręcz nie do pomyślenia w Europie. Dlatego warto pamiętać o tym podczas łapania stopa i brać pod uwagę, bardziej niż w "białych krajach" wszystkie zasady bezpieczeństwa.
       Nie mówię więc Wam ani TAK, ani NIE. Każdy sam musi zdecydować, czy starczy mu sił na takie przeprawy.

czwartek, 27 września 2012

Najpiękniejsze miejsce w Prowansji. Rezerwat des Gorges de l'Ardeche.

Dzień dobry. 

Witam Was po długiej przerwie. Dzisiejsza notatka będzie miała nieco inny charakter, niż pozostałe. Ponieważ w ostatnich dniach z powodu choroby odszedł od nas ktoś bliski, chciałabym zadedykować ten wpis jego pamięci. Poniżej zamieszczam zdjęcia miejsca, w które kiedyś zabrał mnie i Agę. Miejsce, które, spośród wielu w Prowansji, oczarowało mnie najbardziej i które zawsze będzie mi się z nim kojarzyło...








Co to właściwie jest? 

Malownicza kamienista plaża nad ciepłą rzeką Ardeche w Prowansji. Jej symbol stanowi potężny łuk skalny rozciągający się nad wodą. Usytuowana jest w pobliżu rezerwatu natury des Gorges de l'Ardeche. 

Rzeka Ardeche stanowi atrakcję turystyczną zwłaszcza dla miłośników kajakarstwa. Ze względu na fantastyczne widoki, bujną roślinność i górzysty teren (płynie się wąwozem) jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w Europie. Corocznie spływa tędy cała rzesza fascynatów przyrody i sportów wodnych.