wtorek, 27 września 2016

Plaże rajskie i nierajskie. Koh Chang, Tajlandia. Gdzie plażować, a gdzie nie?


Nigdy nie byłam fanką ogromnych kurortów i superpopularnych plaż. No, może poza okresem, kiedy byłam małą dziewczynką i wtedy liczyła się dla mnie tylko woda, piasek i słońce (i może jeszcze jakaś budka z lodami). Lubiłam publiczne plaże bardziej, niż te dzikie, bo na Mazurach dzika plaża niewiele ma w sobie z romantyczności, a więcej z komarów, chaszczy i mulistego dna jeziora, które, krótko mówiąc, jest obrzydliwe w dotyku, zwłaszcza, jeśli pokryte jest wodorostami.
W odniesieniu do moich ostatnich podróży do Azji, publiczna plaża, czyli plaża z ogólnym dostępem, bezpłatna i w miarę czysta to niezupełnie to samo, co superpopularne kąpielisko, promowane głośno i kolorowo w gazetach i internetach. Nie to samo, a wręcz, że tak powiem zdecydowanie lepiej. Przekonałam się o tym podczas kilku tygodni spędzonych w Tajlandii, na wyspie Koh Chang.
Jak wybieraliśmy się w grudniu na tę niewielką (ale jednak jedną z największych w kraju) wyspę 6 godzin na południowy wschód od Bangkoku, nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Prawdę mówiąc, był to mój pierwszy raz w takich rajskich klimatach, a Lołnli Planet tylko szczątkowo i bardzo lakonicznie pisała na temat kąpielisk. Nie jestem zresztą typem plażowicza, który swój wolny czas spędzi, leżąc plackiem na piachu i gapiąc się w niebo (chociaż gapienie się w niebo akurat jest fajne), ale skoro już jadę po słońce i upał, to czemu by do tego kompletu nie dołożyć troche mieniącej się wody i miękkiego, białego piachu?
Wybraliśmy więc miejsce, mniej więcej w 1/3 długości wyspy, w pobliżu Khlong Prao Beach. Pisano o niej, że jest ok, że daje radę się wykąpać i że jeśli ktoś szuka spokoju, to będzie to miejsce dla niego. Wybór okazał się strzałem w dziesiątkę i, choć nie było tam śnieżnobiałego piasku, a ten który był może ciut bardziej ziarnisty, niż najdrobniejszy puder. Była jednak rajska palma z huśtawką, niesamowite widoki na zachód słońca (choć po tej stronie wyspy to akurat normalne), były panie, które z uśmiechem na ustach oferowały masaże i robiły je naprawdę fantastycznie, a przy tym niedrogo (no bo czy 25 zł za godzinę masażu wprost na plaży to dużo?), była wreszcie rajska i niedroga knajpka (naprawdę tania, jak barszcz, biorąc pod uwagę jakość jedzenia i lokalizację). Do tego, co najważniejsze, było czysto, w piachu żadnych śmieci, woda przejrzysta, bez farfocli i w ogóle cud, miód i orzeszki.


Khlong Prao Beach



Khlong Prao Beach

Khlong Prao Beach

Poczytałam jednak trochę o tak zwanej White Sand Beach, plaży białopiaskowej, i…. jak to bywa z dziewczynkami, natychmiast postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie przepada nam coś lepszego, fajniejszego i piękniejszego przede wszystkim. Już pal licho, że i tak na plaży siedzieliśmy tylko wieczorami, bo całe dnie spędzaliśmy na skuterze, zjeżdżając wyspę wzdłuż i wszerz, zatrzymując się na krótką chwilę w różnych miejscach po drodze, żeby ‘dać nura’. Ważny był fakt. Dziewczynki czasem tak mają ;).
Tylko, że najpopularniejsza plaza, która zresztą była pierwszym przystankiem od portu promowego, na której wysiadło z naszego tuk tuka większość osób (w tym grupa niemieckich emerytów), okazała się… OKROPNA.  O-KROP-NA.  Czegoś takiego w życiu nie widziałam. Bród, smród i… no nie, ubóstwo nie, bo przecież to najdroższy rejon wYspy, więc kasę akurat trzeba było mieć. 

Sama okolica też zresztą nie była specjalnie oszałamiająca. Duży ruch na ulicach, ogromny tłok, sklep na sklepie, bilboard na bilboardzie i jeszcze cała masa reklam i innych wywieszek. Zero rajskości, zero prywatności, za to dużo miejskości w kiepskim wydaniu. 

Nie wiem,czy to z powodu ilości ludzi, czy może raczej usposobienia  tych, którzy tam się zatrzymywali, a musieli być w większości nastawieni raczej na imprezy, niż jednoczenie z naturą, ale ujrzałam obraz nędzy i rozpaczy. Chociaż miałam zamiar zanurzyć się wtedy w wodzie, bo mimo poranka temperatura sięgała już na pewno nieźle powyżej 35 stopni, nie odważyłam się wejść do wody. Wszędzie pływały śmieci, woreczki, foliowe kawałki opakowań, butelki, kapsle, nakrętki, sznurki, srurki i co tylko chcecie (albo raczej, czego nie chcecie). Na piasku, który być może nawet i był biały, pełno było tegoż samego śmiecia i ciężko było iść bez butów, żeby nie rozcharatać nogi o coś wystającego z ziemi. Było co prawda kilka rajskich palemek i sznurowych huśawek dyndających smętnie na wietrze, ale miały one nieszczęście wisieć nad ‘urokliwymi’ strumykami ścieków z pobliskich restauracji, które przy akompaniamencie połyskującego na ich taflach słońca spływały radośnie wprost do morza.

Zdegustowana, przerażona ogromem ludzkiej bezmyślności i głęboko zasmucona tym, co zobaczyłam, zawinęłam się czym prędzej i uciekłam. Na inne plaże. Na drugim brzegu wyspy, tam, gdzie turyści docierają rzadziej.

White Sand Beach







White Sand Beach

White Sand Beach


White Sand Beach

White Sand Beach
I znowu: dwa kąpieliska zupełnie poza zasięgiem większości ludzi (na wschodnią stronę Koh Chang bez wypożyczonego skutera dostać się ciężko), okazały się fantastyczne, czyste i przyjemne, a przecież do popularności im daleko.
Na tak zwanej Amber Beach, przylagającej zresztą do jednego z hoteli (jednym z niewielu w tej okolicy), ale udostępnianej tym, którzy chcą skorzystać z dostępu do morza, było cichutko i spokojnie. Fale były tu delikatne, a krajobraz balansował na pograniczu azjatyckiej egzotyki i swoiskich Mazur. Miejsce idealne do wyciszenia się, albo przyjechania z dzieckiem. Piasek, jak sama nazwa sugeruje, był tu pomarańczowo-złoty, przyjemnie kontrastował z głębokim błękitem morza i nieba. Dookoła rozciągał się ogród i las palm kokosowych.

Amber Beach
Amber Beach

Amber Beach

Amber Beach
Z kolei na drugiej, odległej o kilkanaście kilometrów Long Beach, strome (jak dla skutera) pagórki, setki ostrych kamieni, gęsty las i rodzinę małp piknikujących na środku drogi, zobaczyliśmy mały, sekretny raj, rodem z bajki. Była długa, pustawa, ciągnąca się w dal plaża okolona wianuszkiem palm i zakończona malowniczym górzystym cyplem, były leniwe fale i czysty piasek. Nad wodą tylko jedna knajpka, sklecona z desek i strzechy, ze sporym tarasem, hamakami i poduszkami rozrzuconymi na podłodze do siedzenia. W niej: owocowe szejki i omlety ze  świeżym kokosem i czekoladą. I jeszcze: kilka domków na drzewach, w których można przenocować, jeśli ktoś da radę dotrzeć tu z plecakiem. Bez klimy, ale klimatycznie J. Rajskość. Long Beach była cudowna, ukryta, niedostęna i… długa, ale w inny sposób, niż to sobie wyobrażaliśmy. Długośc jej polegała nie na rozciągniętej w metrach połaci piachu, ale na tym, że do wody można było iść i iść, i iść… i ciągle nie było się głębiej, niż po kolana. Po kolana w zupie, bo przecież takie płycizny nagrzewają się szybko J.


Long Beach

Long Beach


Wyjeżdżaliśmy z tego miejca podekscytowani odkryciem i szczęśliwi, że podjęliśmy wysiłek pokonania na słabym skuterze stromizn i wybojów. Żałowaliśmy odrobinę, że gromadzące się chmury przegoniły nas z tego przylądka, ale czasem niedosyt jest lepszy niż przesyt. Wróciliśmy do siebie i po całym dniu spędzonym na dwóch kołach zatopiliśmy się w sennym i olśniewającym zachodzie słońca na naszej Khlog Prao.
***

 W tym miejscu czas na konkluzję: jeśli naprawdę zastanawiacie się, gdzie zamieszkać i gdzie się kąpać na Koh Chang, to zdecydowanie polecam okolicę, przy której my się zatrzymaliśmy. Jest tam cicho i spokojnie, ale nie jest nudno, bo w razie pragnienia, głodu jest gdzie się posilić, wieczorami są pokazy żonglowania ogniem i przez cały dzień można sobie zafundować masaż. Spieszę jednak z zapewnieniem, że wyspa oferuje o wiele więcej, niż tylko leżenie plackiem nad wodą i jeśli tylko zechcecie ją zwiedzać, to i tak nie wystarczy wam czasu na bezczynne smażenie się na słońcu J.
Dalej w dół, są jeszcze dwie, godne uwagi, miejscówki: Bailan Beach i Kai Bae Beach. Obie dość imprezowe, z dużą liczbą barów i knajpek na plaży (są też dyskoteki), ale z przyjemnymi kąpieliskami i dużo swobodniejszą, żywszą i sympatyczniejszą atmosferą, niż nadęta i brudna White Sand Beach. Klimat tam jest nieco hippisowski, jest kolorowo i radośnie, wszędzie gra muzyka i wszyscy się uśmiechają. Uwaga: nie znajdziecie tam raczej eleganckich knajpek, ani kieliszków do wina na stołach  (o ile gdziekolwiek na tej wyspie takie są, to na pewno nie tam :P).

Co do najpopularniejszej plaży, mekki niemieckich turystów-emerytów i pań z tipsami dłuższymi niż ich własne nosy – musicie zdecydować sami. Ja White Sand Beach zdecydowanie  nie polecam.


Buziaki i do usłyszenia! J


Kai Bae Beach

2 komentarze:

  1. ach, te przereklamowane plaże :D pochłonęłam wpis jednym tchem, dlatego, że fajnie piszesz, dlatego, że za rok będę w Tajlandii (chyba już od roku Ci to piszę, ale tym razem serio xD) i dlatego, że kręci mnie wszystko związane z podróżami i plażami :D jesteś moim przewodnikiem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach! Dziekuje po stokroc! :) Bycie przewodnikiem to nielada wyzwanie i nobilitacja. Teraz wiem, ze warto bylo zalozyc bloga, jesli chociaz jedna osobe udalo mi sie zarazic autostopowaniem I w ogole. :)

      Grunt to dobra motywacja, a czasem z powodu braku wolnej chwili odstepy meidzy notkami siegaja zawstydzajacych rozmiarow... Duzo latwiej sie zbierac do kolejnej, jak sie wie, ze ktos czyta.


      Do Tajlandii warto, trzymam kciuki I zycze powodzenia. Ja zwykle nei jezdze dwa razy w to samo miejsce, ale tam wrocilam rok po roku, bo naprawde warto I fajnie. Byle nie traffic w zbyt turystyczna miejscowe! ;) Niedlugo napisze cos wiecej :*.

      Usuń