wtorek, 12 lipca 2016

Vang Vieng. Co robić w Laosie?



Co można robić w Vang Vieng? Internet w pierwszych linijkach oznajmia mi, że główną atrakcją tego miejsca są spływy na oponach po rzece. Niby nic takiego, ale trochę mi się odechciewa, jak czytam dalej o tym, że jest to jedna z głównych atrakcji ludzi z Zachodu. Gwóźdź programu każdej wycieczki. Od ostatnich kilkunastu lat, miasteczko jest ostoją spragnionych rozrywki Niemców, Francuzów i Brytyjczyków, którzy swój pobyt w Laosie sprowadzają do leniwego sączenia piwa i marnowania czasu na balangowanie czy inne tego typu rozrywki.
Z oponowej przyjemności rezygnuję, zanim jeszcze na dobre wsiądę do samolotu, ba, nawet zanim zacznę o tym w ogóle myśleć. Nie przekonuje mnie wizja moczenia tyłka przy hałaśliwych rytmach muzyki tak zwanej tanecznej wyrażanej w decybelach nieprzyjaznych normalnemu ludzkiemu uchu.
No, ale z drugiej strony nie chcę rezygnować z przyjazdu w to miejsce tak zupełnie, bo Google Graphics kusi mnie cudnymi górzystymi obrazkami bajecznych krajobrazów, pejzażami z wartko płynącą między wzgórzami rzeczką, czy wreszcie wizjami nieskończonych złocistych pól, na których pasą się krówki. Co robić? Jechać, czy nie jechać? Czas ograniczony, pieniądze też nie wysypują mi się z kieszeni, harmonogram dość napięty, a żeby odbyć przejażdżkę choćby z takiego Wientianu do Vang Vieng to kwestia połowy dnia, jak nie więcej. Już ja znam te azjatyckie przeprawy.
Co zatem? Szkoda mi czasu, czy nie? Czy widoczki wynagrodzą mi towarzystwo imprezowiczów? Czy będzie ich (tych widoczków znaczy się) wystarczająco dużo, żebym cieszyła się, że do nich przybyłam? A co, jeśli nie? Pokaż mu Googlu więcej tych foteczek…
Przeglądam dziesiątki fotografii i coraz bardziej napalam się na przyrodnicze obietnice, a coraz mniej myślę o turystach. Może da się ich jakoś ominąć, wyciąć z kadru wzroku? W końcu, skoro to imprezownia, to na pewno zostaną w miasteczku, racząc się cały dzień trunkami. Jadę!
I co?
Rzeczywiście, laotański system transport publicznego nie zaskakuje mnie ani trochę. Nieco ponad 200 kilometrów pokonujemy w jakieś 6 godzin, przy czym najpierw musimy kilka godzin poczekać, na stosowne połączenie, bo przejazd z Bangkoku i przeprawa przez granicę zabrały nam więcej czasu, niż początkowo szacowaliśmy (nawet przy założeniu, że będą opóźnienia). Jemy jakieś szybkie śniadanko w stolicy, grzejemy się przedpołudniowym słońcu, spóźniamy się na busa, chociaż jesteśmy kilka minut przed czasem i czekamy kolejne 20, żeby dostać się do nowego. W międzyczasie obsługuje nad 3 różnych panów, jeden od sprzedawania biletów, drugi od kierowania ludzi do pojazdów, a trzeci od kontaktu z klientami. Pełna specjalizacja zawodów. Wspominałam już, że nikt się nie spieszy? ;)
Sam Vang Vieng ukazuje nam się już grubo po zmroku. Na niebie wiszą burzowe chmury, wszak jesteśmy w górach, ale nie pada i chyba nie ma tak naprawdę zamiaru. Ot, tak sobie pociemniało, dla kolorytu. Pokój! Trzeba znaleźć miejsce na nocleg! Mamy co prawda upatrzone jakieś miejsce w hoteliku, który upatrzyliśmy jeszcze przy śniadaniu, ale okazuje się, że nie mają wolnych miejsc. Idziemy do drugiego – to samo. W trzecim też i w kolejnych kilkunastu. Chyba przyjdzie nam nocować pod chmurką… nie byłoby to fajne choćby dlatego, że odkąd wyjechaliśmy z domu, minęło już 3 dni, a my tylko raz spaliśmy w łóżku, zaś kolejne dwie przysypialiśmy na fotelach samolotu i autobusu. Do tego te chmury… i w ogóle. Bez namiotu to jednak, jak bez ręki. Po paru godzinach, blisko 21:00, znajdujemy pokój, nieco na uboczu miasteczka, ale to przecież i tak tylko 10 minut od centrum piechotą. Jest przestronnie, czysto i cicho. To najważniejsze.
Wybieramy się na krótką przechadzkę uliczkami, zjadamy wreszcie jakiś posiłek i schładzamy się mrożonymi shake’ami ze świeżych owoców. Arbuzowy napój sprawia, że czuję się, jak w raju, chociaż i tak najchętniej zapadłabym w długi sen z wyczerpania.
 ***
Kolejnego dnia wybieramy się poznać okolicę. Co prawda ostatecznie jesteśmy zdani na riksze i własne nogi, więc spectrum działania nieco się zawęziło, ale nie narzekamy na nudę. Moglibyśmy wynająć skuter, lub rowery, ale jakoś nie jesteśmy przekonani. W Tajlandii nie ma z tym żadnego problemu – ot, wchodzisz do pierwszej lepszej, spośród tysiąca, wypożyczalni i wypełniasz tylko formularz swoimi danymi, płacisz z góry i heja. Tu, otóż ja Ciebie, proszą żebyś zostawił swój paszport pod zastaw. No wiesz, w razie, gdybyś zgubił skuter. Albo ukradł. Albo Tobie ukradli.
No właśnie. Tu jest problem pogrzebany (nie lubię mówić, że pies). No, bo niby nie chcę podejrzewać tutejszych, żeby mieli oszukiwać, albo naciągać (Laotańczycy są jeszcze dumniejsi niż Tajowie i Hindusi i raczej nie sprawiają wrażenia zainteresowanych Twoim majątkiem), ale lepiej dmuchać na zimne. Wyobraź sobie, że jedziesz na wycieczkę, zsiadasz ze skutera, idziesz w góry, albo do dżungli, a w tym czasie wysłana ekipa odholowuje Twój pojazd gdziekolwiek, a ty szukasz wiatru w polu. Do tego, Twoje wakacje właśnie skracają się o kilka dni, bo nie masz już paszportu. Nie wiadomo, czy wierzyć ci, że ten cały ambaras to nie Twoja wina, czy raczej kontrolnie wsadzić Cię na dołek. Zresztą, nawet jeśli, to zanim sprawa się wyjaśni, masz problem. A zegar tyka.
Nie chcieliśmy ryzykować utraty najważniejszego, co można posiadać, w komunistycznym kraju. Tu nie Polska i na wódkę raczej się nic nie załatwi. Mamy zresztą lekkiego pecha podczas tego wyjazdu i po prostu nie chcemy kusić losu. Może wszystkim innym sprawa uchodzi na sucho, ale nie możemy pozbyć się wrażenia, że jeśli spróbujemy swojej szansy, to słono za nią zapłacimy. Chodzimy więc i wynajmujemy riksze. Słowem wyjaśnienia, riksze tutaj cenią się sto razy bardziej niż w Indiach i na przejazdy za pół-darmo nie liczcie. Zedrą z Was skórę, a jeśli targując się, podacie zbyt niską cenę, to po prostu odjadą. Próbować jednak zawsze można.
***
Okolice miasteczka są przeurocze. Rzeczka płynie między najpopularniejszymi knajpkami, a na drugim brzegu widać już obiecane pola i góry. Nie są to co prawda góry, na które możnaby wejść tak, jak się idzie w Tatry,czy Bieszczady, ale wyglądają malowniczo. Ot, kamienne, skaliste formacje, wybijające się ni stąd ni zowąd do nieba. Na niektóre można się wdrapać przy pomocy drabiniasto-kładkowych konstrukcji, ale jeśli ma się lęk wysokości, to jednak nie polecam. Dziw bierze, że szczebelki jeszcze nie pogniły, albo nie porozsychały się.
Wybieramy się na kajaki. Całodzienny spływ, który oczywiście, jak zawsze trwa pół dnia. Gdyby tak mieć swoją własną łódkę… Płynie się przyjemnie, powolutku, nieco sennie, podziwiając widoczki rozpościerające się dookoła. Wszyscy nas wyprzedzaj, szyja boli od wykręcania głowy, co metr to nowy piękny kadr…
Towarzyszy nam przewodnik, Laotańczyk. Każda z osób/par, która decyduje się spłynąć, musi mieć kogoś do opieki (to nie to, co spływy Krutynią :P), żeby w razie czego pomóc wyciągnąć kajak z zarośli, albo ostrzec przed nieco bardziej wartkim nurtem. Początkowo się dziwię, ale potem, jak w miarę rozwoju wypadków obserwuję innych ludzi, zaczynam rozumieć. Dzikie wrzaski przerażenia przy pokonywaniu przeszkód w skali 2/10 uświadamiają mi, że niektórzy ludzie nie tylko nie potrafią najprostszych rzeczy, ale też zupełnie nie umieją się ogarnąć i zachować.
Mijamy tych, co moczą tyłki na oponach, niebezpiecznie zbliżamy się do odcinka imprezowego. Najlepsza część trasy już za nami. Żegnajcie ćwierkające ptaszki, szelest drzew, szum wody i wiatru… Przewodnik pyta nas, czy chcemy wstąpić do baru na drinka, ale my wolimy jednak cieszyć się łódką i wodą, aniżeli mieszać się z hałasem. On, chyba trochę zawiedziony i pewnie znudzony, bo przedłużamy przepływkę, jak tylko się da, to odpływa dalej, to wraca i czasem od niechcenia bawi się telefonem.
Ale pływanie i chodzenie po niebiezpiecznych drabinkach to jeszcze nie wszystko! Nieopodal, kilka kilometrów od miasteczka znajduje się urocza Błękitna Laguna. Co prawda piękniejsza byłaby na dziko, a nie z całym tłumem turystów nadciągających niewiadomo skąd, ale dla czyściutkiej świeżej wody warto to przeboleć. Tuż nad nią, zaledwie kilkadziesiąt stopni w górę jest niewielka z pozoru jaskinia, w której jednak, jak już się znajdzie między zwalonymi kamieniami wejście w głąb i poczeka się na wyjście ludzi, a potem zacznie się przeszukiwać zakamarki – bardzo łatwo można się zgubić. Nie ma tam oświetlenia, więc nie można liczyć na ewakuacyjne strzałki. Przed wyjściem można sobie wynająć za 2 złote latarkę i bawić się do woli w Larę Croft i Indiana Jones’a.
Oprócz tego, są oczywiście widoki. Takie, na które można patrzeć godzinami, po prostu siedząc przy kawiarnianym stoliku, albo wprost na zakurzonej ziemi. Jest żywe centrum miasteczka, z knajpkami i budkami oferującymi kanapki i wszelkiej maści i smażone na poczekaniu naleśniki z różnorodnymi nadzieniami. Nie jest to drogie, ale jednak znów – w Tajlandii taniej (tam kupisz takie cudo za 2-3 zł, tu już za 5, a czasem i za 10).
Warto wybrać się też dalej od centrum, w stronę dworca i dalej, zwłaszcza jeśli faktycznie lubi się poznawać kulturę i obserwować lokalne życie. To tam natkniemy się na buddyjskich mnichów mieszkających za murami i wesoło do nas machających, tam odwiedzimy stragany z owocami, przywitamy się z dziećmi wołającymi z wnętrz domów ‘sabaidee’, tam wreszcie odetchniemy od zgiełku i zobaczymy, jak naprawdę wygląda życie w Laosie.
Nie. Nie znajdziemy tam zbyt wielu turystów.
















5 komentarzy:

  1. po macoszemu opisalas jaskinie! i nie dodalas zadnego zdjecia! a byla mega! Glowna komora miala ze 300m dlugosci miejscami szerokosc przekraczala 60 metrow albo i wiecej a i wysokosc jej to pewnie od 10 do 15metrow a moze i wiecej miejscami! A od glownej komory male i ciasne tunele w glab, pod najrozniejszymi katami. I zero swiatla z jakichs zarowek! A i turystow malo sie decydowalo na wejscie w glab wiec momentami bylo sie caaaaaaalkiem samemu! z tylko czolowkami. Jaskinia byla na tyle duza i bez zadnej sciezki ze wracajac pobladzilismy i ciezko bylo znalezc wyjscie ktore przeciez bylo dosc duza dziura o srednicy kilku metrow. Skonczylo sie na tym ze do samego wyjscia dotarlismy zupelnie inaczej niz weszlismy:D Eh gdyby tak miec odpowiednie ciuchy i dobre latarki mozna by sie zabawic w speleologow:P

    W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrobię apdejt co do jaskini! Dodam fotki, wszystko poprawię! :p Muszę tylko zgrać je z drugiej karty! :x :P

      Usuń
  2. świetnie się czytało i oglądało zdjęcia.
    bez namiotu jak bez ręki, coś o tym wiem :D
    Vang Vieng obowiązkowym punktem wyprawy do Laosu.
    pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dla mnie to wciąż bardzo odległe rejony. Póki co nie ruszam się z Europy. Ale powoli nie wytrzymuję. Kusisz bardzo. Pojadę i też spotkam buddyjskich mnichów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Bajecznie...zupełnie inny świat ;)

    OdpowiedzUsuń