sobota, 11 sierpnia 2018

Peru. O autobusach słów kilka. Czym jezdzić i dlaczego? Cz. I

Autobusów ci w Peru dostatek. Czego tylko dusza zapragnie – ledwo ciągnące się do przodu rupcie, średniaki w wersji zupełnie przeciętnej (a’la polskie pekaesy), nawet nowe minibusy I z lekka rozklekotane vaniki – tzw. Colectivos, które ruszają, gdy nazbierają odpowiednią ilość pasażerów. Do tego dorzućmy jeszcze superluksusowe maszyny, jakich Polski Bus by pozazdrościł i będziemy mieć komplet. Jest z czego wybierać, a wybór... może okazać się kluczowy.

Na dłuższe trasy wygodniej jest wybierać  te lepsze, bardziej zeuropeizowane środki transportu. Zaoszczędzi nam to dużo czasu i energii, ale oczywiście zuboży w lokalny folklor (dlatego też, broń Boziu, koncentrować się podczas podróży tylko na nich). 

Ceny są tu, oczywiście, wyższe, bo umówmy się: można z Limy do Cusco dojechać za 40 soli (1 sol ~ 1 zł), można i za 160. To jednak aż 21 godzin, a jeśli chcemy zaoszczędzić dzień, często decydujemy się na nocną trasę. Napady na nocne autbusy podobno czasem się jeszcze zdarzają. Sami zdecydujcie. 
 
Przewodniki polecają korzystać w takim przypadku ze sprawdzonych (czyt. droższych) kompanii autobusowych. W końcu i tak już oszczędzamy kasę, nie przelatując tej długaśnej trasy samolotem, tak jak to robią najbogatsi turyści. Lonely Planet, jako zaufane firmy wymienia: Cruz del Sur (najnowsze pojazdy, najlepszy serwis), Ormeño, Olturga, Civa. Każda z tych firm ma w swoim posiadaniu autobusy różnej klasy: podstawowej, lepszej i deluxe. Każda wyposaża pojazdy w czujnik GPS, dzięki czemu są one monitorowane 24 godziny na dobę, co skutecznie zapobiega próbom porwań i napadów. W przypadku zjechania z trasy, albo zatrzymania w nieprzewidzianym miejscu, zarówno centrala, jak i zaraz policja doskonale wiedzą, gdzie interweniować. Każdy bilet jest imienny, kupowany za poświadczeniem dokumentu i potwierdzany przed wpuszczeniem pasażera na pokład. Dodatkowo, jeszcze przed startem: wszyscy jadący są filmowani, na dowód tego, iż rozpoczęli podróż. Cruz przed wpuszczeniem na pokład sprawdza również bagaże na obecność niebezpiecznych narzędzi.

Autobusy klasy + i ++ mają dwa poziomy i po dwie łazienki. Na dole są lepsze miejsca, ale trzeba za nie dopłacić i zarezerwować odpowiednio wcześniej, bo na ostatnią chwilę (a nawet na 3 dni wcześniej) często wszystkie są już wykupione (zwłaszcza, jeśli chcecie dwa obok siebie). Na czym polega ich ‘lepszość’? Jeśli na górze, w klasie +, rozkładamy siedzenie do 140◦, to na dole do 160◦, jeśli na górze, w klasie ++, możemy się wyciągnąć na 160◦, to na dole mamy prawdziwy luksus – plaskie 180◦. 
Rozkładane siedzenia, telewizor na pokładzie (w niektórych 2-3 telewizory na poziom, w innych prywatne ekrany w zestawie ze słuchaweczkami), posiłek (jaki jest, taki jest, ale... jest), coś do picia raz na drogę. Fajnie. Czemu nie.  No i bezpiecznie.


Siedzenie rozkładane do 160 stopni, Cruzero Suite. Cruz del Sur. Zródło: http://www.cruzdelsur.com.pe/servicios/cruzero#!gallery1/1/
Siedzenie rozkładane do 180 stopni, Comfort Suite. Cruz del Sur. Zródło:http://www.cruzdelsur.com.pe/servicios/confortsuite#!gallery1/1/

Autobusy firmy Civa. Zródło: http://civa.com.pe/servicios/


Do Cusco pojechaliśmy SuperCivą, czyli klasą z jednym plusem. Wybraliśmy tak, bo godzina i miejsce odjazdu najbardziej nam pasowały (w Limie nie ma jednego dworca autobusowego, a każda kompania odjeżdża z innego adresu; czasem z innych adresów odjeżdżają nawet poszczególne klasy pojazdów tej samej firmy). Wyniosło nas to po ok. 90 soli, co z perspektywy tak długiej podróży jest ceną do przyjęcia.

Jechało się wygodnie i przyjemnie. Bezpiecznie, choć oczywiście, nastraszona wcześniej przez przewodniki, z pewną obawą oczekiwałam wieczoru. Nic się nie stało. Na szczęście. Jedynym zagrożeniem okazało sięnaparzające spod siedzeń ogrzewanie, jakiego nie powstydziłby się polski pociąg w środku grudnia. Kto, u licha, był tak głupi, żeby na pokład zabrać ze sobą jeszcze śpiwór?! A w dodatku do niego wejść!?

Wyskakiwaliśmy z ciepłej otuliny w podskokach. Tzn. Wyskakiwalibyśmy, gdyby nie krępujące nam ruchy opuszczone na 140◦ siedzenia przed nami.

Nawet bez śpiworów parzyło nas w nogi pół nocy. W tym czasie powietrze tak zgęstniało, jakby zaraz miało zamienić się w gorący budyń. Z pozpaczą przytulaliśmy się jak najbliżej lodowatej szyby (na dworze było ok. 0◦), której chłód dawał chociaż drobne złudzenie świeżego powietrza.

Nad ranem się uspokoiło. Na chwilę, bo potem, jeszcze zanim zdążyliśmy dobrze otworzyć pierwsze oko, kończąc ciężki, niezdrowy sen, ryknęło do nas z telewizora. I ryczało tak już do końca. To pilot. W trosce o dobry humor wycieczki puścił nam film akcji z wybuchami. O 7 rano. Oczywiście o kilka decybeli za głośno. Tak, żeby wszyscy dobrze słyszeli. 

A potem jeszcze raz. Ten sam. Od początku.

Wówczas postanowiłam, że może jednak następnym razem dopłacimy po te 30 zł i wybierzemy się tą lepszą klasą. Panele dotykowe oznaczają słuchawki, a słuchawki – ciszę. Coś, co w takich warunkach często cenniejsze jest od złota.

Mieliśmy przed sobą jeszcze kilka kilku i kilkunastogodzinnych przejażdżek. Tym razem chcieliśmy dokonać najwygodniejszego wyboru (żeby była jasność – nie mam nic do ścisku i jechania z wiatrakiem pana sąsiada na kolanach wtedy, kiedy muszę, ale kiedy nawet tubylcy decydują się na wygodną jazdę, to nie lubię robić z siebie męczennika tam, gdzie nie ma takiej potrzeby).

No, chyba, że jest.


Do Puno (Jezioro Titicaca) postanowiliśmy się wybrać ranko-południem. W końcu to tylko 6 godzin. Pojechaliśmy w Cusco na Terminal Terrestre, przekonani, że skoro odjazdy są wcale częste, to bez większych komplikacji ruszymy w drogę. Nie udało się. 
Ok. 10:00 większość lepszych firm już odjechała. Ormeño nieziemsko długo ogarniało jakąś dwójkę klientów, a jedyne dostępne opcje mogły nas zabrać w nocy. Nocny autobus na 6 godzin? A po co?!
A po to...

Pojechaliśmy zastępczą firmą La Libertad. Autobusy odjeżdżały często, były tanie (20 soli na głowę zamiast), a następny miał być za godzinę. Przewodnik, co prawda, wymieniał tę nazwę, jako lokalnego przewoznika, ale uznaliśmy, że skoro pani na wstępie UCZCIWIE przyznała, że podróż trwa 7 godzin, zamiast 6, to właśnie na tym polega cały haczyk. Nie polegał. 
Bardzo szybko okazało się, że nazwa „wolność” ma dwa znaczenia. Albo może nawet bardziej to drugie, niż to pierwsze. Autobus okazał się „woooooooooooooolny”, nie „WOLNY!”, jeśli rozumiecie, co mam na myśli.


Odczekaliśmy 1.5 godziny do planowanego czasu odjazdu (tak, wiem, że pani w okienku powiedziała „za godzinę”), a potem weszliśmy na perony.  Tam, w parzącym słońcu odstaliśmy kolejną godzinę, bo z jakiegoś powodu podróż nabrała opóznienia jeszcze zanim w ogóle się zaczęła.
Załadowaliśmy się w końcu. Nawet sprawdzono nam dokumenty, a do plecaków (o dziwo) przyczepiono numerki. Zdziwiłam się, bo pojazd miał dwa poziomy, na dole nawet przedział z camas (rozkładanymi pod dużym kątem siedzeniami). Kto, u licha, na 7 godzin potrzebuje łóżka?! Dopłatę 10 soli uznaliśmy za niepotrzebny wydatek. Teraz, zerkając ukradkiem przez uchylone drzwi, trochę zaczynaliśmy żałować swojej decyzji. 

W środku było czysto i całkiem przyjemnie. Co? Nie, nie na górze. Na dole. Na górze, w przedziale dla plebsu (czyli naszym), było tak brudno, że ciężko było usiąść, żeby się nie ubrudzić. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść i wcale nie chodzi o to, że zamiast 7 godzin jechaliśmy 9, a autobus, zanim przejechał pierwsze 100 metrów, zatrzymał się 3 razy, żeby zabrać ludzi (skąd oni w ogóle wiedzieli, gdzie być i o której!?)...

CDN



Na dworcu. Ollantaytambo.



Dworzec lokalnych autobusów w Cusco.

Kasa biletowa.


Sprzedaż lokalnych produktów pasażerom autobusów.



2 komentarze: