niedziela, 29 kwietnia 2018

Machu Picchu. Odczekaj swoje, zanim zwiedzisz.


 O cenach i dojeździe już było, także to możemy sobie pominąć. Teraz – kwestie organizacyjne.
Kiedy już pokonamy wszystkie trudności związane z dotarciem do zaginionego miasta, stajemy twarzą w twarz z... kolejką. Z kolejką, jakiej świat nie widział, nawet za PRL-u po lodówkę.
Na górze jest niewielki placyko-parking, na który non stop, co kilka minut, wjeżdżają pełne ludzi autobusy (potem w tym nieziemskim ścisku wykręcają, żeby pojechać na dół i przywieźć kolejny transport). Wszystkie, absolutnie wszystkie, puste pola na placu wypełniają ludzie. Kolejka jest ogromna, a do tego są ich dwie. :x




Jeśli chcesz, lub wiesz, że będziesz chciał/a się wkrótce wysikać (największa zmora mojego podróżniczego życia), to lepiej zrób to już teraz i... stań w kolejkę. To nic, że jesteś już tak blisko, a wizytą w łazience psujesz romantyzm chwili. Nie przejmuj się. Słuchaj instynktu i czekaj na swoją kolej. Łazienki są tylko tu, przed kompleksem i prowadzi do nich dłuuuuga linia oczekujących. Ok. Godziny 10:00, owego dnia było to równe 30 minut.
Co gorsze, za prawo do wysikania trzeba zapłacić. (Jasne, można próbować na ścieżce, ale tam też jest dość duży ruch). Co prawda, cena nie jest wygórowana – 1 sol równa się naszej złotówce, ale... czy nie kupiliśmy przypadkiem biletu wstępu za ponad 50 dolarów? Czy w to nie powinno być wliczone chociażby małe siku na osobę? :o
 Jeśli w trakcie wizyty znów najdzie cię potrzeba, zapamiętaj to miejsce. Będziesz musiał wrócić do niego z każdego punktu w kompleksie (to co, że daleko?). Innej łazienki nie ma, chyba, że chcesz podlewać starożytne ruiny. Nawiasem mówiąc, szkoda, że jednak nie zdecydowano się na ustawienie choćby jeszcze jednego przybytku dumania, bo zdarzyli się niestety i tacy, co w obrębie cudu świata potrafili zostawić coś więcej, niż tylko przebarwione moczem murki.
Żeby podczas zwiedzania móc skoczyć do łazienki, należy udać się do wyjścia, wyjść przez bramę, odstać swoje w kolejce, a potem, uboższy o jednego sola, z umytymi mydełkiem rękami wystarczy tylko odczekać swoje w tej drugiej, właściwej i długaśnej linii, na końcu której sprawdzają bilety. I już! Już można znów zwiedzać spokojnie.
Szastać wizytami w toalecie jednak nie radzę, bo nad wejściem wisi kartka z ostrzeżeniem, że „re-entry” przysługuje tylko dwa razy. Biada cierpiącym, z przewianymi pęcherzami! Biada przytrutym! Tu już pomoże chyba tylko stoperan. Chyba, że ktoś pokusi się na polemikę z biurokracją. 


Nie wiem, jak ma się do tego konsekwencja sprawdzania biletów, bo co do rzekomego zakazu wnoszenia jedzenia, albo butelkowanej wody nie stosował się nikt. Całe szczęście, bo gdyby kazano nam wyrzucić nasze zapasy, w upale po 6 godzinach samego zwierzania zostałyby z nas już chyba tylko mokre plamy. A jeszcze przecież trzeba było zejść.
Druga kolejka idzie szybko. Ekspresowo sprawdzają twój bilet imienny i dokumenty. Potem już tylko kilkanaście metrów pod górkę i twój dech zapiera wspaniały widok J. Nie pójdźcie pod prąd, zwiedzeni cudownym krajobrazem i podekscytowani satysfakcją, bo jeśli raz zboczycie z wytyczonej ścieżki (choćby przed wami mozolnie gramoliła się wycieczka stękających niemieckich emerytów) to możecie mieć problem z powrotem na szlak. Nieustępliwy strażnik niestrudzenie będzie was odsyłał do wyjścia i zagradzał każde przejście (choćby od właściwej ścieżki dzieliło was tylko kilka schodków, po których i tak nikt nie chodzi). Wtedy musicie znów odwołać się do już znanej taktyki – wyjść z kompleksu i wejść jeszcze raz (przy okazji możecie się też wysikać, w końcu i tak jesteście już za bramą ;) ). Chyba, że tuż przed wyjściem strażniczka akurat zostanie przez kogoś skutecznie zagadana... wtedy tylko – hyc przez bramkę i już znów idziecie po dobrej dróżce.
W Machu obowiązuje ruch jednokierunkowy ze względu na wąskie przejścia i schodki. Jakkolwiek irytujące się to wydaje, kiedy usiłujecie przeskoczyć po tych kilku nieszczęsnych schodkach, to jednak jest to logiczne i skuteczne rozwiązanie.





Teraz już do rzeczy. Machu Picchu to robocza nazwa, pochodząca od szczytu, na którym miasto się znajduje. Jego prawdziwego imienia nie poznamy pewnie nigdy... Podobnie, jak jego przeznaczenia. Czy była to warownia? Dom Inti? Kompleks świątynny? Osada? Ciężko stwierdzić. Zabudowa dzieli się na sektory: rezydencjalny, industrialny i świątynny, mogła więc być naprawdę wszystkim po trochu.
Przewodnicy prześcigają się w kreatywnych wyjaśnieniach i o tym samym budynku potrafią powiedzieć, że był kuchnią dla Inti, albo centrum astrologicznym. Burza mózgów trwa. Może ktoś kiedyś wpadnie na właściwy trop. Póki co, chyba najprawdopodobniejszą wersją jest, że cytadela była ośrodkiem religijnym, być może nawet celem pielgrzymkowym.








Huayna Picchu to jednak z najbardziej na świecie znanych gór, chociaż większość ludzi nigdy nie poznała jej nazwy. To właśnie ten strzelisty, przewyższający osiedle o 200 m w górę szczyt, który widnieje na każdej pocztówce z Machu. Na jego zboczach zbudowano Świątynię Księżyca. Wg legend, na wierzchołku Huana Picchu mieszkać miał najwyższy kapłan, oraz kapłanki – dziewice. Każdego poranka kapłan miał przemierzać stromą drogę do cytadeli, jako rytuał obwieszczania, że wzeszło już słońce i nastał nowy dzień. Czy tak było naprawdę?
Na terenie samego miasta znajduje się jeszcze kilka innych świątyń: Słońca, Kondora, Trzech Okien. Jest tu też tajemniczy kamień, zwany Inti Watana, służący prawdopodobnie celom astrologicznym. Jego ułożenie pozwala obserwować ruch słońca: 11 listopada i 30 stycznia w południe, słońce znajduje się dokładnie nad nim i kamień nie rzuca cienia. 21 czerwca cień jest najdłuższy.

Poza tym jest tu wiele zaułków, uliczek, domków, do których można zaglądać i snuć wyobrażenia na temat tego, jak wyglądało tu życie kiedyś. Kiedy? I to ciężko sprecyzować, bo i tutaj oficjalna nauka kłóci się  z tym, co widzimy.
Oficjalnie mówi się, że osiedle powstało około II połowy XV wieku, na polecenie Pachacuti Inca Yupanqui, tymczasem już w 1537 roku miało zostać opuszczone chociaż Pizarro nigdy go nie odnalazł. Dlaczego więc? Skoro część Inków przeniosła się do równie trudnej do ukrycia Vilcabamby, zaś druga część zbiegła do dżungli, dlaczego odrzuconoby przewagę, jaką daje tak dobrze ukryte w górach miasto?
Powód opuszczenia to nie jedyna zagadka. Machu, podobnie, jak inne budowle w regionie Cusco, skrywa w sobie coś jeszcze. Dwa, zupełnie różne style architektoniczne wyraźnie wskazują na dwa typy umiejętności budowniczych. Nie umniejszając zdolności inkaskich rzemieślników, a wiemy o nich, że byli zarówno pracowici, jak i sprytni, ciągle ciężko udawać, że nie widać różnicy. Monumentalne, równo docięte i zupełnie inaczej oszlifowane głazy zdecydowanie nie pasują do popularniejszych tu murków i zabudowań wzniesionych z lekko płaskich kamieni połączonych, jako tako grubą warstwą zaprawy, albo nawet równawych ale ciągle dużo mniejszych bloków kamienia.
Czy Inkowie wznieśli Machu Picchu sami, tak, jak to przekazują podręczniki? Jeśli tak, to jak mogli tego dokonać, nie znając żelaza, a nie wspominając już o innych narzędziach? A może wykorzystali pozostałości osiedla po innej kulturze, tak, jak to często już miało miejsce w historii? Tylko... po kim, skoro znalezisk, poza megalitami, nie zarejestrowano?














Historia poszukiwań:
Miasto odkryto oficjalnie dopiero  24 lipca 1911 roku za sprawą prof. Yale Hirama Binghama (chociaż wcześniej był tu chociażby Augusto Berns). Poszukiwał on, co prawda, zagubionej stolicy Inków Vilcabamby (notabene odkrytej i ustalonej w 1976 r. przez Tony’ego Halika, Elżbietę Dzikowską i prof. Edmundo Guillén), ale trafił tu, poinformowany o miejscu przez lokalnego farmera. Na górę zaprowadził go 11-letni syn rolnika, Pablo Arteago.
Osiedle było tak zarośnięte dżunglą, że budowli prawie nie sposób było dostrzec! Wiele czasu zajęło im oczyszczenie terenu z nadmiaru roślinności, a musimy pamiętać, że pozostawiona choćby na chwilę bez uwagi puszcza odrasta w ekspresowym tempie.
Ze swojej ekspedycji Bingham wywiózł do USA ok. 4000 zabytków, tłumacząc to kwestiami badawczymi. Aż do teraz Peru nie miało w swoich muzeach ANI JEDNEGO przedmiotu z Machu Picchu. Znaleziska zwrócono dopiero niedawno. Można je podziwiać w Muzeum Machu Picchu w Cusco. 

3 komentarze:

  1. A mogliby postawić toalety i nie mieliby obsikanych murków.
    Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie tylko osiusianych ;-). Na szczęście - nie było tego dużo. Wielu osobom wystarczają 2-3 godzinki, a tyle spokojnie da się wytrzymać :P.

      Usuń
  2. Jak zwykle świetna i poczytna notka :p

    W.

    OdpowiedzUsuń