środa, 14 listopada 2012

Indie, kraj pełen niespodzianek. Na co się przygotować, żeby podróżować po Indiach i nie zwariować?



Skoro już jesteśmy przy środkach lokomocji... zmienimy tylko kraj:

W Indiach warto tu spróbować wszystkiego, jeśli chodzi o transport. Zwłaszcza ciekawie wypadają tu autobusy. Mamy ich kilka rodzajów, ale główny podział rozgranicza je na daleko- i krótkobieżne. Oba warte są uwagi. 

Typowe miejskie autobusy są w pewnym stopniu magiczne i mają tę cudowną właściwość, że pomieszczą KAŻDĄ ilość osób! (Coś jak nasze PKP, tylko tam nikt się na to nie skarży, nie oczekuje czegokolwiek innego, no i płaci się mniejszą kwotę za bilet). Przejazd w skrajnej ciasnocie, obijanie się o wszystkich wokół (bo już nie ma czego się chwycić) a przy tym niezamknięte drzwi, przy których jako jedyna osłona stoi ktoś w rodzaju kontrolera biletów – zmieniają zwykłą wycieczkę w pełną emocji przygodę ;). Podobnie rzecz się ma z przejazdami na dłuższe trasy – do busa wsiada każdy, kto tylko zdoła (a zdoła wielu), bagaże zwykle lądują na dachu, przywiązane do rur jakąś linką, zaś pasażer siedzi, lub stoi w środku i zastanawia się czy wszystkie jego rzeczy ciągle zmierzają tą samą trasą czy może zostały gdzieś po drodze. Jeśli się zbuntujesz – pozostaje czekać na kolejny pojazd z (być może) bardziej wyrozumiałym kierowcą, który zrozumie twoje obawy i pozwoli zabrać dobytek do środka. Jest to tym istotniejsze, gdy dobytek zawiera się w plecaku a na dworze zanosi się na deszcz. Obfity deszcz. 

W autobusie z Amritsaru do Dharamsali, którym jechałyśmy, bardzo szybko na siedzeniach (z pozoru 2–osobowych) pozasiadały po 3 czy nawet 4 persony, zaś całe przejście i każda inna wolna przestrzeń wypełniła się ludźmi i ich walizkami, których już (z kolei) nie dało się upchnąć na dachu. W takiej "radosnej" atmosferze, w duchocie, przerywanej bardzo silnymi i równie uciążliwymi podmuchami–ciągami powietrza z często otwieranych okien spędziłyśmy jakieś 5 do 6 godzin. Wraz z każdą kolejną minutą pojazd jakby bardziej trząsł, droga stawała się bardziej wyboista a kierowca mniej frasobliwy. Na miejsce dotarłyśmy „wytrzęsione bez reszty”. Stąpanie po stabilnym, nieruchomym podłożu, które nie powoduje przemieszczania się wszystkich narządów wewnętrznych było naprawdę miłym uczuciem. 

Aga koło naszego wypasionego autobusu :)
Oprócz powyższych istnieją jednak w Indiach autobusy tzw. „deluxe”, co mylnie można interpretować, jako „luksusowe”. Być może istnieją i takie, które naprawdę zgadzają się z nazwą, ale nie miałam okazji z nich skorzystać. Dwa razy jechałam za to tym „tak zwanym”... 


Dokonując porównania rzeczywiście można uznać, że jakość jego jest zdecydowanie lepsza, każdy pasażer ma swój fotel, każdy bagaż oznaczony zostaje numerkiem (namalowanym na nim np. kredą), zaś siedzeniom czasami towarzyszą mocno sfatygowane wiatraczki (które jednak wcale nie muszą działać :P). Nikt nie stoi w przejściu, więc przynajmniej powietrza tak bardzo nie brakuje. Można powiedzieć, że warunki są w porządku i narzekać nie wypada nikomu. Tylko kiedy wysiadamy na przerwę podczas jakiegoś postoju i przechadzamy się bez celu po zakurzonym parkingu, przed jakimś minibarem, spostrzegamy, że wokół tabliczki z napisem „deluxe” karoseria trochę pordzewiała a rude szlaczki „uroczo” ozdabiają maskę. Tu i tam blacha jest lekko wygryziona, powgniatana i powyłamywana, tu ślad puknięcia, tam rysa – ot, takie tam – normalne znaki użytkowania… Jeszcze bardziej „budujący” był dostrzeżony w Mc Leod Ganj napis nad tablicą rejestracyjną: Oh God, save me…

 
Szczególnie nieprzyjemnie przemierza się takim autobusem tereny górzyste, gdzie jazda serpentynowatymi drogami towarzyszy nam przez większą część czasu. Jak nigdy nie miewam problemów ze znoszeniem jazdy samochodem, tak wtedy, gdy wracaliśmy z Dharamsali do Delhi – po 2 godzinach myślałam, że zwrócę swój własny mózg. Autobus przypominał mi gigantyczny mikser, moja głowa pękała i z każdym kolejnym skrętem, kiedy mijaliśmy przepaść tuż, tuż – serce podchodziło mi do gardła. Na domiar wszystkiego – kiedy zjechaliśmy nieco niżej i myślałam, że już uda mi się zasnąć na jakiś czas, żeby podróż minęła szybciej – ok. 19:00 zatrzymaliśmy się przed restauracją przy drodze. Ogłoszono prawie godzinną przerwę… na obiad. W tym momencie cała gawiedź wyzionęła z autobusu i jak jeden mąż poparła do środka budynku. Jedynymi osobami, które w pierwszej chwili nie ruszyły się z miejsc byli „białoskórzy”, którzy chyba nie do końca w pierwszej chwili pojęli co właśnie ma miejsce. "Autobus udał się na wspólny posiłek…" a przecież kupiliśmy sobie coś na drogę do przekąszenia – ciastka, wafelki, pierożki momo... Dopiero po dłuższej chwili te kilka osób powoli się podniosło i wyszło na nie całkiem świeże powietrze. Daje to tylko dowód tego, że Hindusi nie chcą rezygnować z tradycji domowych – skoro codziennie spożywają normalny obiad, czemu z powodu podróży mieliby sobie tego odmawiać? Wszak to dzień, jak każdy inny. Po co zapychać się czymś na wynos, skoro można po prostu zrobić przerwę przy porządnej gospodzie?
Fragment wnętrza opisywanego autobusu.

Kiedy wszyscy już napełnią swoje brzuchy, wsiadamy do autokaru i ruszamy w dalsza drogę. Przebiega ona bardziej, lub mniej spokojnie, ale bez żadnych znaczących ekscesów. Śpimy na fotelach, przykryte śpiworami, bo przecież nocą (w lutym) w tym regionie nie jest jeszcze najgoręcej. Nagle o 6:00 zatrzymujemy się. Wyglądam przez okno – jesteśmy „w niczym”. Dosłownie. Jest ruchliwa ulica, jest dość spore pobocze, które na upartego może pełnić funkcję parkingu, jest wiele riksz i taksówek. Zbieramy się w pośpiechu, bo okazuje się, że to ostatni przystanek i dalej nie pojedziemy. Nie wiemy co się dzieje, bo przecież jeszcze chwilę temu smacznie spałyśmy, pora jest wczesna i zdecydowanie niepreferowana. Jak się okazało, znajdowaliśmy się na przedmieściach Delhi, co było tym dziwniejsze, że kiedy kupowałyśmy w Dharamsali bilety, wydawało nam się, że dostaniemy się przynajmniej w okolice dworca. Ku naszemu rozeźleniu okazało się, że na bilecie nie ma przecież określonej DOKŁADNIE stacji, a Delhi to Delhi, więc nie ma o co drzeć kotów. Skoro jesteśmy na miejscu, to wszyscy wywiązali się z obowiązków… Od razu otoczyła nas grupka rikszarzy, proponująca swe usługi transportowe. Wraz z dwójką innych ludzi wynajęłyśmy taksówkę i pojechaliśmy do centrum - nie było innej rady. Za to było jeszcze ze 12 km drogi do pokonania… 
Na przyszłość warto przed kupnem biletu dopytać dokąd faktycznie dojeżdża autobus i uniknąć tym samym rozczarowania i dodatkowych opłat. Pamiętajmy, że nie wszystko w Azji musi być tak oczywiste, jak u nas. 


A Wy? Macie jakieś ciekawe doświadczenia związane z poruszaniem się za granicą? 

7 komentarzy:

  1. Są jeszcze autobusy prywatne, bilet można kupić u wujka w pokoiku do późnych godzin wieczornych (zaprzyjaźniony taksówkarz w tym pomoże) z tym, że nie ma pewności, czy to biuro jutro rano będzie istniało ;)
    Nie sprawdzałam...
    Aga

    OdpowiedzUsuń
  2. Za moją sprawą zresztą, bo przecież "z Angeliką się nie nabierzesz!" :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Indie to chyba albo się kocha albo nienawidzi? Jeszcze nie byłam, ale z relacji różnych osób widzę, że opinie są bardzo rozbieżne:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, zdecydowanie opinie są różne. Chociaż... jak byłam tam, to myślałam, że właśnie tak jest, że albo sie je lubi, albo nie lubi. Ja wówczas miałam bardzo mieszane uczucia i choć trochę mi się tam podobało (egzotyka, taniość, ubiór i ozdoby, pogoda ducha) to jednak nawet więcej mnie denerwowało (nachalność, bezczelność, brud i zaniedbanie). Teraz jednak, jak już upłynęło trochę czasu - myślę o nich z pewnego rodzaju nostalgią i jakś tak - dostrzegam trochę więcej plusów niż minusów. Ale to chyba często tak jest, jak się wspomina wakacje :).

      Usuń
  4. oh Indie, moje marzenie na liście!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mimo tego, co o Indiach można powiedzieć złego - na pewno warto pojechac i samemu się przekonać. To taki kraj, który przyciąga magnetycznie, wiele obiecuje i wiele ma w zanadrzu, ale także nieźle kopie w tyłek i sprowadza człowieka na skraj wytrzymałości nerwowej ^^ Dużo można się tam nauczyć. O świecie i o sobie. Tylko trzeba uzbroić sie w cierpliwość :)

      Usuń
  5. szczerze mówiąc: Park jest ogromny, nie da się wszystkiego zobaczyć i wejść wszędzie, bo są mega dlugie kolejki i trzeba długo czekać. Przez cały dzień udało mi się zaliczyć max 5 rzeczy. [z czego nie wszystkie były tak fajne jak się wydawało] park bardziej dla maluchów. Ogromny teren, ale w sumie mało konkretnych rzeczy. Dużo sklepów z gadżetami, miejsce zaaranżowane bajkowo. Jednak nie dałabym mu 10na 10. pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń