czwartek, 29 listopada 2012

Jak to właściwie jest z tym autostopem? Poradnik autostopowicza cz. I

            Jak się zaczęło? Powoli, ale wcześnie – gdy miałam 14 lat. Najpierw były to krótkie dystanse, zaledwie kilkunasto czy kilkudziesięciokilometrowe. Z czasem przyszła kolej na dłuższe trasy, ale też – początkowo tylko po Polsce – na Mazowsze do stolicy, albo do Małopolski - do Krakowa. Z Mazur to już nie lada wyczyn. Tym bardziej godny wspominania, kiedy powodem pierwszej przejażdżki na prawie 600 km jest… zawiezienie papierów na uczelnię. Tak też zaczęła się moja przygoda z UJ. Początkujący student pieniędzy jeszcze zbyt wiele nie ma, ale ma wakacje i śmiało może je poświęcić na zdobywanie nowych doświadczeń. To było jedno z nich. Kolejne przyszły szybko, ale o tym później. Towarzyszyła mi Aga. Dodam jeszcze nawiasem, że przybyłyśmy na miejsce jeszcze zanim pociąg, którym mogłybyśmy się przemieszczać, wjechał na stację dworca.
 
            Mamy więc już pierwsze powody, dla których warto kultywować autostopowanie. Przede wszystkim – jest za darmo. Po drugie – jest interesującym doświadczeniem, które uatrakcyjnia naszą wycieczkę. Po trzecie – zwłaszcza w polskich warunkach i na długich trasach – wyprzedza zawrotną prędkość, jaką oferują koleje „państwowe” i autobusy międzymiastowe.

           
          Kiedy już oswoiłyśmy się z jednodniowymi trasami, przyszła kolej na wypady dalej. Spróbowałyśmy sił w Szkocji (na miejsce dotarłyśmy samolotem). Pamiętam jak dziś, obawy, jakie towarzyszyły nam na kilka dni przed wyruszeniem w podróż… czy się uda, czy damy radę coś zobaczyć, czy w ogóle nasz plan wypali, jak się wydostać z lotniska i jak dotrzeć… gdziekolwiek? "Niektórzy" nawet nie mogli spać w nocy, kiedy leżałyśmy już w "przepysznie" rozbitym namiocie gdzieś na polu kilkaset metrów od lotniska (w o dziwo cichym miejscu)… ;) O poranku okazało się jednak, że… nie ma się czego obawiać i wszystko działa znakomicie! Tylko trzeba przyzwyczaić lewą rękę do trwania w nienaturalnej dla niej pozycji. Wszak do lewostronnego ruchu nie była jeszcze przekonana.
            Zjeździłyśmy całą Szkocję, docierając wszędzie tam, gdzie planowałyśmy. W ten sam sposób rok później zdobyłyśmy Norwegię, choć niestety nie całą – gdy ma się do dyspozycji mniej niż 2 tygodnie, wielkiego szumu się nie zrobi. Zwłaszcza, gdy cały kraj leży w górach a sieć dróg czasem bardziej przypomina skręconą i zwiniętą linę aniżeli szeroką szosę. Chociaż jakości dróg nie można Norwegom odmówić, to już radosne serpentynki, którymi przemierza się ich absolutnie najpiękniejszy kraj pod słońcem – „nieco” opóźniają podróż. Za to JAAAAKIE widoki… No, ale – coś za coś. Powyżej Trondheim odjechać się nie udało, więc Lofoty ciągle czekają i proszą, żeby do nich wrócić.
            Potem poszło już z górki – były wyprawy do Francji i Hiszpanii, była wspomniana przygoda w Jordanii i odwiedzone już z kolei z Rafałem: Estonia, Dania, Słowenia, Macedonia i fragment Grecji. Przez te prawie 10 lat zebrało się tego trochę…

Każdy wypracowuje swoje własne metody autostopowaniażeby przemieszczać się jak najskuteczniej i najszybciej.  Każdy też powinien trzymać się pewnego niepisanego kodeksu, który z autostopowiczów tworzy swego rodzaju wspólnotę. Wtedy i podróżowanie jest przyjemniejsze i jakoś tak - bardziej lekko na sercu. Zdarza się jednak, że niektórzy zapominają o dobrym wychowaniu...

Na czym ów kodeks polega? 


Otóż, przede wszystkim na zachowaniu kultury i grze fair. Spotykając na swej drodze innego podróżnika nigdy, ale to przenigdy nie powinniśmy stawać przed nim. Pamiętajmy, że był on tu przed nami wcześniej, stoi dłużej niż my, może być bardziej zmęczony i ma święte prawo do pierwszeństwa. Zawsze więc zajmujemy miejsce ZA nim. I tu UWAGA: przynajmniej KILKA metrów ZA nim. Nie zaraz obok (jak to czasami się zdarza), bo wówczas wyglądamy jak jednolita grupa, która chce się zabrać w tłumie. Najlepiej, jeśli odejdziemy jakiś kawałek (o ile jest taka możliwość), tak, żeby w ogóle nie było nas widać. Jeśli nie ma takiej możliwości, po prostu zachowajmy się tak, jak sami chcielibyśmy zostać potraktowani przez innych. To najważniejsze. Poza tym – możemy się przywitać, pogadać, wymienić kilka słów, życzyć powodzenia. W końcu nam wszystkim zależy na tym, by podróż upływała nam w jak najlepszej atmosferze. Zdarzają się jednak i takie przypadki, że natykamy się na kogoś, kto w autostopowicza zmienił się zupełnie chyba przypadkiem… słyszałam niedawno historyjkę o dwóch panienkach w okolicach Krakowa, które mimo, że z wyglądu niepozorne, najwyraźniej przekonane o swej wyjątkowości, zignorowały to wszystko, co opisane powyżej (nie sądzę zresztą, żeby ich uszy w ogóle o zasadach dobrego wychowania słyszały) i zrobiły dokładnie odwrotnie. W dodatku na zwrócenie im uwagi zareagowały bluzgami i chamstwem. Tego NIE LUBIMY i piętnujemy.
Nie lubimy też pozostawiania po sobie śmieci w miejscach, gdzie łapiemy stopa. Nic nam się nie stanie, jeśli zabierzemy je ze sobą, zamiast zostawiać je na bezdrożach, gdzie nikt ich nie uprzątnie.

Aga autostopuje.

A metody?

 

Jak już zaznaczyłam wyżej - każdy ma swoje. Przez wiele lat można sobie to i owo wyklarować i dostosować do swoich potrzeb. Jak to się mówi - człowiek uczy się na błędach. Nauczyłam się i ja.
Tak jak strategia podróżowania nie ma większego znaczenia przy przemieszczaniu się między sąsiednimi miastami, tak kiedy już w grę wchodzi większa stawka - ma znaczenie zasadnicze. Jedna dobra decyzja może nas uszczęśliwić na długie godziny, ale i jeden błąd może spowodować, że utkniemy w miejscu i dłuuuuugo nigdzie się nie ruszymy. Tak było kiedyś... w Poznaniu.

Pewnego pięknego, letniego, bardzo ciepłego dnia, wraz z moim kolegą zmierzałam ze wschodniego krańca Polski, na zachodni. Wybieraliśmy się na Woodstock. Wyruszyliśmy ok. 8:00 (bo jakoś nie idzie mi wstawanie wraz ze słońcem) i od razu niemal mieliśmy szczęście. Dwoma rzutami dostaliśmy się do Torunia, potem hyc, hyc i byliśmy w Poznaniu. Wybiła 16:00. Fantastyczny czas, rewelacyjny wręcz! Kierowca (jako, że nigdy wcześniej nie byliśmy w tym mieście), powiedział, że wysadza nas tak, żebyśmy mogli sobie coś spokojnie złapać... Nie mogliśmy. Ani niczego złapać, ani pojechać autobusem, bo staliśmy, jak się wkrótce okazało - na samym początku jednego przecież z największych miast Polski. Minęła godzina. 
Wróciliśmy się parę kilometrów jakimś przypadkowym samochodem, do obwodnicy, żeby nie tłuc się przez zatłoczone centrum. Wydawałoby się, że sytuacja jest do uratowania. Nie była. Minęła druga godzina. 
Żar lał się z nieba a z nas lał się pot. Obficie. Temperatura odczuwalna przy asfalcie dochodziła do 45 stopni o czym radośnie informował nas sygnalizator nad jezdnią. Podeszliśmy jeszcze kawałek (choć żeby ściślej rzecz ująć, powinnam nie dodawać zdrobnieniowej końcówki). Stanęliśmy w "lepszym miejscu". Była duża zatoczka i cień. Wszystko było lepiej. Znów szansa. Minęła trzecia godzina. 
Po jakiejś wieczności zatrzymał się ktoś. WRESZCIE! Ale nieeeee, jak tylko wsiedliśmy, okazało się, że pomylił kierunki i jedzie w zupełnie inną stronę. Wszystko od nowa. Kiedy już tak umordowani po prostu szliśmy przed siebie - po kolejnej godzinie, myśląc, że los się odwróci - doszliśmy do... miasta. Obwodnica skończyła się, jak ręką odjął i wkroczyliśmy między zabudowania, pasy na jezdni, stacje benzynowe i światła uliczne... Tego było za wiele... Była 20:00. Po 4 godzinach ciągle byliśmy NIGDZIE. 
A tak dobrze się zapowiadało... Zrezygnowani, zdołowani i zmęczeni powlekliśmy się na stację, żeby kupić coś do picia i odsapnąć chwilę. Chcieliśmy nawet przejechać się na wylotówkę autobusem, ale nikt nie potrafił nam powiedzieć, do którego powinniśmy wsiąść. Wreszcie, w akcie desperacji, rozpoczęliśmy pytać kierowców, czy nie jadą może w naszą stronę i czy nie pomogliby nam się wydostać z patowej sytuacji. Nie jechali. 
Wreszcie znalazł się chłopak, który dzięki SIBI radio złapał nam człowieka, jadącego prawie do Kostrzyna. Po pięciu godzinach, wreszcie ruszyliśmy dalej. Powróciła nawet nadzieja, że dotrzemy do celu jeszcze tego samego dnia... 
Powróciła jednak na krótko, bo jakieś 30 km przed metą, jedna z opon TIRa naszego wybawiciela... wybuchła. Usłyszeliśmy tylko wielki HUK i samochód zatrzymał się. Kiedy wysiedliśmy w ciemnym niczym, zobaczyliśmy, że z opony pozostały tylko strzępy, rozrzucone w dodatku na długości kilkunastu metrów. Cieszyliśmy się, że nie spowodowało to większego wypadku. Na miejsce jednak nie dotarliśmy tego samego dnia, bo resztę trasy przebyliśmy z prędkością 10 km/h z prowizorycznie (przy światłach latarek od zapalniczek) wymienionym kołem. 
Na Woodstock się spóźniliśmy, docierając w piątek koło popołudnia.


 Tak może potoczyć się podróż (może bez tych skrajności o wybuchających częściach samochodu), jeśli podejmujemy błędne decyzje...

 O czym więc pamiętać i do czego się stosować podczas łapania stopa? Czego unikać i za wszelką cenę omijać? Jakie ja mam strategie i taktyki, które działają zawsze, lub z kolei stanowią "ostatnią deskę ratunku"? Co może nas czekać? Co może grozić a co może spotkać miłego? 



Odpowiedzi na te pytania postaram się udzielić w kolejnej notce. 
            Bądźcie ze mną i śledźcie nowe wpisy. Zapraszam! :)




Kwiatek na klamotach.


16 komentarzy:

  1. Jak nic nie chce się zatrzymać, to można spróbować z "magiczno fajeczko" :P
    GuessWho :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym i o tamtym w następnej notatce ;P

      Usuń
  2. czasem pomaga "podobno" wielki wk*rw polaczony z wielka irytacja rezygnacja scena i wybuchem...:D ale potem szybko juz idzie:D

    W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "wats łot aj min" :P Każdy ma jakiegoś swojego asa w rękawie. Jedni "fajeczke pokoju", inni utratę cierpliwości... a jaki TY masz sposób na sukces ? :p

      ps. i sam przyznałes, że potem to już z górki :P

      Usuń
  3. Fajna sprawa, tylko kiedy zależy mi na czasie, to trochę szkoda mi tak sterczeć z kartką w ciemno. Zwłaszcza, że moje doświadczenia w tym temacie są raczej kiepskie i potrafiłam tak stracić pół dnia, a wtedy już ani nastroju, ani radości ze zwiedzania tylko zmęczenie i nerw.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w Chamionix byłam, ale nie autostopem:)

      Usuń
    2. Pewnie, jak się zupełnie nie ma czasu, to lepiej nie ryzykować. Jak jadę na lotnisko i mam ważny samolot, albo inną sprawę, która nie może czekać, to też rezygnuję z autostopa na rzecz czegoś pewniejszego.
      Zdarza się, że autostop jest szybszy niż oficjalna komunikacja, ale zdarza się i odwrotnie. Jeśli jednak już się zdecyduje, że podróż ma być w takiej konwencji - trzeba się pogodzić z niedogodnościami i mieć nadzieję, że zostaną wynagrodzone czymś miłym, co też się często zdarza a o czym napiszę wkrótce. :)

      Usuń
    3. To czekam z niecierpliwością na wpis:)

      Usuń
  4. Bardzo fajne, przydatne porady. Z pewnością skorzystam z nich, gdy nadarzy się okazja do podróżowania autostopem - może podczas planowanej podróży po Islandii...? Super, że masz takie bogate "autostopowe" doświadczenie i dzielisz się tym z innymi! :) Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W Islandii to chyba może być trudne, bo zdaje się, że ruch na ich drogach nie jest zbyt duży ;) Ale na pewno warto spróbować. Ja się staram chociaż raz "poautostopować" w każdym państwie, w jakim jestem.

      Dziś to tylko notatka wstępna - opis początku i wprowadzenie. Więcej porad w kolejnych częściach, bo naprawdę jest o czym pisać. Zapraszam :)

      Usuń
  5. ja a no ja w sumie tez mam sposob... ale korzystam z niego gdy sam jade:P jak juz mnie wkurzaja i sie nie zatrzymuja albo se zarty glupie robia to se spiewam:D a jak jestem na calkowitym odludziu to nawet calkiem glosno:D zwykle w ciagu pol h od rozpoczecia spektaklu ktos mnie zabiera, pewnie tylko po to bym juz okolicy nie katowaal ale zabiera:D


    Islandia, grubo... Moze byc ciekawie a co do stopa tam to pewnie pomimo malego ruchu, beda zabierac, wlasnie ze wzgledu na maly ruch;) Chyba ze w zyciu o czyms takim jak autostop nie slyszeli:P

    W.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tym śpiewaniu Twoim to nei wiedziałam! Witek za to kiedyś odprawiał na drodze rytualne tańce szczęśćia :P


      Szukałam info o Islandii i to co znalazłam nie wygląda dobrze. "Możesz próbowac wszystkich metod, ale jak nie ma ruchu na drodze, zadna nie zadziała" :P

      Usuń
  6. zawsze podziwiałam autostopowiczów, zwłaszcza u nas panią Tereskę,która w wieku około 80 lat nadal jeździ na stopa i to po całym świecie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. ależ mnie inspirujesz :) 14 lat i łapałas stopa - nieźle! w ogóle długa i piękna lista krajów, w których byłaś. ja nigdy nei łapałam stopa, zaledwie raz kogoś zabrałam... chcę podróżować! pozdrawiam serdecznie i zyczę owocnych wycieczek :D

    OdpowiedzUsuń
  8. ja bym sie strasznie bała jechac na stopa

    OdpowiedzUsuń
  9. Każda sytuacja stwarza pewne ryzyko i nigdy nie ma gwarancji 100% bezpieczeństwa, bez względu na to czy jeździmy stopem po świecie czy wychodzimy do osiedlowego sklepiku po mleko i bułki. ;)


    Bina! Cieszę się, że Cię inspiruję. Bardzo miło słyszeć takie słowa :) Wiesz, oczywiście mając 14 lat nie jeździłam sama (zresztą, nadal zawsze podróżuję z kimś. Chwali się, że zabrałaś. Mam nadzieję, że masz dobre wspomnienia z tym związane, bo przecież ryzyko ponoszą obie strony.

    Życzę Ci, abyś podróżowała zatem jak najwięcej :) I... może jeszcze Cię czymś zmotywuję. Zaglądaj tu jeszcze :)

    OdpowiedzUsuń